Co Polacy wiedzą o Białorusi i Białorusinach, a co wiedzieć powinni?

“Gość Niedzielny”, którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki – Zych pod tytułem “Madonna, korona i łzy” poświęcony niedawnej – bo z 22 sierpnia – uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: “Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. – 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (…)” I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście “Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie” z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

“Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach…”

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego – aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji “przywracania polskości” Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak – katolik, Białorusin – prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno – kulturalnym “Czasopis” wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny – w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku – uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Warszawa

Wczoraj wychodząc z Dworca Centralnego dostrzegłem między Złotymi Tarasami a Pałacem Kultury i Nauki wieże kościoła dotychczas zupełnie mi nieznanego. W żarze lejącym się z nieba, huku i zgiełku wielkomiejskim udałem się w ich stronę. Na miejscu okazało się, że jest to wspaniały, monumentalny neoklasycystyczny kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych; tuż przy Placu Grzybowskim, z widokiem na ulicę Próżną. Plac jak i cała Warszawa jest miejscem szalenie chaotycznym, jak ze snu szalonego architekta. Budynki socrealistyczne, szpetne, funkcjonalne aż do bólu przeplatają się z robotniczymi kamienicami czynszowymi niegdyś z czerwonej cegły i neoklasycyzmem kościoła oraz bodaj jednej niskiej kamienicy. Do kościoła przylega sześcianowaty budynek mieszczący siedzibę pewnej firmy, a od strony szerokiej ruchliwej ulicy świątynię oddziela blok mieszkalny z lat prawdopodbnie 70-tych ubiegłego wieku. Nic nie pasuje do niczego, wszystko wzajemnie się wyklucza, kąsa, drażni oko.

Warszawa zawsze budziła we mnie grozę. Nigdy nie potrafiłem na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat powstania warszawskiego, gruzów, zniszczeń, krwi i śmierci. I choć miałem czas, by się z nią oswoić – przez cały niemal rok 2007 musiałem jeden dzień w tygodniu przepracować właśnie w stolicy. Wiosną, latem, wczesną jesienią w pogodne dni odkrywałem okolice ulicy Chmielnej, Nowego Świata, Krakowskiego Przedmieścia, Starówkę. I coraz bardziej przekonywałem się do jej uroku, choć duszy tego miasta odkryć nie byłem w stanie. Raził mnie zawsze chaos, jakaś przypadkowość, oderwanie od korzeni, tradycji, sztuczna ciągłość. I ta bolesna świadomość wszechobecnej śmerci, tablice pamiątkowe upamiętniające egzekucje, walki, bombardowania, każdy skrawek starego muru będący świadkiem okrutnych mordów.

Wnętrze kościoła Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim jest ogromne, wyskie, powściągliwe w dekoracjach, bo przecież to nie barok, ale neoklasycyzm odwołujący się do klasycznego umiaru i ładu. Z krótkiej historii wywieszonej w kruchcie wynika, że świątynia powstała w drugiej połowie XIX wieku, została ufundowana przez hrabinę Zabiełło, w roku 1904 była świadkiem masakry protestujących przeciw poborowi do armii carskiej warszawiaków, a także miejscem schronienia ‘buntowszczików” przed kozakami i carskimi żandarmami oraz opatrywania rannych. W czasie II wojny kościół znalazł się w granicach getta. Ówczesny jego proboszcz – Marceli Godlewski miał udzielać schronienia Żydom oraz umożliwić wielu ucieczkę na aryjską stronę. Podczas powstania warszawskiego świątynia przez cały czas jego trwania znajdowała się w rękach powstańców. W podziemiach ukrywali się liczni cywile. I tu także nie obyło się bez tragedii, w czasie bombardowania 14 bodaj sierpnia 1944 r. część budowli uległa zawaleniu przygniatając śmiertelnie 30 osób.

