Kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie

Rozkochałem się w melodii języka litewskiego i postanowiłem się go nauczyć. Wykorzystuję do tego celu każdą okazję – w kafejkach, w kościołach, w sklepach. W Kiernave zamęczałem pewną miłą dziewczynę obsługującą nas w przytulnej knajpce, serwującej tradycyjne potrawy kuchni litewskiej. Znała nieco język polski, więc wypytałem ją o wszystkie możliwe litewskie słowa i zwroty, jakie mogą być przydatne w restauracji. Dziewczyna cierpliwie i uprzejmie instruowała mnie, jak powinienem wymawiać te trudne przecież dla Słowianina bałtyjskie słowa. Innym razem okazja nadarzyła się w Wilnie we włoskim bistro przy zamawianiu ogromnego ciastka z serem i wisienkami oraz jakiejś wyśmienitej potrawy z mleka o konsystencji galaretki z dużą ilością czarnych jagód.

Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.

I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają – to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.

Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące – ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie – podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.

Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej – i uwaga! – mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni – i tu także potwierdzają się słowa Babci – lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi – lista epitetów powinna być dużo dłuższa – sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.

Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest – cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany – a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia – może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą – z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów – kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory – jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.

W drodze do Wilna. Korycin, sierpień 2009

Początek ubiegłego tygodnia, kolejny wyjazd w tym roku na Litwę. Wyruszamy o 13, spokojnie, ze świadomością, że to tylko niecałe 4 godziny jazdy z centrum Białegostoku do centrum Wilna. Z dużą nonszalancją pzowalamy więc sobie na krótki postój w Korycinie, 37 km na północ od Białegostoku, stąd już tylko 270 km do Wilna, a gdyby można byłoby jechać przez Grodno, to tylko 200 km. Senne, ciche, przytulne, zawsze jasne miasteczko z przeważnie drewnianą zabudową, ze zgrabnymi domkami o dwuspadowych dachach w radosnych barwach, strzelistymi wieżami neogotyckiego kościoła na wzgórzu ze świętym źródełkiem – niegdyś miejscem kultu pogańskiego. Ziemie te we wczesnym średniowieczu zamieszkiwali Bałtowie, przodkowie późniejszych Litwinów albo Jaćwingów. To wzgórze zawsze miało w sobie coś tajemniczego, o tym, że było miejscem kultu pogańskiego, dowiedziałem się całkiem niedawno, dzięki artykułowi P. Boriwika i G. Ryżewskiego “Korycin - historia i zabytki” opublikowanemu w “Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego”. Niby nie wierzę w miejsca mocy, a jednak miejsca dawnych gajów pogańskich, świętych źródeł, mają w sobie coś wyjątkowego – tak jak to tutaj w Korycinie lub miejsce dawnego kultu pogańskiego w Supraślu, w którym w XV wieku stanęła cerkiew i monastyr.

Ryneczek w Korycinie tonie w zieleni. Za sprawą pomnika Zygmunta III Wazy ustawionego przed współczesnym urzędem gminy dowiadujemy się, że to właśnie ten król ufundował tu w 1601 roku pierwszą parafię.

Po schodkach wspinam się do siedziby wójta. Jeszcze w kwietniu jeden z gospodarzy z Aulakowszczyzny poinformował mnie, że będę mógł tu nabyć książkę zawierającą historię gminy Korycin, a w niej opis grodziska w Aulakowszczyźnie. Teraz wreszcie nadarzyła okazja! W budynku urzędu na parterze panuje głucha cisza, ani żywej duszy, dostrzegam schody prowadzące na piętro, m.in. do biblioteki. W bibliotece dwie panie bibliotekarki toczą namiętne debaty dnia codziennego, które muszę im brutalnie przerwać, realizując swój egoistyczny cel, który zrealizować muszę, bo następnym razem nieprędko tu zawitam w dniu powszednim. Panie uprzejmie odpowiadają mi, że owszem mają książki o historii Korycina, ale tylko do wypożyczenia, i na dodatek dwie właśnie zostały wypożyczone, ale w pokoju obok urzęduje pewna pani, u której być może będę mógł dokonać tak bezcennego zakupu. Jedna z biblotekarek, prowadzi mnie do wspomnianej pracownicy urzędu gminy. Ta zaś zupełnie zdumiona, patrząc na mnie, jak na przybysza z innej planety, informuje mnie, że żadnej książki mi nie sprzeda, ale ma jeszcze kilka egzemplarzy, które były kiedyś rozdawane bezpłatnie przy okazji różnych promocji gminy. Niemniej jednak sprzedać żadnej z nich mi nie może, bo przecież pieniędzy do kieszeni nie weźmie, a poza tym książki te nie mają ceny – tak jak wspomniałem wcześniej są całkowicie bezcenne! Może mi natmiast dać broszurki, na które troszkę się krzywię, bo historii w nich mało, tylko suche, podstawowe informacje, przeważnie praktyczne. Widocznie wzbudzam litość, bo widząc moję skwaszoną minę kobieta wreszcie proponuje mi wypożyczenie tej właściwej książki, ale ja się znowu wzbraniam, bo przecież kiedy ją oddam? Tak więc zrezygnowana pani, z uśmiechem decyduje się wreszcie wręczyć mi ją w prezencie. Robi mi się strasznie wstyd, bo czuję się teraz tak, jakbym tę książkę wyłudzał, wręcz wymuszał na bezbronnej niewieście taki podarunek. Ale dostrzegając błyski w moich oczach, kiedy trzymam wreszcie książkę w dłoniach, uśmiecha się życzliwie i teraz ona z kolei wzbrania się przed jakąkolwiek obietnicą z mojej strony odwdzięczenia się za tak wielkie uszczęśliwienie mnie. Radośnie, jak dziecko, jak mały chłopiec zbiegam po schodach na dół, wychodzę uskrzydlony na przytulny ryneczek. Dopiero teraz możemy spokojnie jechać do Wilna!

