Z dala od centrum

Łatwiej zmienić ustrój niż ludzką mentalność. Nie umiemy ze sobą współdziałać. Nie ufamy sobie. Mamy najniższy w Europie kapitał zaufania społecznego. Musimy państwo odebrać partiom. Kilka myśli z kilku przeczytanych w ostatnich tygodniach artykułów. Artykułów pisanych z pozycji centrum, centrum, które zapewnia przecież jeszcze jakieś nisze i względną różnorodność. A cóż począć, jeśli żyć komuś przyszło z dala od centrum? Wszystkie absurdy, wszystkie nonsensy, śmieszności wydają się tu być podniesione do co najmniej drugiej potęgi. Ale w gruncie rzeczy reguły gry są chyba tu i tam podobne, różnią je co najwyżej proporcje.

Z dala od centrum jedną z najprzydatniejszych umiejętności jest bez wątpienia umiejętność tak zwanego ustawienia się. Nie zdolności, nie wiedza, nie kwalifikacje, ale właśnie umiejętność robienia dobrego wrażenia lub podkładania się, uśmiechania się i kłaniania komu trzeba, wypowiadania sądów, które w danych okolicznościach są oczekiwane. Grunt to mówić okrągłymi, gładkimi zdaniami, kręcić, kłamać, aby tylko tak “wiarygodnie”, by być przekonującym. Ważnym jest też to, by znać “właściwe osoby”, zawsze dobrze jest się pod kogoś podpiąć, najlepiej pod wpływowego posła, jakiegoś miejscowego wszechwładnego barona – przy czym barwy polityczne nie mają tutaj żadnego znaczenia. Umiejętność podkładania się jest cnotą cenioną przez całe lokalne spektrum polityczne. Słowem trzeba być czyimś człowiekiem.

Nie jest dobrze widziane własne zdanie, a już Broń Boże niezależność myślenia. Przede wszystkim sztuka mimikry, grunt to mówić i myśleć tak, jak tego oczekują patroni.

Administracja lokalna to domena tylko i wyłącznie trzęsących regionem posłów i powiązanych z nimi biznesmenów. By trafić na przykład na listę partyjną w samorządowych wyborach wystarczy w zasadzie być kolegą bądź koleżanką z klasy posła jednego czy drugiego, reszta jest mało istotna, bo przecież lokalna demokracja, to nie merytokracja!

Ale sfera polityki, lokalnej administracji nie wyczerpuje całej złożoności obszarów oddalonych od centrum. Sfera społeczna obejmująca życie zawodowe, artystyczne, naukowe także nie jest wolna od wszechpotężnych i wszechstronnych książąt. A sprawa na dodatek komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli te obszary oddalone od centrum są różnorodne narodowościowo czy wyznaniowo. I tu także tak zwane kwestie merytoryczne schodzą na dalszy plan, tu się jeszcze dodatkowo podłącza klucz etniczny bądź religijny.

A już czego by się nie dotknąć, czego by nie ruszyć, wszędzie obowiązuje podręczny i przydatny w każdej chwili konformizm. Ten jest zawsze ceniony bez względu na miejsce i okoliczności.

Niedawno pewna osoba, której większa część życia przypadła na czasy PRL-u zapytała mnie czym się właściwie nasza współczesność różni od tego, co ona przeżyła przed rokiem 1989? Klimatu tamtych nikczemnych czasów mam znakomitą okazję doświadczać właśnie teraz. W pracy – nawet jeśli jest to instytucja powołana do niesienia pomocy innym – nikt nie jest zainteresowany wspódziałaniem, kooperacją, za to budowaniem własnej pozycji jak najbardziej, najlepiej kosztem innych, wedle starej dobrej zasady “kto kogo”. Tu także nie jest mile widziana niezależność myślenia, a już nie daj Boże dobre przygotowanie merytoryczne. Co to, to nie, to już jest poważne zagrożenie, nie wypada burzyć przecież ciepełka, w którym każdego dnia można wznosić wspaniałą fasadę, pięknie wyglądającą z zewnątrz, a ukrywającą raczej szpetną kamienicę z nadkruszonej, przybrudzonej czerwonej cegły.

A co najgorsza – nie widać żadnej nadziei na zmianę.

Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 – metrowa najprawdziwsza enklawa – trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim – bo prawie dwumetrowym – mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba – Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do “Uchwytów”. Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich – tak zwanych – apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi – willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego – wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto – zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX – wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 – tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki “Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler’s war and Stalin’s peace” napisanej przez Mashę Gessen

Czy warto być Polakiem?

Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer “Pressji” wydawanych przez Klub Jagielloński, a w nim artkuł uroczej uśmiechającej się ze zdjęcia Polki z wyboru – Wandy Wyporskiej – doktorantki w Hertford College w Oksfordzie (wówczas doktorantki, bo teka trzecia “Pressji” była wydana na przełomie 2002/2003). Z czarno – białej fotografii uśmiecha się szczerze ciemnoskóra i czarnowłosa wnuczka polskiego lotnika, który po drugiej wojnie pozostał na Wyspach. A tata z Barbadosu pozostawił ją i mamę, gdy miała 2 lata. Autorka artykułu “Rostbef, pierogi i latająca ryba” opisuje swoją drogę do polskości, dojrzewanie do świadomego bycia Polką, Polką zakorzenioną w kulturze, w literaturze, w języku, ale wspomina też o polskości istniejącej we krwi. Polskości trudnej, wbrew nawet wrogim gestom i słowom: “Mimo, że wspomniałam tutaj tylko o dodatnich stronach polskości, o tym co mnie do Polski przyciąga, oczywiście doświadczyłam tu również chwil bardzo przykrych. Przykładowo zdarzyło mi się raz, że postraszono mnie nożem, a dwukrotnie spotkała mnie słowna obraza, co jednak w ogólnym bilansie pozwala sądzić, iż w sumie miałam szczęście.”

Momentalnie przypominam sobie jedną z wypowiedzi Grzegorza Wasowskiego z wywiadu opublikowanego kilka miesięcy temu w “Rzeczpospolitej”, w której z goryczą stwierdza, że nie odczuwa żadnej więzi z obecnym narodem, a jedynie z tym sprzed wojny, z XIX wieku, z narodem historycznym bardziej niż tym współcześnie realnym.

A do tego jeszcze to przykre wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy to znajoma zwróciłą się do mnie z prośbą bym oprowadził po miejscach związanych z kulturą żydowską w Białymstoku grupę młodzieży z Izraea i z jednego z białostockih liceów. Żaden ze mnie przewodnik, ale historię miasta, z którym wiąże mnie jedynie fakt urodzenia i stałego zamieszkania, znam. W ubiegłym roku udało nam się wejść na podwórko i klatkę schodową pewnej starej kamienicy przy dawnej synagodze – obecnie Galerii Ślendzińskich. Zależało mi na tym, by młodzież z Izraela mogła poczuć klimat Białegostoku, gdy ten w 70 % był miastem żydowskim. Tym razem nie udało się, dwóch stojących przy bramie wygolonych na łyso dwudziestokilkuletnich osiłków zastąpiło nam drogę twierdząc, że to teren prywatny; słowem dali nam do zrozumienia, że mamy się stąd wsynosić. Gdy odchodziliśmy, nerwowo się uśmiechali, pełni tryumfu, napięcia, jakby gotowi do bójki. W ubiegłym roku musiałem głupio się tłumaczyć z gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na ścianie jednego z bloków obok miejsca, w którym jeszcze po wojnie stał drewniany dom – miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa.

Czy takie incydenty to właśnie Polska? Co mają wspólnego z polskością? Czy to margines? Wierzę, że jednak tak.

Ale czym jest w takim wypadku polskość właściwa? Z czego mogę być dziś dumny, co stanowi o mojej polskości? Czy rzeczywiście możemy się tylko odwoływać do odległej historii? Do XIX – wiecznej literatury? Do dwudziestolecia? Do Schulza, Tuwima? Miłosza? Szubera? Rylskiego? Libery? Stasiuka?

Czy polskość można odnależć jedynie w kulturze wysokiej? A co z kulturą codzienną? Gdzie się podziała kultura polityczna, prawna? Skąd to zniechęcenie ludzi młodych, apatia mojego pokolenia trzydziestolatków, rozczarowanych polityką, polskimi elitami, cała strukturą życia społecznego?