Ze schodów kościoła roztacza się widok na Plac Grzybowski, w tym na ocalałe z wojennej pożogi ceglane kamienice, które w czaasie II wojny znalazły się na terenie getta. To słynna ulica Próżna, która ma przywoływać atmosferę dawnej Warszawy. Ale to złudne wrażenie, bo to tylko bodaj 6 kamienic, a dalej widok na socjalistyczne budownictwo, podretuszowane naszym nowym drapieżnym kapitalizmem, jednak bez większego efektu. Przy stolikach kafejki na parterze jednej z owych kamienic, stylizowanej na żydowską przesiaduje międzynarodowe towarzystwo – trójka młodych kobiet rozmawia ze sobą po francusku, na stoliku położyły profesjonalne aparaty fotograficzne, przy sąsiednim stoliku szczupły, o pociągłej twarzy z dużymi smutnymi oczami dziadek w czarnym garniturze i takim też kapeluszu, milczący, przy nim najwyraźniej trzy około osiemnastoletnie roześmiane wnuczki rozmawiające ze sobą także w języku francuskim.

Jak na tak małym skrawku można odtworzyć atmosferę dawnej Warszawy, dzielnicy robotniczej, czynszowych kamienic zamieszkałych w większości przez rodziny żydowskie? Intencje bez wątpienia wzniosłe, ale w tej próbie pobrzmiewa jakaś bezradność, bezsilność. Warszawa nowoczesna przytłacza, dominuje, nie dając najmniejszych szans tej dawnej. W Białymstoku jest o wiele więcej miejsc, które przechowały klimat drugiej połowy XIX wieku, pamiętających getto i tragedię, która działa się tu nieustannie przez kilka lat. Czynszowe kamienice, drewniane czy murowane domki z rozległymi ogrodami, brukowane ulice tworzą większe obszary, większe kompleksy, a nowoczesny, socrealistyczny Białystok nie był w stanie ich zdominować i przygnieść.

Na warszawskich kamienicach przy ul. Próżnej wywieszono zdjęcia rodzin żydowskich z okresu międzywojnia, zdjęcia osób nie przewidujących tragedii, która lada moment miała się wydarzyć. Twarze spokojne, uśmiechnięte, radosne, zamyślone budzą grozę, bo myśli mimowolnie biegną w przyszłość. Co się stało z tymi osobami, której z nich udało się przeżyć, a która poległa gdzieś w pobliżu? Kto został ocalony, a kto trafił do Treblinki?

Nie mogę się otrząsnąć z okropnego poczucia, że Warszawa to przede wszystkim śmierć. Nie przekounją mnie pnące się do nieba paskudne w większości szklane biurowce, centra handlowe, socrealistyczne bloki, budynki użyteczności publicznej. Całe szczęście jeszcze tego samego dnia wracam do domu.

Krajowcy 2009

Krajowcy, o których tak chętnie rozpisywał się Miłosz, i o których można przeczytać w esejach Tomasza Venclovy wydawali mi się zawsze sympatycznym i wyjątkowo ciekawym środowiskiem, choć nielicznym, grupą marzycieli, Don Kichotów oderwanych nieco od rzeczywistości. Nie mieli poparcia ani w masach, ani w eilicie, bo te w przedwojennym Wilnie miałyby być w większości raczej nastawione nacjonalistycznie, a i same mniejszości podchodziły do nich nieufnie. Litwini, których w Wilnie było wówczas niewielu, pewnie nie więcej niż 2 – 3 %, a przede wszystkim Litwini z Litwy tzw. Kowieńskiej stawiali na państwo niezależne, samodzielne, a nie jakieś mgliste koncepcje federacyjne czy odrodzeniowe odnośnie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Piłsudskiemu marzyła się federacja Litwy, Białorusi i Ukrainy z Polską, wszystkie te kraje miałyby w niej być równorzędnymi podmiotami, ale jego marzenia spełzły na niczym. Nie warto wspominać o sprzeciwie endeków, bo ten był oczywistym, ale ilu tak naprawdę zwolenników podobnej idei znalazłoby się w samym obozie tzw. piłsudczyków? Jak wpływ na poparcie społeczne wobec Piłsudskiego miałaoby konsekwentne forsowanie jego marzeń? Nie warto o tym dywagować, bo i tak pokój ryski z 1921 r. przekrełśił możliwość tworzenia takiej federacji. Krajowcy w tej nowej rzeczywistości rozważali jakąś autonomię dla dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, część z nich poczuła się bardziej Litwinami niż Polakami, inni dostrzegali lokalny koloryt, a lokalną tożsamość postrzegali jako dużo bardziej wartościową od tej z ziem dawnej Korony.

Czy dziś krajowcy znaleźliby kontynuatorów swoich idei? Czy ma sens mówienie współcześnie o krajowcach? Kim mieliby być?