Dodam jeszcze tylko, że książka, którą otrzymałem w prezencie, nosi tytuł “Świat dawnego Korycina”, a jej autorami są następujące osoby: Jolanta Muszyńska, Urszula Wróblewska i Artur Konopacki. O samej książce napiszę więcej, gdy zakończę jej czytanie, a to nie taka prosta sprawa, bo nie jest to przecież zwykłe czytanie, ale smakowanie 120 -stronicowego opracowania poświęconego historii Korycina i okolic, zbioru podań i legend, opowieści mieszkańców gminy. Zwyczajnie perełka!

Krajowcy 2009

Krajowcy, o których tak chętnie rozpisywał się Miłosz, i o których można przeczytać w esejach Tomasza Venclovy wydawali mi się zawsze sympatycznym i wyjątkowo ciekawym środowiskiem, choć nielicznym, grupą marzycieli, Don Kichotów oderwanych nieco od rzeczywistości. Nie mieli poparcia ani w masach, ani w eilicie, bo te w przedwojennym Wilnie miałyby być w większości raczej nastawione nacjonalistycznie, a i same mniejszości podchodziły do nich nieufnie. Litwini, których w Wilnie było wówczas niewielu, pewnie nie więcej niż 2 – 3 %, a przede wszystkim Litwini z Litwy tzw. Kowieńskiej stawiali na państwo niezależne, samodzielne, a nie jakieś mgliste koncepcje federacyjne czy odrodzeniowe odnośnie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Piłsudskiemu marzyła się federacja Litwy, Białorusi i Ukrainy z Polską, wszystkie te kraje miałyby w niej być równorzędnymi podmiotami, ale jego marzenia spełzły na niczym. Nie warto wspominać o sprzeciwie endeków, bo ten był oczywistym, ale ilu tak naprawdę zwolenników podobnej idei znalazłoby się w samym obozie tzw. piłsudczyków? Jak wpływ na poparcie społeczne wobec Piłsudskiego miałaoby konsekwentne forsowanie jego marzeń? Nie warto o tym dywagować, bo i tak pokój ryski z 1921 r. przekrełśił możliwość tworzenia takiej federacji. Krajowcy w tej nowej rzeczywistości rozważali jakąś autonomię dla dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, część z nich poczuła się bardziej Litwinami niż Polakami, inni dostrzegali lokalny koloryt, a lokalną tożsamość postrzegali jako dużo bardziej wartościową od tej z ziem dawnej Korony.

Czy dziś krajowcy znaleźliby kontynuatorów swoich idei? Czy ma sens mówienie współcześnie o krajowcach? Kim mieliby być?

Gdyby tacy się znaleźli to z pewnością musieliby uszanować prawo Litwinów do posiadania własnego państwa z pełnoprawną stolicą w Wilnie, nie powinni roić żadnych marzeń o federacji, co innego o sojuszu, jakby go nie nazywać czy strategicznym czy jakimkolwiek innym. Podobnie rzecz się ma z Białorusinami czy Ukraińcami.

Współcześni krajowcy dostrzegaliby wartość i piękno kultury, krajobrazu oraz tego, co dobre i nowe, a co wyrosło na gruzach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie wyobrażam sobie by mogli nie uczyć się języków swoich sąsiadów, którzy niejednokrotnie świetnie znają ich rodzinny język. Poza tym czy można zachwycać się historią i kulturą Litwy czy Białorusi i nie próbować nawet poznać melodii tych pięknych języków?

A może dziś nie warto już zabawiać się w takie sentymentalne stowarzyszenia, środowiska, grupy? Jesteśmy odrebnymi narodami, tworzymy odrębne państwa, realizujące twardo swoje cele i interesy? A przeszłość, jakieś historyczne czy kulturowe więzy to tylko mgliste mrzonki, które na chwilę obecną nie stanowią żadnej wartości? Podążamy swoimi drogami i na własną rękę? A jeśli się sobą interesujemy to tylko powierzchownie, w celach ekonomicznych lub turystycznych. W zależności od kursu waluty przyjeżdżamy do siebie wzajemnie na zakupy, zatrzymujemy w uzdrowiskach, kurortach, zachwycamy architekturą, ale już niekoniecznie tym, co się u nas dzieje współcześnie, albo tym co się między nami działo w historii? Nie znamy naszych kultur, naszych obecnych problemów, bo te nas zwyczajnie nie interesują.

Kim więc by byli dziś krajowcy? Jak by zmieniły się ich idee? Czy w ogóle warto kontynuować ich myśl?

Litewskie obrazki, jeszcze słów kilka o Wilnie

Ostani nasz pobyt w Wilnie zbiegł się ze spotkaniami modlitewnymi Taize. Na placu katedralnym chłoniemy atmosferę prawdziwie różnorodnego miasta. Katedrę cały niemal dzień okupują modlący się z Polski, Łotwy, Włoch, Francji, Litwy, Białorusi i wielu innych krajów Europy, a pewnie i świata. Znakomite nagłośnienie pozwala nam na wysłuchanie opowieści młodego litewskiego zakonnika, który tysiącom młodych ludzi opowiada w języku angielskim o doświadczeniach swojego kraju z czasów totalitaryzmu. Siedzimy na schodach przy pomniku Giedymina, zachodzące słońce bursztynowo rozświetla fragment kolumnady katedry. Takie słońce, ciepłe, łagodne, o barwie gryczanego miodu widziałem wiele razy sączące się jak balsam na pniach wiekowych sosen w lesie na Pietraszach. Ta sama barwa, ten sam sposób otulania przedmiotów kojącym, wyciszającym blaskiem.

W tym czasie, gdy w katedrze mlodzi ludzie wsłuchują się w opowieść zakonnika, snutą spokojnym głosem, na placu zbierają się młodzi wilnianie, niektórzy siadają w grupkach i grają na gitarach, obok nas 6 osobowa mieszana grupa dziewczęco – chłopięca dzieli się na dwie części – panowie o nieco dłuższych, postrzępionych włosach, oryginalnie ubrani rozpoczynają grę w zośkę, a panie koncentrują się na ożywionej rozmowie. Inni jeżdżą na deskorolkach, jeszcze inni na rowerach. A wszystko to odbywa się harmonijnie, bez wzajemnej niechęci, nie ma tu grup, które zbierałyby się przeciw innym, nikt do nikogo nie odnosi się pogardliwie, jedna grupa nad drugą nie zaznacza swojej wyższości. Dla wielu tych młodych ludzi jest to dzień, jak co dzień, spotykają się tu ciepłymi wileńskimi wieczorami, dla innych to dzień wyjątkowy – modlą się także ci na zewnątrz. Możliwość wspólnej modlitwy z ludźmi z różnych krajów to bez wątpienia jednoczące przeżycie. I tym razem katedra i plac katedralny spełniają swoją rolę, nie po raz pierwszy w swojej historii, łączą codzienność ze wzniosłością, dają “schronienie” wszystkim mieszkańcom miasta, którzy na daną chwilę go poszukują.