Moja przyjaciółka Białorusinka, napisała mi kiedyś, że na Białorusi nie ma wielu rzeczy, które my mamy tu w Polsce. Zazdroszczę jej tej tęsknoty do tego, co mamy tu, bo sam już nie potrafię się tym cieszyć. Nie wiem nawet czym miałbym się radować? Wolność podróżowania? To przecież minimum. Swoboda posiadania i głoszenia poglądów politycznych? Tak, jak najbardziej, jeśli można się opowiedzieć po stronie którejś z mainstreamowych grup. Teraz w Polsce jest się albo “prymitywnym pisiorem” albo “gładkim platformersem”. Jedni są pryncypialni, trochę bardziej toporni, mało sympatyczni, a drudzy okągle i gładko podbijają świat, wydają się bardziej sympatyczni, ale w gruncie rzeczy to tylko pozory, jedni warci drugich. Co mi za różnica czy państwo sprywatyzują przekonani o swojej słuszności pisowcy czy fajni platformersi? I jedni i drudzy polityką zajmują się dla korzyści – to stwierdzenie tak oczywiste i analne, że nawet piszę je z zażenowaniem. Teraz akurat padło na Zbycha, Mira i Grzecha, ale takich rozmów, takich afer można byłoby pewnie wykryć więcej. Koleżanka, która pracuje w urzędzie maista, już się niepokoi, bo chodzą słuchy, że Platofrma może nie wygrać wyborów samorządowych. Cóż to jednak ma za znaczenie – całe zastępy przebierają nogami do intratnych posad i stanowisk.

Gdzie nie zacząć kopać, wszędzie trafi się na brud. W każdej szafie czai się kościotrup.

Iście XIX – wieczny kapitalizm, szczęśliwie udało mi się porzucić korporację, która piar opanowała do perfekcji, a czas kryzysu wykorzystała do zwolnienia z pracy około 1000 osób w skali kraju. Zwalniano także takie osoby, jak Pani Ania, która przepracowała w firmie około 40 lat, na kilka miesięcy przed wejściem w okres ochronny, kiedy to pracownika nie można zwolnić przed emeryturą. Wzorowy pracownik, całe życie zawodowe bez upomnienia, nagany, dokładna, sumienna, uczicwa, koleżeńska, nie pasowała do obecnej rzeczywistości – drapieżnej, nastawionej na dobre wrażenie, fasadowość, umiejętność manipulacji, niedoinformowywania, niedopowiadania.

Rywalizacja bez żadnych granic, intryga, skarga, pomówienie, niechęć do dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, każdy instrument jest dobry, by budować swoją pozycję w firmie, urzędzie, czy jakiejkolwiek instytucji.

Zjawisko podczepiania się pod kogoś bądź pod jakąś grupę, by przeć do przodu. Konformizm, taki jaki musiał istnieć w czasach realnego socjalizmu, ktory znam w zasadzie z filmów i opowieści ludzi, którzy te ponure czasy pamiętają.

Ślizganie się po powierzchni rzeczy, niestosowność refleksji, zatrzymania się na chwilę, aby tylko pozwolić unieść się fali.

Naprawdę nie wiem czym dziś miałaby być polskość i gdzie jej szukać?

Ostatnie dni lata

Niedzielne chwytanie ostatnich tego lata tak jasnych, ciepłych i radosnych promieni słonća. Na wzgórzu przy grodzisku w Milewszczyźnie, przeciętym żwirową drogą, z jednej strony ruiny folwarku ze stodołą z olbrzymich kamieni zebranych z okolicznych pól, pewnie jeszcze w XIX wieku, z żarnami wkomponowanymi w kamienny mur. Z dzikim już sadem, głogami, wijącym się chmielem, które zwinnie ukryły grodzisko. Sceneria tworząca atmosferę jakby wyjętą z plenerowego teatru telewizji, tajemniczego spektaklu, którego tytułu przypomnieć sobie nie mogę już od kilku miesięcy. Kulturalne nastolatki przejeżdżające piaszczystą drogą na rowerach – cztery dziewczyny z rozwianymi długimi włosami i dwóch dzielnych chłopców w roli ich opiekunów, śmiejący się radośnie i komunikujący się ze sobą bez wulgaryzmów jako kropek i przecinków, pozdrawiający nas wesołym “dzień dobry”.

Kładę się na zielonej, soczystej jeszcze trawie na samym szczycie wzgórza, słońce łagodnie gładzi moją twarz, za chwilę zasnę i dopiero po godzinie obudzi mnie odgłos rozmowy siedzących obok towarzyszy podróży, którzy nadziwić się nie mogą, że można tak długo spać. A to przecież ledwie godzina.