Gdyby tacy się znaleźli to z pewnością musieliby uszanować prawo Litwinów do posiadania własnego państwa z pełnoprawną stolicą w Wilnie, nie powinni roić żadnych marzeń o federacji, co innego o sojuszu, jakby go nie nazywać czy strategicznym czy jakimkolwiek innym. Podobnie rzecz się ma z Białorusinami czy Ukraińcami.

Współcześni krajowcy dostrzegaliby wartość i piękno kultury, krajobrazu oraz tego, co dobre i nowe, a co wyrosło na gruzach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie wyobrażam sobie by mogli nie uczyć się języków swoich sąsiadów, którzy niejednokrotnie świetnie znają ich rodzinny język. Poza tym czy można zachwycać się historią i kulturą Litwy czy Białorusi i nie próbować nawet poznać melodii tych pięknych języków?

A może dziś nie warto już zabawiać się w takie sentymentalne stowarzyszenia, środowiska, grupy? Jesteśmy odrebnymi narodami, tworzymy odrębne państwa, realizujące twardo swoje cele i interesy? A przeszłość, jakieś historyczne czy kulturowe więzy to tylko mgliste mrzonki, które na chwilę obecną nie stanowią żadnej wartości? Podążamy swoimi drogami i na własną rękę? A jeśli się sobą interesujemy to tylko powierzchownie, w celach ekonomicznych lub turystycznych. W zależności od kursu waluty przyjeżdżamy do siebie wzajemnie na zakupy, zatrzymujemy w uzdrowiskach, kurortach, zachwycamy architekturą, ale już niekoniecznie tym, co się u nas dzieje współcześnie, albo tym co się między nami działo w historii? Nie znamy naszych kultur, naszych obecnych problemów, bo te nas zwyczajnie nie interesują.

Kim więc by byli dziś krajowcy? Jak by zmieniły się ich idee? Czy w ogóle warto kontynuować ich myśl?

Majewo Kościelne

300

298

285

280

Wieżę kościoła dostrzegłem przez przypadek z szosy z Janowa do Sokółki, w pobliżu Trzcianki. Do Majewa Kościelnego wiedzie dziurawa jak szwajcarski ser asfaltowa szosa. Kościół zbudowany z potężnych kamieni, w które obfitują pobliskie pola, wznosi się na niewielkim wzgórzu. Wzgórze nazywało się niegdyś Kramieniec, a świątynię zaprojektował szlachcic pochodzący z Kurlandii – Marian Behr. Prace budowlane rozpoczęto w 1907 roku, natomiast kościół oddano do użytku w 1927 roku.

Jeszcze zanim wyczytałem w historii kto był jego twórcą, stając przed kościołem po raz pierwszy miałem poczucie, że jestem gdzieś w Rydze lub Tallinie. Bez wątpienia Marian Behr musiał nasiąknąć klimatem architektury Inflant. Surowość i prostota świątyni, charakterystyczny północny rys, ściany z potężnych otoczaków, wzgórze opięte kamiennym murem, dorodne brzozy otaczające kościół, brakowało mi jedynie starych kamienic wokół, starówki z prawdziwego zdarzenia, ale nawet pofałdowane pola, lasy na horyzoncie, drewniane domki nie mąciły zdumiewającego wrażenia pobytu w nadbałtyckim mieście. Zresztą kto wie czy Majewo za 300, 400 lat nie stanie się znaczącym ośrodkiem miejskim? Czy Giedymin zakładając Wilno mógł przypuszczać, że stanie się ono po kilkuset latach tak pięknym i znaczącym ośrodkiem? Wedle legendy książę utrudzony polowaniem, usnął w sercu pierwotnej kniei w miejscu, w którym dziś stoi katedra, a wczasie błogiego wypoczynku miał mu się przyśnić żelazny wilk. Pogański kapłan objaśnił ów sen jako zapowiedź wielkości czekającej miasto, któremu początek miał dać Giedymin.