Następnego dnia na wzgórzu tuż przy dawnym klasztorze wizytek – obecnie wiezięniu, w kafejce przy tarasie z pięknym widokiem na wileńską starówkę z białą cerkwią w stylu gruzińskim na pierwszym planie, dostrzegam dwóch około 20-letnich chłopców w zielonkakwych tiszertach, sztruksach, z dłuższymi włosami, siedzących przy stoliku i namiętnie czytających książki o pożółkłych kartkach. Już nie pamiętam kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się widzieć w Białymstoku kogokolwiek czytyającego książkę w miejscu publicznym.

Litewskie obrazki – Zułów, Powiewiórka, Niemenczyn

Z urokliwego Kiernowa – o którym innym razem – pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się wąskimi asfaltowymi drogami w stronę Niemenczyna. Przed Mejszagołą krajobraz jest nieznacznie pofałdowany, z rzadka mijamy lasy, za Majszagołą pojawiają się jeziora, gęstsza zabudowa, domy mieszkalne i letniskowe, o ciekawej drewnianej w większości architekturze, wspaniale wkomponowane w tutejszy krajobraz, tak jakby z niego naturalnie wyrastały. Do Niemenczyna wjeżdżamy, gdy ten zalany jest słońcem. Podjeżdżamy pod biały zabytkowy kościół, na parkingu stoi kilka samochodów na litewskich numerach, ale osoby przy nich stojące rozmawiają po polsku. Kilka babć pieszo zmierza na mszę, nikt ich nie podwozi, może nie ma kto, bo to już południowo – wschodni skrawek Litwy, kto wie czy nie najbiedniejszy? Młodzi wyjechali pewnie do Wilna albo jeszcze dalej w świat. Przy drzwiach wejściowych do świątyni wmurowana tablica z zatartymi, trudnymi do doczytania nazwiskami żołnierzy poległych w walkach z bolszewikami w 1920 r. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację wnętrza, jest już po 16, a przed nami jeszcze kawałek drogi do Zułowa, a na 20.00 chcemy być z powrotem w Wilnie. A tu jeszcze warto rzucić okiem na pięknie szeroko płynącą Wilię, wtuloną z dwóch stron w tunel soczyście zielonego lasu. Po drodze mijamy polski dom kultury z szyldami w dwóch językach, chłopczyk z tornistrem na plecach przygląda nam się z zainteresowaniem siedząc na murku przy wejściu do budynku. Pod dom kultury zajeżdża samochód, z którego wysiada młoda mama z dwiema córeczkami – rozmawiają po polsku; mama prowadzi swoje pociechy na jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na moście miniemy jeszcze dwóch około 20 – letnich chłopaków z dredami, i ruszamy dalej do Zułowa. Ale zanim do Zułowa, zatrzymamy się jeszcze w Powiewiórce, po litewsku zwanej – Pavoverė. Tu oglądamy kościół z drugiej połowy XVIII wieku, ze starą z zatartymi napisami tablicą informującą o tym, że jest to zabytek chroniony prawem. Chroniony prawem, ale nie ludzką ręką, wydaje się być mocno zaniedbany, miejscowej społeczności polskiej nie stać na jego odnowę najwyraźniej, a Litwini nie są tym zainteresowani – w końcu był tu chrzczony Józef Piłsudski, zdrajca Litwy i Litwinów i sprawy litewskiej. Dziwna to sprawa, w tej części Europy – nie potrafimy szanować wzajemnie swoich pamięci, swoich wrażliwości, zwłaszcza tych historycznych. Wileńszczyzna to bez wątpienia integralna część Litwy, do której w Polsce nikt rozsądny, pozostający przy zdrowych zmysłach rościć pretensji terytorialnych nie może, nie warto się więc chyba boczyć na Piłsudskiego, że kazał się zbuntować Żeligowskiemu i w zamierzchłym już przecież dwudziestoleciu przyłączyć ją do Polski i mścić na zabytkach. Litwinów jednak z drugiej strony rozumieć też trzeba, ale nie usprawiedliwiać w każdym przypadku.

Marcin chyba najbardziej z naszej trójki przeżywa wizytę w Powiewiórce, zmusza nas do filozoficznej zadumy nad tym, co musiała czuć matka przynosząca do chrztu niemowlę, które miało później wyrosnąć na jednego z największych ludzi w historii Polski. W moim domu, w rodzinie ze strony Mamy, wywodzącej się z Wileńszczyzny panował prawdziwy kult Piłsudskiego, ale dzięki Bogu nie fanatyczny.

Z Powiewiórki jedziemy już do Zułowa – po litewsku Zalavas. Przedzieramy się samochodem zupełnie nieterenowym przez remontowaną i niemiłosiernie rozkopaną w związku z tym drogę, światła, dziury, wyboje, żwir, odpryskujące kamienie, jadące z ogromną prędkością nie zważające na ograniczenia prędkości – całe szczęście nieliczne – TIRy. Wreszcie tablica Zalavas, krajobraz wokół jakbym już gdzieś kiedyś widział, jest zupełnie płasko, wioska położona na dużej polanie, a wokół sosnowe lasy. Trochę mi to miejsce przypomina oddalone około 30 km na wschód od Białegostoku okolice Załuk i Radunina. Jesteśmy ponad 300 km od Białegostoku, a mam wrażenie jakbyśmy wyjechali po pracy na wycieczkę gdzieś w okolice Gródka, i że zaraz będziemy wracać nie do Wilna, ale właśnie do Białegostoku.