Schodzimy w dół nad rzekę, nad którą około XII wieku, a kto wie może i wcześniej rozlokowało się grodzisko. Gdybym miał wyobraźnię dziecka, w czasie snu pewnie usłyszałbym dźwięk – może bijących dzwonów zapadłej pod ziemię świątyni, szczęk oręża, odgłosy z rzemieślniczych warsztatów, może płatnerza, może rozmowy dobiegające z chaty zamożnego wieśniaka albo dworu kasztelana. W jakim języku by je toczyli? Słowian? Bałtów? Co się z nimi stało? Najpierw opuścili grodzisko w Aulakowszczyźnie, bo ktoś ich tam napadł, a drewnianą osadę spalił. Czy taki sam los spotkał ich także tu?

Nad rzeką z łatowością odnajduję bujnie zielony cypel, ale tu sen już nie wraca, cicho szemrze Kumiałka, przede mną wzgórze, liściasty zagajnik, z prawej strony grodzisko, nieco na lewo za rzeką w gęstwinie krzewów i drzew przebija stary poczerniały dom z czerwoną dachówką i białymi oknami. Prawdziwy spokój, kiedy wszystko ma znaczenie i można odczuć czym jest harmonia w duszy i czym harmonia całego świata.

Skąd mogłem wiedzieć, że usłyszę dziś w telefonie spokojny, pokorny głos dobrej mamy chłopaka na wózku, który prawie nigdy nie wychodzi z domu, choć jest ciekawy świata. Mama jest pełna niepewności, nie ma w niej rezygnacji, a tylko dobro, spokój, łagodność i pokora, których chciałbym się od Niej nauczyć.

- Mój syn jest nieśmiały, stroni od ludzi…

Świat się roi od dobrych ludzi, na pewno się roi, nie są tak krzykliwi, więc ich nie widzimy.

Kilka obrazków po powrocie

Pewna miejscowość uzdrowiskowa na południu Polski, krótki postój w drodze ze wschodniej Słowacji do Białegostoku, ławeczka w parku nad szemrzącym strumieniem, nieopodal fontanny, wokół zieleń krzewów, równo przystrzyrzonej trawy, a na ławeczce nobliwie wyglądająca para – około 60 – letni mężczyzna i kobieta, oboje eleganccy, oboje gustownie ubrani. Ułowiony skrawek rozmowy:

- Wyższe sfery mieszkają w tych hotelach na górze, izolują się od tego bydła…

W tej samej miejscowości, w księgarni przy deptaku, w Nowym Domu Zdrojowym, starszy pan w marynarce do Bogu ducha winnej sprzedawczyni z wściekłością i pretensją do całego świata:

- Co żeście zrobili z tą pijalnią?! Kiedyś to ona wyglądała! A teraz trzeba było tam sklepów nawciskać?! Że za komuny zbudowali to zła?! Wszystko co im się z komuną kojarzy, to muszą zniszczyć!

Dziś w empiku w jednej z białostockich galerii handlowych, około 60 – letni mężczyzna gustownie ubrany, w okularach, z brodą, przy półce z tygodnikami głośno do żony:

- Weźmiemy to czasopismo, musimy się czymś odróżniać od tych żydków!

Wściekłość, zapiekłość, jad, żółć, frustracja, złość, pogarda, krzyk, bycie przeciw innemu, tak często wylewają się na ulicach, w sklepie, w pracy, wszędzie. Powroty do Polski z zagranicy są zawsze traumatyczne.

Co Polacy wiedzą o Białorusi i Białorusinach, a co wiedzieć powinni?