Skąd nazwa Kramieniec? Czy wzgórze było naturalnym wzniesieniem czy świątynię wzniesiono w miejscu dawnego grodziska bądź miejscu pogańskiego kultu? Do odpowiedzi na te pytania nie udało mi się jeszcze dotrzeć. Może przy następnej wizycie w Majewie spotkam kogoś kto zechce uchylić rąbka tajemnicy? Swoją drogą szkoda, że współcześnie tak trudno znaleźć ludzi, którzy potrafiliby snuć zajmujące opowieści, podania czy legendy o swoich wioskach, miastach, miasteczkach, o ważnych, tajemniczych miejscach. Te barwne, ciekawe opowieści, obyczaje, obrzędy, tradycje ustępują miejsca “wzorocom” promowanym przez kulturę masową. Jak dotychczas polska wieś modernizuje się najszybciej za sprawą anten satelitarnych, można je dostrzec na wielu skromnych, ubogich drewnianych domkach. Nikt nie ma już czasu, a pewnie i ochoty na wysłuchiwanie opowieści starszych ludzi, będących prawdziwą skarbnicą wiedzy o miejscowej historii.

Trzcianka

Północne obrzeża Puszczy Knyszyńskiej stały się moim odkryciem tego roku. Dotychczas – jak to zwykle w takich przypadkach bywa z powodu ignorancji – wydawały mi się tą częścią pogranicza, której nie warto poświęcać większej uwagi. Jak bardzo się myliłem przekonałem się ledwie kilka miesięcy temu. Wszystko zaczęło się od litewskiego grodziska w pobliżu Podzamczyska, Zamczyska i Niemczyna. Błądząc po bezdrożach, pokonując wąskie całkiem niezłe drogi asfaltowe, przemierzając żwirówki i niezanadto solidnie wyjeżdżone drogi piaskowe odkryłem wiele niezwykłych miejsc o nazwach będących przepięknym świadectwem współistnienia litewskich, rusińskich, polskich, a pewnie też i jaćwieskich mieszkańców tego skrawka ziemi. Gilbowszczyzna, Szyndziel, Aulakowszczyzna przenosiły mnie w czasie, gdy okolice te musiały być zamieszkane przez Bałtów. Lasy łączące się z Puszczą Knyszyńską, ciągnące się wąskim pasem od okolic Dąbrowy Białostockiej i zlewające się płynnie z puszczą gdzieś w okolicach Rozedranki, tak odmienne w swoim charakterze od samej puszczy, jakby przebiegała tu gdzieś granica występowania gatunków drzew i krzewów, wywarły na mnie wrażenie pierwotnej kniei pamiętającej polowania Giedymina czy Witolda. Mroczne i tajemnicze ze smukłymi aż do nieba świerkami i sosnami, rozłożystymi dębami i innymi licznymi tu gatunkami drzew liściastych. Lasy z baśni Lewisa, MacDonalda, z litewskich legend.

Wiekowe świerki z ciężkimi, niemal czarnymi gałęziami zwieszającymi się nisko nad dziurawą jak szwajcarski ser, ale jakże urokliwą asfaltową drogą z Kładziewa do Szyndziela. Samo Kładziewo położone na skraju starego ciemnego lasu jawi się jakby bramą do baśniowego świata. Jadąc od Trzcianki mijamy po lewej stronie wiekowy żeliwny krzyż zatopiony w kamieniu, który wygląda tak jakby stał tu kilkaset lat, i pewnie tyle lat już tu stoi. Przycupnął przy nim mniejszy krzyż, zatknięty bezpośrednio w ziemię, przy nim delikatny kopczyk, obsadzony kwiatkami. Dopiero później uda nam się ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że jest to grób rosyjskiego żołnierza, który zginął w czasie II wojny śwaitowej. Ktoś wciąż o nim pamięta, ktoś wciąż dba o kwiatki na skromnej mogiłce. Dla miejscowych człowiek, to człowiek, któremu pamięć i troska należą się jeszcze długo po śmierci bezwarunkowo.

W Kładziewie jeszcze nigdy nie uraczyłem żywej duszy, stara wioska o drwnianej w większości zabudowie kryje skrzętnie swoje tajemnice. O mogiłce opowie nam mieszkaniec nieodległej Trzcianki, wracający z podziemnej piwnicy w szczerym polu z koszem kartofli. Zagadnięty nie wie, gdzie jest grodzisko, którego szukamy, ale zapytany o zamek, ze szczery uśmiechem wskazuje nam pobliską piaszczystą polną drogę tuż za sosnowym zagajnikiem. Za laskiem ma stać niebieski drewniany domek, a w nim mieszka babcia, która dużo wie o zamku, na jej polu archeolodzy rozbili kiedyś namioty, to z nimi babcia miała toczyć niekończące się rozmowy. Urokliwy domek otoczony owocowym sadem odnajdziemy, ale nie ośmielimy się zakłócać babci spokoju, gdyby chociaż krzątała się gdzieś na podwórku. Pól i łąk babci też deptać nie zamierzamy, nie jesteśmy przecież archeologami, a zwykłymi ciekawskimi mieszczuchami z wielkiego świata, bo przecież z samego Białegostoku! Nasycimy się widokiem grodziska – ledwie dostrzegalnego usypanego ludzkimi rękami wzgórza na tle sosnowego wiekowego lasu – z daleka, no może nie tak daleka, bo z odległości 200 może 300 metrów.