Ale jak tu znaleźć miejsce, w którym stał dwór – miejsce narodzin Piłsudskiego; przy domach ani żywej duszy, z asfaltowej drogi zjeżdżamy w piaszczystą, w stronę zabudowań ciągnących się w stronę lasu. Wreszcie pojawiają się ludzie – dwóch chłopców bawiących się przy drodze w piasku i prawdopodobnie ich mama. Zatrzymujemy się i pytamy – po polsku mając pewność, że mieszkają tu Polacy – o miejsce, w którym stał dwór Piłsudskiego. Kobieta śpiewną polszczyzną każe nam zawrócić, wyjechać na asfaltową drogą i skręcić w lewo, w brukowaną drogę w lesie. Tak też zrobimy, ale zanim znajdziemy fundamenty dworu, jeszcze trochę pobłądzimy, będziemy jeszcze raz pytać starsze małżeństwo pracujące w ogrodzie przy drewnianym starym domku, gdzie jest to słynne miejsce. Aż w końcu ci nam wytłumaczą tak, że trafimy doń bez problemu.

Z daleka widzimy już dąb posadzony przez Ignacego Mościckiego i bodaj jedną z córek Piłsudskiego, ale wokół rosną chaszcze, chwasty, rozciągają się nieużytki. Widać też, że na fundamentach dworu w czasach ZSRR próbowano stawiać jakieś gospodarcze budynki. Tuż obok urządzono wówczas gnojówkę. W piwnicach – już nie wiadomo czy dworu czy budynków pokołchozowych leżą stare ubrania, plastikowe miski i inne śmieci. Nieopodal stoi stary budynek, wyglądający na czworak, duży drewniany zamieszkały przez kilka albo nawet kilkanaście rodzin. W czasie, gdy oglądamy, to co pozostało po dworze, w naszą stronę zmierza od strony lasu terenowy samochód z kogutem na dachu. Jedzie wolno, jest barwy brązowej, na pewno nie jest to litewska policja, ale prawdopodobnie straż graniczna. Gdy z daleka dostrzegają nasze aparaty i samochód na polskich numerach, nawracają i odjeżdżają. Możliwe, że to przypadek, ale podobno litewskie władze nieprzychylnym okiem spoglądają na turystów z Polski w tym miejscu. Co innego Wilno, Kowno, Połąga tu proszę bardzo, jak najbardziej, ale nie tu, na tym odludziu już nie ma co oglądać. Nie dowiemy się jakie były intencje owych strażników.

W międzyczasie w naszą stronę biegną umorusane, biednie ubrane dwie może 8 – letnie dziewczynki. Najstarsza z nich trzyma w rękach ogromną bordową księgę pamiątkową. Jej mama została poproszona przez przedstawicieli związku Polaków na Litwie o odbieranie od gości podpisów w owej księdze. Więc my także się wpisujemy, dzień przed nami wpisała się jakaś grupa z Bydgoszczy. Z przepastnych kieszeni wydobywamy garść litów i przekazujemy je dziewczynce prosząc ją by podzieliła się z pozostałymi koleżankami, i by wszystkie razem oddały je swoim mamom. Dzieciaki odbiegają w stronę domu wniebowzięte, z radości zapominają o daniu nam folderów o Zułowie. Pal licho foldery! Po kilku chwilach wraca jedna z dziewczynek ze swoją młodszą siostrą. Tacy z nas znakomici pedagodzy i psycholodzy, że próbujemy z dzieciakami rozmawiać o szkole, o stopniach, o nieodległych wakacjach, ale dziewczynki choć odpowiadają grzecznie, to jednak widzimy, że to nie w tym celu, by z nami porozmawiać tutaj przybiegły. Być może ta dziewczynka, której daliśmy pieniądze nie podzieliła się ze swoją towarzyszką. Głupio więc pytam czy może chcą jeszcze pieniędzy. Ale z opresji przytomnie ratuje nas Marcin, który przypomina, że w samochodzie mamy jeszcze cukierki przywiezione z Polski. Na dźwięk słowa “cukierki” w oczach dziewczynek pojawiają się błyski szczęscia! Niewiele tych cukierków zostało, ale dzieciaki są wniebowzięte.

A wokół obraz nędzy i rozpaczy, pod lasem straszą pozostałości kołchozowej obory, przy dawnym czworaku, na wydeptanym skrawku ziemi w kółko kręci się czarny misiek przywiązany do łańcucha, by nam się lepiej przyjrzeć wskakuje na dach budy, ale nawet szczeknąć mu się nie chce. Nastrój jak w polskiej popegieerowskiej wsi, tylko nędza chyba dużo większa. Żal nam tych małych dziewczynek, oby im się udało stąd wyrwać, oby się sytuacja tutaj zmieniła. Może to płonna nadzieja, ale jeśli sytuacja ekonomiczna Litwy będzie się stale polepszać, jeśli Litwa wyjdzie obronna ręką z tego kryzysu, to może i tutejsi Polacy coś na tym zyskają. Bez pomocy z Polski jednak się nie obejdzie. I nie są rozwiązaniem jedynie paczki świąteczne ze słodyczami i ubraniami wysyłane co roku, nie są rozwiązaniem zakupowane podręczniki, wakacje i ferie zimowe w Polsce, choć to też jest bardzo ważne. Może warto byłoby zainwestować tutaj w rolnictwo, w agroturystykę, w edukację z prawdziwego zdarzenia, trochę poprowadzić tych ludzi za rękę? Sami na pewno nie dadzą sobie rady. Wydaje się, że w znacznej części ci najbardziej zaradni wyjechali do Polski, lub dużo wcześniej zostali wywiezieni na Syberię, elita została wymordowana przez Niemców i Sowietów, a jej niedobitki przeniosły się po wojnie do Polski – spora cześć tworzyła Uniwersytet w Toruniu, część Akademię Medyczną w Białymstoku.

Mój pierwszy kontakt z Polakami na Litwie był zasmucający – jeszcze w ubiegłym roku w sierpniu, gdy pytałem w Wilnie o drogę do Rostynian zniszczonych alkoholem ludzi – jedynych, jakich mi się udało wówczas późnym wieczorem znaleźć – okazało się, że rozmawiali po polsku. Mężczyzna i kobieta, którzy mogli mieć nie więcej niż 40 lat, a wyglądali na 50 lub więcej, nieśli zakupione na stacji benzynowej piersiówki z alkoholem, a nad nimi unosiły się opary nieprzetrawionej jeszcze wódki. Szedł z nimi kilkuletni chłopczyk. Byli mili, kulturalni i niezłą polszczyzną bezbłędnie wytłumaczyli nam, jak mamy jechać dalej.