“Gość Niedzielny”, którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki – Zych pod tytułem “Madonna, korona i łzy” poświęcony niedawnej – bo z 22 sierpnia – uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: “Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. – 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (…)” I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście “Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie” z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

“Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach…”

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego – aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji “przywracania polskości” Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak – katolik, Białorusin – prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno – kulturalnym “Czasopis” wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny – w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku – uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Krajowcy 2009

Krajowcy, o których tak chętnie rozpisywał się Miłosz, i o których można przeczytać w esejach Tomasza Venclovy wydawali mi się zawsze sympatycznym i wyjątkowo ciekawym środowiskiem, choć nielicznym, grupą marzycieli, Don Kichotów oderwanych nieco od rzeczywistości. Nie mieli poparcia ani w masach, ani w eilicie, bo te w przedwojennym Wilnie miałyby być w większości raczej nastawione nacjonalistycznie, a i same mniejszości podchodziły do nich nieufnie. Litwini, których w Wilnie było wówczas niewielu, pewnie nie więcej niż 2 – 3 %, a przede wszystkim Litwini z Litwy tzw. Kowieńskiej stawiali na państwo niezależne, samodzielne, a nie jakieś mgliste koncepcje federacyjne czy odrodzeniowe odnośnie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Piłsudskiemu marzyła się federacja Litwy, Białorusi i Ukrainy z Polską, wszystkie te kraje miałyby w niej być równorzędnymi podmiotami, ale jego marzenia spełzły na niczym. Nie warto wspominać o sprzeciwie endeków, bo ten był oczywistym, ale ilu tak naprawdę zwolenników podobnej idei znalazłoby się w samym obozie tzw. piłsudczyków? Jak wpływ na poparcie społeczne wobec Piłsudskiego miałaoby konsekwentne forsowanie jego marzeń? Nie warto o tym dywagować, bo i tak pokój ryski z 1921 r. przekrełśił możliwość tworzenia takiej federacji. Krajowcy w tej nowej rzeczywistości rozważali jakąś autonomię dla dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, część z nich poczuła się bardziej Litwinami niż Polakami, inni dostrzegali lokalny koloryt, a lokalną tożsamość postrzegali jako dużo bardziej wartościową od tej z ziem dawnej Korony.

Czy dziś krajowcy znaleźliby kontynuatorów swoich idei? Czy ma sens mówienie współcześnie o krajowcach? Kim mieliby być?

Gdyby tacy się znaleźli to z pewnością musieliby uszanować prawo Litwinów do posiadania własnego państwa z pełnoprawną stolicą w Wilnie, nie powinni roić żadnych marzeń o federacji, co innego o sojuszu, jakby go nie nazywać czy strategicznym czy jakimkolwiek innym. Podobnie rzecz się ma z Białorusinami czy Ukraińcami.

Współcześni krajowcy dostrzegaliby wartość i piękno kultury, krajobrazu oraz tego, co dobre i nowe, a co wyrosło na gruzach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie wyobrażam sobie by mogli nie uczyć się języków swoich sąsiadów, którzy niejednokrotnie świetnie znają ich rodzinny język. Poza tym czy można zachwycać się historią i kulturą Litwy czy Białorusi i nie próbować nawet poznać melodii tych pięknych języków?

A może dziś nie warto już zabawiać się w takie sentymentalne stowarzyszenia, środowiska, grupy? Jesteśmy odrebnymi narodami, tworzymy odrębne państwa, realizujące twardo swoje cele i interesy? A przeszłość, jakieś historyczne czy kulturowe więzy to tylko mgliste mrzonki, które na chwilę obecną nie stanowią żadnej wartości? Podążamy swoimi drogami i na własną rękę? A jeśli się sobą interesujemy to tylko powierzchownie, w celach ekonomicznych lub turystycznych. W zależności od kursu waluty przyjeżdżamy do siebie wzajemnie na zakupy, zatrzymujemy w uzdrowiskach, kurortach, zachwycamy architekturą, ale już niekoniecznie tym, co się u nas dzieje współcześnie, albo tym co się między nami działo w historii? Nie znamy naszych kultur, naszych obecnych problemów, bo te nas zwyczajnie nie interesują.

Kim więc by byli dziś krajowcy? Jak by zmieniły się ich idee? Czy w ogóle warto kontynuować ich myśl?