To grodzisko nie da mi już spokoju. Mogło ono powstać w IX albo X wieku. Siedzibę urządzili tu sobie Słowianie, wykopane dirhamy świadczyłyby o tym, że prowadzili ożywioną wymianę z kupcami aż z krajów arabskich. Czyli przez tę urokliwą puszczę musiały ciągnąć karawany kupieckie. Czy zachwycały ich tam samo, jak nas smukłe, sięgające nieba sosny i świerki? Czy puszcza wyglądała wówczas tak, jak teraz? Którędy przebiegał szlak handlowy? Czym handlowali nasi przodkowie? Skórami, miodami, sprzedawali swoich współplemieńców w niewolę? Byli ludźmi łagodnymi czy okrutnymi? Na te pytania pewne nie poznamy odpowiedzi, ale jedno jest pewne – nie zaznali tu spokoju na dłuższy czas. W XI wieku nadszedł kres grodziska. Od strony północnego zachodu zaatakowali ich prawdopodobnie Bałtowie, co śmielsze teorie mówią nawet o Wikingach! Groty strzał wykopane przez archeologów, które utkwiły w przysypanych ziemią balach palisady jednoznacznie wskazują, że napastnicy zaatakowali od strony północno – zachodniej. Zaatakowani nieszczęśnicy nie spodziewali się napadu, próbowali uciekać w kierunku południowo – wschodnim, wielu musiało zginąć, ale do dziś nie udało się odkryć kurhanu, w którym spoczęli. To już pewnie kwestia czasu, tylko trzeba rozmawiać z miejscowymi. Ileż już zdarzyło mi się widzieć na Podlasiu, gdzieś w szczerym polu niezaorywanych, ledwie wyrastających ponad powierzchnię pola kopczyków, o których z pokolenia na pokolenie przekazuje się wiedzę, że są to miejsca święte, miejsca spoczynku, których kosztem nie powiększa się stanu swego posiadania. Któreś z rzędu pokolenia już nawet nie wiedzą dlaczego nie można niszczyć tych sztucznie usypanych wzgórków, ale przez uszanowanie dla próśb swoich ojców czy dziadków nie niszczą miejsc świętych. Ojcowie, a już na pewno dziadkowie rozumieli, że miejsc ludzkiego spoczynku z zamierzchłej nawet przeszłości zrównywać z ziemią nie przystoi.

W tej małej krainie ludzi mądrych i dobrych, jakoś tak zwyczajnie po ludzku robi mi się żal tych nieszczęśników, którym nie udało się zbiec przed atakiem wojowniczych Bałtów czy Wikingów. To dobry znak, wspaniałe poczucie, że nie można zobojętnieć na śmierć nawet tę odległą, nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie. Rodzi się swego rodzaju poczucie więzi między ludźmi, którym przytrafiło się tu być przede mną około 1000 lat temu, nie poczucie więzi etnicznej, plemiennej, kulturowej, ale takiej zwykłej międzyldzkiej. Co za szczęście!

Przenikanie

Co do tego, że światy się przenikają nie mam najmniejszych wątpliwości. Paląca się w jednym z okien nowego bloku – szumnie nazwanego apartamentowcem – lampka przywołuje obrazy, niemal jak wspomnienia – których przecież mieć nie mogę – XIX – wiecznej kamienicy z błyskającą w ciemnym oknie lampą naftową, kamienicy, która tu pewnie stała, a której przestrzeń wchłonął ten nowy budynek, wchłonął z całą jej atmosferą, zapachami i głosami dawnych mieszkańców.