Litwini postrzegają tamtejszych Polaków, jako społeczność biedną, niezaradną, słabo wykształconą, co jednak dużo bardziej zasmucające – Polacy z ich ojczyzny odnoszą się częstokroć do swoich rodaków, jak do uboższych krewnych, z pewną pogardą, zażenowaniem, niechęcią. Polak ze wschodniej Polski, to taki Polak gorszego sortu, a cóż dopiero mówić o tych mieszkających na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. To jeszcze pośledniejszy gatunek bliźniego. W czasach, w których w tym ponurym kraju, nie potrafiącym się uczyć na własnych błędach, nie potrafiącym wyciągać wniosków z własnej historii, bo jej zwyczajnie nie znającym, w kraju, który jak to ujął mój pewien znajomy z Białorusi “odpoczywa” – tryumfy święci darwinizm społeczny – jeśli są biedni, to są sami sobie winni, należy ich zostawić samym sobie, nie łożyć na darmozjadów i nierobów, słabość jest zawsze stanem zawinionym, i zasługuje tylko na pogardę. Ale może jednak mimo tego najniższego w Europie kapitału zaufania społecznego, mimo fatalnych relacji międzyludzkich w samej Polsce uda się podjąć akcję na rzecz Polaków na wschodzie, która nie będzie tylko pomocą doraźną, ale trwalszą, edukacyjną, inwestycyjną, która w przyszłości przełoży się na kapitał nie tylko materialny i to zarówno tam, jak i tu. Oby.

Różanystok, Uganda i chasydzi

Wiosenna droga do Różanegostoku, tuż za Białymstokiem w stronę Wasilkowa zaczyna się krajobraz, który nazywam litewskim – falujące soczyście zielone wzniesienia i wijąca się jak wąż asfaltowa droga do Grodna. Gdyby nie ta idiotyczna granica po drodze, jadąc przez Grodno do Wilna, mielibyśmy o dobrych 50 – 60 kilometrów krócej. Dlatego z ogromną nadzieją będę śledzić dalsze losy Partnerstwa Wschodniego, zobaczymy co też ono przyniesie. Tymczasem tuż za Wasilkowem zaczyna się moja ulubiona Puszcza Knyszyńska z całym jej bogactwem fauny, flory i prawdziwym rajem dla archeologów. Po parunastu kilometrach mijamy zjazd do Czarnej Białostockiej, która kiedyś wydawała mi się bajkowym miasteczkiem położonym w sercu puszczy, w którym z którejkolwiek strony by nie wyjrzeć przez okno zawsze będą widoczne wierzchołki smukłych sosen i świerków. Po prawej miniemy bladą cerkiewkę o żółtych kopułach, wspaniale komponującą się z wieloodcieniową zielenią lasu. Dalej znowu zielony tunel, do którego dołączają jeszcze drzewa liściaste, porastające pagórki, spośród których w co czwartym, no może co piątym dostrzegam grodziska albo kurhany, wiedząc, że gdyby było tak naprawdę, to gmina Czarna Białostocka musiałaby mieć największą gęstość grodzisk i kurhanów w Europie! A kto wie, może tak jest naprawdę?

Straż leży już na skraju puszczy, tu pradawna knieja ustępuje miejsca polom i licznym zagajnikom na szczytach równie licznych pagórków. Sokółka mignie nam tylko w oknach i wjedziemy na trasę wiosek, które uporządkowała jeszcze sama Bona Sforza w czasie swojej słynnej reformy agrarnej w Wielkim Księstwie Litewskim. Wioski zachowały taki układ, jaki nadała im królowa, która jak się okazuje przywiozła do tego – z jej punktu widzenia – nieco ponurego kraju nie tylko nieznane tutaj wówczas gatunki warzyw, ale też wniosła nieco europejskiego porządku w te na pół jeszcze pewnie pogańskie ziemie. Wszystkie domy w owych ulicówkach stoją szczytem do drogi, a stykając się z nimi ciągną się w stronę pól zabudowania gospodarcze. Makowlany, Sokolany, Słomianka, Bierwicha. W Bierwisze prawdziwa perełka – kamień z krzyżem z wygrawerowanym napisem: “1655 – Moskal Litwę splądrował złamawszy mir wieczny”. Ten “wieczny” już się prawie zapadł pod ziemię, ale jeszcze można się go domyślić bardziej niż przeczytać.

Gdzieś na skraju Słomianki mignie w oknie samochodu kapliczka z rusińską inskrypcją, z której uda mi się odczytać słowo “sohrani” (uchroń).

To prawdziwy zlepek etnosów, kultur i religii o czym nie po raz pierwszy przekonam się w kościele w Różanymstoku. Przez moment poczuję się w nim jak w Wilnie. Barokowa, ogromna świątynia, fundacji Tyszkiewiczów, wyrastająca ni stąd, ni zowąd w zieloności pól i zagajników brzozowych. Z jej wież widać podobno Grodno! To tylko przecież 20 kilometrów w linii prostej, a może i mniej. Wracając zaś do tego zlepku etnosów, to w kościele mam prawdziwy przegląd różnych typów urody, dokładnie tak jak w Wilnie. Czarnowłosi panowie i czarnowłose panie, o mlecznej albo też śniadej karnacji, jasnowłose dziewczęta o malinowych ustach, płowowłose, kasztanowłose, lnianowłosi chłopcy. Ale dziś stało się coś czego w Różanymstoku się raczej nie spodziewałem. Gdy tylko przeszliśmy przez furtkę w murze z polnych kamieni, moim oczom ukazał się niewiarygodny wręcz widok. Grupka 6, może 7 ubranych w czerwone spodnie dresowe i niebieskie bluzy czarnoskórych chłopców tworzyła iście akrobatyczną piramidę na trawniku przed kościołem, a licznie zebrany tłum ludzi nagradzał ich gromkimi oklaskami. Spodziewałem się – to prawda – różnych typów urody, ale doprawdy nie aż takiej różnorodności! To wszystko wyglądało jak scena jednego z filmów z nurtu kina agroturystycznego typu “U pana Boga za piecem” albo “U pana Boga w ogródku”. Czarnoskórzy chłopcy przedstawiają niewiarygodne wręcz akrobacje, a wierni zgromadzeni przed kościołem, przyglądają im się z zachwytem, i z uśmiechami od ucha do ucha każdą ich figurę głośno oklaskują. Ze zdumienia wyrwała mnie dopiero ulotka wręczona mi przez malutkiego Murzynka, z której wyczytałem, że chłopcy są z Ugandy, a opiekują się nimi salezjanie. Ci zakonnicy przebywający na misji m.in. w Ugandzie wyrywają kilkuletnich i kilkunastoletnich chłopców prosto z objęć wojny. Dzieci te często są sierotami, które poznały już smak wojny, albo smak której niechybnie by poznały, gdyby nie pomocna dłoń misjonarzy.