Pytania

Uparłeś się i kusisz mnie. Choć właściwie to złe słowo, kuszenie to zdecydowanie nie Twoja domena. Przypominasz o sobie, gdy zanadto się oddalę, a raczej gdy całkiem zapomnę. Tylko dlaczego upodobałeś sobie tym razem starszego niechlujnego mężczyznę, nieogolonego, w rannych pantoflach założonych na bose nogi, w ubrudzonych spodniach, rozciągniętym swetrze bez dwóch guzików, o dużej brzydkiej twarzy z wyłupiastymi oczami. Wychynął z bramy, gdy zmęczony wracałem z pracy, wcale nie miałem zamiaru Cię odwiedzać, w domu czekał rower i zielona przestrzeń za miastem. To też przecież jest Twój dom. Jedyne o czym marzyłem to zerwać krawat, cisnąć koszulę i wyruszyć poza ciasną, duszną zabudowę miasta. A Ty wyszedłeś z bramy, powłócząc nogami, wzbudzałeś współczucie. To Twój “chwyt marketingowy”? Wiesz dobrze o tym, że łatwo jest kochać ludzi bezbronnych, którzy nie są już w stanie krzywdzić innych, a mogą tylko wzbudzać łatwe współczucie i żałosną litość. Nie jesteś przypadkiem w tym swoim marketingu kiczowaty?

Przyznaję, że nabrałem się na tę Twoją kolejną sztuczkę, nawet się wzruszyłem, przez moment zachwyciłem się sobą, że tak pięknie potrafię współczuć.

Znam te powtarzane do znudzenia przez Twoich popelczników argumenty o tym, że mogłeś się przecież objawić jako zwycięzca, jako prawdziwy król, że mogłeś nadejść w glorii i chwale, że mogłeś tryumfować przy dźwięku fanfarów, a tymczasem wolałeś ubogo i skromnie, w ubóstwie, że nie lubisz efekciarstwa, że błogosłąwieni są cisi i ubodzy, cierpiący prześladowania, z którymi tak chętnie się utożsamiasz, że nie wybrałeś blichtru, poloru i blasku.

I co z tego, że zaprowadziłeś mnie za tym dziadkiem szurającym nogami do swojego domu? Owszem, przyznaję, wzruszyłem się znowu, ale to przecież takie wspaniałe uczucie – mieć świadomość, że jest się zdolnym do zachwytu i wzruszeń. Do takiego egoistycznego – w gruncie rzeczy – zachwytu nad samym sobą. Ale przecież mógłbym pomyśleć, że ten dziadek był, a może jest w domu straszliwym despotą? Czy to przypadek, że jego żona podążała za nim w odległości metra, tak samo jak on powłócząc nogami? A w Twoim domu nawet nie usiedli w jednej ławce, on wyszedł pierwszy, ona chwilę po nim. Czyżbyś – w takim wypadku – chciał mnie nauczyć kochać ludzi, których tak zwyczajnie, ułomnie, po ludzku kochać się nie da? A może chcesz bym dokonał wyboru między naiwnością a cynizmem?

Jeszcze będę miał do Ciebie kilka pytań, choć wiem, że Ty i tak będziesz milczał. Inni będą mówić za Ciebie, jak zwykle będą nieprzekonujący, śmieszni, niekonsekwentni, w skajnych przypadkach – a właściwie nawet nie skrajnych, tylko w większości przypadków – obrzydliwie obłudni. I znowu zostawisz mnie samego, rzucisz na pastwę wątpliwości. Sam nie jesteś okrutny, tego jestem niemal pewien, ale po raz kolejny dasz do zrozumienia – radź sobie sam.

Każdy

Drobny, zgarbiony, w wyszarzałej, niegdyś białej koszuli dziadek kurczowo trzymający się barierki nad strumkiem przy ruchliwej szosie wylotowej z miasta, na tle wyciszonej zieleni wieczornego parku z przerażeniem spogląda na pędzące szaleńczo tuż obok niego tiry. Tak drobny, tak mocno wpijający się w barierkę, że w przedwieczornej szarości prawie niedostrzegalny. Przesuwający się z trudem jakby donikąd, bo gdzież o tej porze może zmierzać starszy człowiek?

Dziewczyna w wytartych dżinsach, o bujnych brązowawych włosach, wyłonowiszy się z parku wraca do jednego ze starych domów, wzniesionych jeszcze przez fabrykanta na początku ubiegłego wieku dla swoich pracowników, nagle się odwraca i spogląda na mnie zniszczona twarz starej kobiety, mającej przecież nie więcej niż 30 lat.

Mężczyźni, których przed chwilą opuściła, siedzą na ławeczce w parku, popijając tanie wódki i wina. W oknach ich parterowych domków na tle bujnych ogrodów zapaliły się już światła. Za zasłonami żony i dzieci prawdopodobnie oglądają telewizję, a może dzieciakom udało się w tym roku wyjechać na wakacje?