Zupełnie nowe bloki, nieudane lofty przylepione do starych XIX – wiecznych fabryk z czerwonej cegły, które cudem się uchowały; figlarne kocie łby gwałtownie przechodzące w szary, nudny polbruk; kamienica z początku XX wieku, otynkowana na szaro po raz ostatni jeszcze pewnie w PRLu, biało kwitnące jabłonie pamiętające dwudziestolecie międzywojenne, dawny dom modlitwy mieszczący galerię, drewniany dom w getcie, w którym mieszkał Samuel Pisar, ulica jeszcze 65 lat temu przedzielona zasiekami, wzdłuż której przechadzali się uzbrojeni po zęby, budzący grozę strażnicy z gotowymi w każdej chwili do ataku owczarkami, i znajoma mamy, która wiele lat po wojnie opowiadała, jak wracając z tajnych kompletów na tej właśnie ulicy niemal na oczach niemieckich żołnierzy wypadły jej książki, i o tym, jak z okien małego, przytulnego domku widziała getto.

Światy się przenikają, to więcej niż pewne. Nie wiem tylko czy obecni mieszkańcy, nowych bloków wiedzą cokolwiek o świecie, istniejącym w tym samym miejscu, lecz w innym czasie. O czynszowych kamienicach, włókienniczych fabrykach, o przymusowych robotnikach, czy raczej niewolnikach, dla których fabryki te stały się okrutnie złudną nadzieją na ocalenie.

Przecinam ulicę, którą już po wojnie codziennie do pracy chodziła babcia i żal mi jej, żal mi jej zniszczonego idyllicznego świata, pozostawionego na zielonej, pagórkowatej Litwie. Nigdy się nie skarżyła, nigdy nie miała do nikogo o nic pretensji, bo przecież miała dwójkę zupełnie małych dzieci i męża, który zaginął na wojnie, a po którym śladu nie można odnaleźć do dziś. Żal mi śmiertelnie zlęknionej mamy czekającej w złej, ciemnej i chłodnej bramie na babcię mającą za chwilę wyjść z pracy po drugiej zmianie.

Tyle nieszczęść skumulowanych na tak małym skrawku, aż się wierzyć nie chce, że w tym samym miejscu w świetle zachodzącego słońca, różowiejącego i pomarańczowego nieba budzą się do życia nieśmiałymi zielonawymi listkami brzozy i białymi kwiatami jabłonie, grusze, nielicznie już niestety przypominające o mieście – wielkim ogrodzie. Mieście błotnistych, wyboistych ulic, brzydkich fabryk z dymiącymi kominami i tonących w bujnej i soczystej zieleni ogrodów drewnianych domków. Tylko dzięki nim ci biedni mieszkańcy mogli się odciąć od brzydoty fabryk i pulsującego w rytm maszyn parowych miasta.

Ulica Włókiennicza, Częstochowska, Czysta, dawne żeńskie gimnazjum dla żydowskich dziewcząt, owocowe drzewa, drewniana czynszowa kamienica (tak, drewniana kamienica, bo ze względu na wielkość trudno ją nazwać po prostu drewnianym domem) z szarymi jeszcze, nieuporządkowanymi grządkami od wschodniej strony, drewniane domki o dwuspadowych dachach, kocie łby, tajemnicza brama i jeszcze bardziej tajemnicza klatka schodowa z masywnymi drewnianymi drzwiami i starą, wyślizganą mozaiką. Tak właśnie zawsze sobie wyobrażałem Drohobycz Schulza.

Jeszcze kilka dni i eksploduje tu prawdziwa wiosna.