W czasie mszy kazanie wygłasza jeden z zakonników, który opowiada o ugandyjskiej rzeczywistości. O dzieciach wyrzucanych na ulice, jeśli pochodzą z pierwszego małżeństwa kobiety, o kobietach, które po śmierci mężów są przez ich rodziny pozostawiane samym sobie razem z dziećmi, często także wypędzane. Pod koniec homilii kapłan zapowiada wstęp małych Ugandyjczyków po ogłoszeniach parafialnych, tym razem nie na trawie przed kościołem, ale w barokowych wnętrzach świątyni. Jednak zanim to nastąpi chłopcy jeszcze w czasie mszy zaśpiewają i zagrają na bębnach, co wywoła wśród wiernych ogromne poruszenie i wszyscy stojący w bocznych nawach jak jeden mąż je opuszczą i z błyskiem zainteresowania w oczach przejdą pośpiesznie do nawy głównej, by zobaczyć muzykujących chłopaków. No ale to, co się wydarzy pod koniec mszy trudno będzie nawet nazwać euforią! Wszyscy ścisną się w nawie głównej, by podziwiać akrobatyczne figury zwinnych maluchów – piramidy składające się z 7 osób, niektóre nawet “3 – piętrowe”, ze śmiałkiem stającym na rękach na samym jej szczycie, salta wykonywane przez pół długości nawy głównej między rzędami ławek i inne cuda, których opisać nawet nie sposób. A to wszystko nagradzane gromkimi brawami głośno rozbrzmiewającymi w kościele o świetnej akustyce.

I choć moja wiara jest raczej letnia niż gorąca, to dziś uczyniłem kolejny krok na drodze zrozumienia czym jest kościół powszechny i co mieli na myśli chasydzi twierdząc, że Boga można chwalić pieśnią i tańcem, a jak się okazuje także akrobatyką. Jak bańka mydlana pękł spór między Gaonem z Wilna a chasydami, spośród których ten pierwszy twierdził – w największym uproszczeniu – że Boga można poznać tylko intelektem, a ci drudzy, że raczej emocjami. To jasne przecież jak słońce, że Bóg objawia się na różne sposoby, a dziś akurat razem z innymi poznawałem Boga tylko i wyłącznie poprzez zachwyt, tak jak chasydzi!

Litewskie obrazki, w drodze do Miednik, maj 2009

Szosa Wilno – Miedniki Królewskie, Vilnius – Medininkai, do przejścia granicznego z Białorusią, a dalej Medininkai – Mińsk. Gdzieś w połowie drogi skręcamy w lewo, żwirówką, na której wzbijamy duszące tumany kurzu, odbijamy w stronę sosnowego lasku, kilkadziesiąt metrów od asfaltówki. W czasie krótkiego postoju w lusterku dostrzegam babuleńkę wysiadającą z samochodu, który przystanął na chwilę na szosie. Przygarbiona, w chustce na głowie, wolno i z trudem zmierza w naszą stronę. Po kilku minutach podchodzi do otwartego okna samochodu i pyta czy nie moglibyśmy jej podwieźć do sklepu widocznego w wiosce na horyzoncie. Wioska z daleka wygląda jak te, które jeszcze u schyłku ZSRR pod koniec lat 80-tych, będąc malcem odwiedziłem w sowieckiej wówczas Białorusi. Nijak nie jest to nam po drodze, ale wieziemy babcię do sklepu. Niebieski, parterowy, murowany budynek. Babcia wysiada z samochodu, chce nam kupić lody, od których się wymawiamy, ale czekamy na nią, bo jedziemy do Miednik, a ona mieszka niedaleko Miednik, więc teraz będzie nam wszystkim po drodze.

Krzysiek kracze, że babcia i tak kupi nam lody, i wykrakał, z chlebem pod pachą i czterema lodami w przezroczystej foliowej torebce kuśtyka nasza babuleńka, z szerokim uśmiechem rozświetlającym pooraną bruzdami twarz. Wymawiamy się dalej, bez skutku, babcia nie ma dzieci i nie ma wnuków, nie ma komu dać tych lodów, więc poddajemy się i przyjmujemy podarek. W drodze do Miednik babcia opowiada nam niemal całe swoje życie. Mówi w języku białoruskim, ale zupełnie innym niż ten, który tak często zdarza mi się słyszeć w okolicach Białegostoku. Momentami brzmi, jak język polski, zwłaszcza akcent, niektóre słowa są takie same, niektóre jakby wzięte z języka rosyjskiego, ale nie ma chyba tej rosyjskiej melodyki i rytmu, pod tym względem bliżej mu raczej do polskiego. Chwilami jego twardość przywodzi na myśl ukraiński, ale to też nie to, to nie ten rodzaj twardości. Tak czy owak brzmi pięknie i ciekawie. W końcu nie wytrzymuję i pytam co to za ładny język, którym włada nasza babcia, a ona mi odpowiada na to:

- Mówią, że białoruski.