Jeszcze za pałacem Hasbacha, tuż przed “bramą do innego świata” miejsca na ścieżce ustąpi mi uśmiechając się życzliwie zataczający się wąsaty meżczyzna, w oparach alkoholu unoszących się w promieniu co najmniej metra, w wybrudzonych trawą spodniach, gdy go mijam rzuca kilka uprzejmych słów.

Dalej jest już inny świat, jeszcze tyko kilkaset metrów i na tle pomarańczowego nieba tuż po zachodzie słońca, wyłaniają się strzeliste bliźniacze wieże negotyckiej fary, trochę na prawo przysadzista wieża świętego Wojciecha, niegsyś kirchy, tak zwane apartamentowce, galeria Biała, nawet szpetne wieżowce w zachodniej poświacie nie rażą tak bardzo. Za sobą zostawiłem świat, który nie ma nic z miejskiej mityczności Tuwima, nic z jego wiosenno-letniej żywotności, nie ma nic wspólnego z ulicą Towarową Gałczyńskiego.

A przecież żadna z tych osób nie jest przypadkowa, każda jest całym światem i ma swoją historię do opowiedzenia, której chciałoby się wysłuchać.

Litewskie obrazki, jeszcze słów kilka o Wilnie

Ostani nasz pobyt w Wilnie zbiegł się ze spotkaniami modlitewnymi Taize. Na placu katedralnym chłoniemy atmosferę prawdziwie różnorodnego miasta. Katedrę cały niemal dzień okupują modlący się z Polski, Łotwy, Włoch, Francji, Litwy, Białorusi i wielu innych krajów Europy, a pewnie i świata. Znakomite nagłośnienie pozwala nam na wysłuchanie opowieści młodego litewskiego zakonnika, który tysiącom młodych ludzi opowiada w języku angielskim o doświadczeniach swojego kraju z czasów totalitaryzmu. Siedzimy na schodach przy pomniku Giedymina, zachodzące słońce bursztynowo rozświetla fragment kolumnady katedry. Takie słońce, ciepłe, łagodne, o barwie gryczanego miodu widziałem wiele razy sączące się jak balsam na pniach wiekowych sosen w lesie na Pietraszach. Ta sama barwa, ten sam sposób otulania przedmiotów kojącym, wyciszającym blaskiem.

W tym czasie, gdy w katedrze mlodzi ludzie wsłuchują się w opowieść zakonnika, snutą spokojnym głosem, na placu zbierają się młodzi wilnianie, niektórzy siadają w grupkach i grają na gitarach, obok nas 6 osobowa mieszana grupa dziewczęco – chłopięca dzieli się na dwie części – panowie o nieco dłuższych, postrzępionych włosach, oryginalnie ubrani rozpoczynają grę w zośkę, a panie koncentrują się na ożywionej rozmowie. Inni jeżdżą na deskorolkach, jeszcze inni na rowerach. A wszystko to odbywa się harmonijnie, bez wzajemnej niechęci, nie ma tu grup, które zbierałyby się przeciw innym, nikt do nikogo nie odnosi się pogardliwie, jedna grupa nad drugą nie zaznacza swojej wyższości. Dla wielu tych młodych ludzi jest to dzień, jak co dzień, spotykają się tu ciepłymi wileńskimi wieczorami, dla innych to dzień wyjątkowy – modlą się także ci na zewnątrz. Możliwość wspólnej modlitwy z ludźmi z różnych krajów to bez wątpienia jednoczące przeżycie. I tym razem katedra i plac katedralny spełniają swoją rolę, nie po raz pierwszy w swojej historii, łączą codzienność ze wzniosłością, dają “schronienie” wszystkim mieszkańcom miasta, którzy na daną chwilę go poszukują.

Następnego dnia na wzgórzu tuż przy dawnym klasztorze wizytek – obecnie wiezięniu, w kafejce przy tarasie z pięknym widokiem na wileńską starówkę z białą cerkwią w stylu gruzińskim na pierwszym planie, dostrzegam dwóch około 20-letnich chłopców w zielonkakwych tiszertach, sztruksach, z dłuższymi włosami, siedzących przy stoliku i namiętnie czytających książki o pożółkłych kartkach. Już nie pamiętam kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się widzieć w Białymstoku kogokolwiek czytyającego książkę w miejscu publicznym.

« Starsze wpisy