Podzamczysk i Aulakowszczyzna. Szlakiem litewskiego pogranicza. Zdjęcia

Dwa pierwsze zdjęcia poniżej przedstawiają grodzisko w okolicach Podzamczyska, usypane najprawdopodobniej w XII wieku przez Litwinów na pograniczu litewsko – mazowieckim, wszystkie pozostałe natomiast są wariacją na temat grodziska w Aulakowszczyźnie – prawdopodobnie także litewskiego, z tego samego okresu. Ale na pograniczu, jak to na pograniczu, pewności chyba nigdy mieć nie można, bo być może owe usypiska były dziełem Jaćwingów, a może Słowian? Jaki los spotkał ich mieszkańców nie wiadomo, choć jak wspominał nasz przewodnik (o którym mowa w poprzednim poście) wykopywane przez niego i przez innych mieszkańców Aulakowszczyzny zwęglone bale wskazywałyby na to, że nieszczęśnicy ci zostali zaatakowani przez… No właśnie, przez kogo? A to już zależy od tego kto je zamieszkiwał. Jeśli Litwini bądź Jaćwingowie, to możliwe, że agresorami byli Krzyżacy z nieodległego przecież zamku w Ełku, a może Mazowszanie? Jeśli zamieszkiwali je Słowianie to atakującymi mogli być Bałtowie, tj. Litwini lub Jaćwingowie. A kto wie może nawet sami Wikingowie. Wykopaliska przeprowadzone w 2007 r. na grodzisku z IX – XI wieku w Trzciance (odległej około 15 – 20 km na wschód od Aulakowszczyzny) dowodzą, że napadającymi mogli być właśnie przybysze ze Skandynawii. O Trzciance wspomnę w jednym z następnych postów, bo to także wielce interesujące miejsce. Tak czy owak ta archeologiczna niepewność pozostawia pole do popisu dla wyobraźni, ale z drugiej strony tak korci, by wiedzieć na pewno!

Aulakowszczyzna. Szlakiem pogranicza litewskiego

Wreszcie kilka dni wolnych, które można wykorzystać do eksploracji tak do niedawna zaniedbanej północnej części skrawka Białostocczyzny. Dotychczas dużo bardziej pociągało mnie południe – Mielnik, Serpelice, Biała Podlaska, Grabarka, Janów Podlaski, Kostomłoty. Sam do końca nie potrafię wyjaśnić skąd się wzięło to świeże zamiłowanie do północy, może z odmiennego krajobrazu – dużo bardziej nieprzewidywalnego niż ten na południu, dużo bardziej swawolnego, radosnego, pofalowanego z miejscami, które śmiało mogłyby konkurować z pogórzem. Morenowe wzgórza figlarnie wzbijające się i opadające, z niespodziewanie wyrastającymi na ich szczytach lub w kotlinkach sosnowymi zagajnikami, porozrzucane na koloniach drewniane domki o dwuspadowych dachach w otoczeniu sadów, które lada dzień wybuchną całym urokiem wiosny.

A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko – mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.

Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak – osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.

- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.

Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.

- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.

Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.

Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością – sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece – Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.

- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.

- A pan widział ducha?

- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem – śmieje się – A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.

W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.

- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.

Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.

Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).

Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.

Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…

CDN…

Zdjęcia z wyprawy opublikuję w wolnej chwili.

Na pograniczu

Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu – w zależności od upodobań – definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.

Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko – białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.

Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.

Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości – pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.

Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.

Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…

Cmentarz na Rossie



















Cmentarz na Rossie w Wilnie, na który ciągną obowiązkowo wszystkie wycieczki z Polski. Sam byłem na nim dwa razy, jednak żaden z tych pobytów nie trwał dłużej niż 2 godziny, więc nie mogę powiedzieć bym Rossę poznał tak, jakbym poznać ją chciał.

Bardzo lubię stare cmentarze i nie uważam ich za miejsca ponure, wręcz przeciwnie postrzegam je jako miejsca obcowania z przodkami i bliskimi, którzy odeszli nie tak dawno, ale przecież nie odeszli cali, czekają na nas gdzieś w lepszym świecie, w którym mogli zaznać i zaznają prawdziwego szczęścia.

Zatrzymanie się przy nagrobku, odczytanie imienia i nazwiska osoby pod nim spoczywającej, daty jej urodzenia i śmierci, rzut oka na zdjęcie – jeśli takie się jeszcze zachowało – automatycznie uruchamiają wyobraźnię do konstruowania obrazów z życia tej osoby. Chciałbym móc zatrzymać się tak przy każdym nagrobku, ale jest to niestety nierealizowalne.

Wielkim odkryciem na Rossie był dla mnie grób Franciszka Olechnowicza – o którym pisałem przed kilkoma dniami – białoruskiego dramaturga, pisarza, działacza społecznego. Jest w tym jakaś szczególna symbolika – jednanie Polaków i Białorusinów po śmierci, a gdy dodać do tego jeszcze groby zasłużonych dla litewskiej kultury i państwowości działaczy – których jeszcze nie udało mi się odnaleźć – Rossa będzie się jawić jako miejsce ważne i jednoczące te trzy narodowości zamieszkujące Wilno.

« Starsze wpisy