Kobieta troszkę się żali, w pewnym momencie wybucha płaczem. Ojciec zmarł w roku 1959, jedną siostrę pochowali, gdy miała 6 lat, druga zmarła nieco później, babcią nie ma kto się opiekować, ale w czasie naszej niedługiej przecież rozmowy uśmiech często pojawia się na jej dobrej twarzy. To jest właśnie to dobro, ta życzliwość, szczerość i bezinteresowność, której doświadczyłem będąc jeszcze 12 – letnim chłopcem, odwiedzającym rodzinę na Białorusi. I jakie to może za znaczenie, że babcia jest Białorusinką, a wszystkie moje babcie i prababcie, które znałem, a o których tyle słyszałem, uparcie podkreślały, że były Polkami, i to jeszcze szlacheckiego pochodzenia. To wszystko są jakieś przesłony, zupełnie nic nie znaczące powłoki, skoro babcia, która obdarza nas takim zaufaniem, i te moje, które są już gdzieś w niebie, stanowią ten sam typ człowieka, ten sam typ osoby.

W kotlince rozświetlonej popołudniowym słońcem dostrzegamy dwuspadowe dachy drewnianych domków, zieleń bez deszczu jest sucha, nie ma w niej wiosennej witalności i bujności; nasza babcia żegna się z nami, odchodząc pozostawia nam kilka zapadających w pamięć życzliwych słów, z którymi nie rozstaniemy się chyba nigdy.

Jedziemy dalej do Miednik…

CDN

Kobiety w litewskiej muzyce – część 2. Jurga

Jurga jest kolejną spośród moich ulubionych litewskich wokalistek. Gdybym miał pisać o niej tekst do jakiegoś czasopisma muzycznego, to pewnie jej muzykę bym określił, jako połączenie chillout’u, momentami może house’u, popu i folku. Całe szczęście jednak nie muszę pisać tekstów do czasopism muzycznych, stąd też wolę ją opisać jako połączenie nowoczesnych brzmień z wrażliwością mającą swoje źródło w litewskim krajobrazie – raz urokliwie płaskim, innym razem falującym morenowymi wzgórzami, poprzetykanym błękitniejącymi falami jezior, grantowiejącymi przed zmrokiem puszczami; jako muzykę pełną północnej melancholii, jesiennej feerii ognistych barw lesistych wzgórz nad Niemnem. Muzyka Jurge przywodzi na myśl Wilno harmonijnie łączące stary barok, klasycyzm z nowoczesnością szklanych domów, i nieokiełznaną, drapieżną litewską przyrodę z jej kalwaryjskimi wzgórzami rozświetlonymi słoneczną jesienią wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązów, rwącą po kamieniach Wilejką, a do tego łatwo dający się zauważyć melancholijny temperament mieszkańców miasta.

Kobiety w litewskiej muzyce – Jieva. Część 1

Szalenie bawi mnie ocenianie urody kobiet poszczególnych nacji w stereotypowy, uogólniający sposób, typu: “Polki są najpiękniejsze w Europie”, “Niemki nie zanadto urodziwe, Angielki podobnie”, przykłady podobnych obiegowych “ocen” można by jeszcze długo mnożyć, a to w odniesieniu do Włoszek, Hiszpanek, Rosjanek i tak dalej, i tak dalej…

Jednakże, gdyby mnie ktoś poprosił o wyrażenie opinii na temat Litwinek, nie potrafiłbym się powstrzymać od wydania sądu generalizującego. Bywając ostatnimi czasy z większą lub mniejszą regularnością na Litwie, zrozumiałem dlaczego jeden z moich dziadków stryjecznych, bo tak Go chyba trzeba nazwać – rodzony brat mego dziadka, więc dziadek stryjeczny – pojął za żonę właśnie Litwinkę. Nie dość, że pięknie śpiewają, to jeszcze odznaczają się interesującym typem urody. Ale żarty na bok.

W rzeczy samej Litwinki, z którymi miałem styczność charakteryzował ogromny spokój, opanowanie, skrzętnie ukrywana, a mimo to dostrzegalna czułość, czy jak ktoś woli – ciepło, i nie dającą się już w żaden sposób ukryć nuta głębokiej melancholii.

Któregoś razu za sprawą jednego z moich ulubionych bolgerrów – piszącego pod pseudonimem Heartlion – odkryłem jedną z najbardziej utalentowanych litewskich wokalistek śpiewającą w trzech językach: litewskim, rosyjskim i angielskim. Ale o niej wspomnę innym razem. Dziś chciałem zaprezentować moje poniekąd własne “odkrycie”. Jieva. Młoda wokalistka, o niebiańskim wręcz głosie. Jej kompozycje przenika kojący spokój i radosna melancholia (jakby paradoksalnie to nie brzmiało). Nie mają w sobie nic z pretensjonalności, ulegania jakimkolwiek modom, trendom i nie jest to z pewnością muzyka, która mogłaby się dobrze sprzedawać. Zresztą cóż tu dużo mówić, zapraszam do wysłuchania o obejrzenia.

Alytus i o litewskich krajobrazach

Lesiste i pofałdowane tereny na północ i na północny wschód od Białegostoku zawsze kojarzyły mi się z litewskim krajobrazem. Naczytawszy się o styku kultur, nie znając jeszcze Litwy właściwej, byłem pewien, że tutejszy krajobraz ma w sobie coś litewskiego – w swoim wyglądzie i w atmosferze, którą tworzy. Morenowe wzgórza porośnięte puszczą i zagajnikami z pewnością pamiętają dawnych mieszkańców tych ziem - Bałtów, czy to Litwinów, czy Jaćwingów. Na ich bytnośc tutaj wskazywałyby także nazwy wielu miejscowości – Sokołda, Trejgle, Szudziałowo, Jaświły, Jatwież Duża, by wymienić tylko kilka. Ślady po dawnych grodziskach w postaci sztucznie usypanych wzgórz, tajemnicze nie zbdane przez archeologów wzgórza, które mogą być pozostałościami po grodziskach, ale też kurhanami. Pozostałości po dworze myśliwskim Wielkiego Księcia Witolda, po którym pozostało tylko usypane ludzkimi rękami, o regularnym kształcie wzniesienie w okolicach Knyszyna, na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Dziecięca wyobraźnia zaludniała te wszystkie gaje, puszcze, wzgórza wyobrażonymi postaciami z mitologii bałtyjskiej, rycerzami, bóstwami, duchami.

I to charakterystyczne słońce, tak nieodłączne od tych miejsc – ile razy bym nie wyruszył na północ czy na północny wschód, owe wzgórza, lasy, zawsze toną w jasnym, raz to nieco mglistym, innym razem wyraźnie i ostro podkreślającym kontury słońcu.

Droga na Litwę właściwą wiedzie przez ten charakterystyczny krajobraz, najpierw prosto na północ w stronę Korycina, przez puszczę, która później okaże się być tak typową dla lasów litewskich, dalej do Suchowoli, Sztabina, Augustowa, by wreszcie odbić na północny wschód w strone Sejn, wąską asfaltową drogą przez kolejna puszczę, tym razem Augustowską, jakże odmienną od Knyszyńskiej, ale też charakterystyczną dla litewskich lasów, gdzie między smukłymi jak maszty sosnami przebijają gładkie tafle błękitnych jezior. Przed Sejnami krajobraz się zmienia, wzgórza stają się wyższe, lasów ubywa i tak jest do Ogrodnik. Po litewskiej stronie krajobraz nieco łagodnieje, ale tylko nieznacznie, i jest to jedynie pozorny spokój. Tuż za Lazdiai otwiera się ogromna przestrzeń, której prózno szukać po polskiej stronie, może jedynie w okolicach Lipska w drodze do Dąbrowy Białostockiej, ale to też nie to. Krajobraz w drodze z Lazdiai do Alytus ma dużo większy rozmach, po wspięciu się na wzgórze z szosy roztacza się widok zapierający dech w piersiach, w dole rozpościera się długa i szeroka kotlina, obramowana na horyzoncie wzgórzami - jak tylko okiem sięgnąć -porośniętymi lasem nie mającym ani początku, ani końca. Tej przestrzeni i tego rozmachu nie sposób uchwycić żadnym aparatem, żadną kamerą, każda taka próba przyniesie w rezultacie tylko jego mizerną karykaturę. Wszyscy znajomi, z którymi zdarzyło mi się jechać do Wilna, oniemieli w tym miejscu, tu rzeczywiście można zrozumieć i poczuć czym jest prawdziwy zachyt. Głęboko wierzę w to, że zapierający dech w piersiach krjobraz i piękna architektura są w stanie czynić ludzi lepszymi, tych ludzi oczywiście, którzy są na to gotowi. Nie bez przyczyny wilnianie – bez wnikania w ich narodowość, czy to Litwini, czy Polacy, czy Rosjanie, czy Białorusini – odznaczają się ogromną życzliwością, opanowaniem i spokojem.

Około 2 godzin i 45 minut jazdy samochodem i dojeżdżamy do największego miasta w drodze do Wilna. Alytus. Szóste co do wielkości miasto Litwy, 70 tysięcy mieszkańców. Malowniczo rozłożone na wzgórzach wtulających się w szeroko płynący niemal przez centrum miasta Niemen. Jadąc do Wilna można Alytus zupełnie zignorować, widząc z okien samochodu socrealsityczne budowle z wielkiej płyty, sporą blaszną Maximę i kilka stacji beznzynowych. Warto jednak na drugich bodaj światłach przed pojechaniem prosto w stronę Wilna, skręcić w lewo, do centrum. Tutaj zaczyna się inny świat, ulica wysadzona z jednej i drugiej strony szpalerem drzew, zabudowę tworzą znośne posowieckie budynki przeplatane cudem ocalałymi urkoliwymi drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach. I  znowuż cudowne, jasne, intensywne słońce, zupełnie odmienne od słońca warszawskiego, lubelskiego, krakowskiego, koszyckiego czy budapesztańskiego, słońce dużo bardziej “północne”, albo z mgiełką, albo ostro wydobywające wszelkie kontury, słońce inspirujące, olśniewające, czy wręcz uduchawiające. Po prawej stronie w samym centrum miasta wyrasta piękny sosnowy las. Las w centrum miasta nie jest właściwie niczym zdumiewającym, podobnie jest w Augustowie, tylko bez tego uroku, podobnie też w Białymstoku, ale tu las jest mieszany. Parkujemy samochód przy kilkukondygnacyjnej szarej budowli, która przypomina siedzibę urzędu. W odległości kilkunastu metrów zaczyna się szeroki deptak ze stojącym na środku nowoczesnym ratuszem, wzniesionym prawdopodbnie jeszcze w schyłkowych czasach ZSRR, ale mającym w sobie coś z budowli, którą widziałem kiedyś na jakiejś pocztówce z Finlandii. Budynek niewysoki, w kształcie prostopadłościanu, ze stanowiącą jego integralną część, nienachalnie przyklejoną wieżą o krótkiej, ostrej iglicy. Naprawdę ciekawa architektura. W przeciwległym końcu deptak zamyka sosonowy las, w którym pewnie mieszczą się sanatoria i ośrodki wypoczynkowe.

Z przewodnika wynika, że w mieście nie ma wielu zabytków, ale nam wystarczają tonące w słońcu malownicze drewniane domki i odbijające słoneczne promienie bursztynowe pnie sosen. W pobliżu ma być XIX – wieczna synagoga. W sklepie z armoatycznymi herbatami i czekoladami, jasnowłosa sprzedawczyni w białej zwiewnej letniej sukience tłumaczy nam – przeplatając słowa rosyjskie polskimi - jak do dojść do dawnej bożnicy. Wychodzi nawet z nami przed sklep, by dokładnie wskazać drogę. Ceglana budowla wtula się w stok zielonego wzgórza, wokół nowe domki jednorodzinne, a gdzieś w dole płynie niewdoczny z tego miejsca Niemen. Najbardziej malowniczo jednak rzeka płynie na skraju miasta po dordze do Wilna, otoczona wzgórzami porośniętymi mieszanym lasem, najpiękniej wyglądającym wczesną jesienią, rozświetlonym w słońcu wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązu. Drzewa stromymi zboczami schodzą ku rzece, tworząc razem z nią przepiękny widok, wywołujacy obok zachwytu uczucie niezrozumialej grozy.

dsc00222

dsc00223

dsc00224

dsc00225

dsc00226

« Starsze wpisy