Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 – metrowa najprawdziwsza enklawa – trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim – bo prawie dwumetrowym – mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba – Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do “Uchwytów”. Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich – tak zwanych – apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi – willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego – wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto – zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX – wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 – tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki “Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler’s war and Stalin’s peace” napisanej przez Mashę Gessen

Cud

Kiedyś wracając z Wilna samochodem, wieczorem, kiedy zaczynało już zmierzchać, a wziąwszy pod uwagę, że jechałem przez puszczę, w której zmrok zapada dużo szybciej, złapałem – jako że zbliżałem się do miasta – czy to Dwójkę czy Radio Euro – i trafiłem na dyskusję dwóch filozofów na temat kościoła katolickiego. Jeden z nich – nazwiska niestety nie znam – wypowiedział takie oto słowa: “Kościół bez wątpienia jest dumny z Chrystusa, natomiast wątpliwe by Chrystus był dumny z kościoła.” Z jednej strony kościół Jana Pawła II, kościół franciszkanów, Tischnera, dominaknów, Bonieckiego, a z drugiej ten realny, najbliższy, codzienny. I cóż z tego, że kościół jest jeden, że nie ma podziałów na kościół Jana Pawła II i kościół codzienny. Braki w wierze zawsze można tłumaczyć i usprawiedliwiać niedoskonałością samego kościoła i czynić je najważniejszą przyczyną oddalenia się od Boga. W “moim kościele”, który spotykałem na co dzień nigdy nie odnalazłem pokory i z trudem odnajdywałem miłość, i tym sobie tłumaczyłem mój codzienny brak Boga. Ale do tego niedoskonałego kościoła, kościoła spraw małych i nierzadko zwyczajnie po ludzku nikczemnych i podłych, można nauczyć się dystansu. Bóg objawia się mimo lub wbrew niemu.

Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy – jeśli mozna tak go nazwać – trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.

Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?

Co Polacy wiedzą o Białorusi i Białorusinach, a co wiedzieć powinni?

“Gość Niedzielny”, którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki – Zych pod tytułem “Madonna, korona i łzy” poświęcony niedawnej – bo z 22 sierpnia – uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: “Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. – 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (…)” I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście “Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie” z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

“Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach…”

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego – aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji “przywracania polskości” Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak – katolik, Białorusin – prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno – kulturalnym “Czasopis” wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny – w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku – uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Pytania

Uparłeś się i kusisz mnie. Choć właściwie to złe słowo, kuszenie to zdecydowanie nie Twoja domena. Przypominasz o sobie, gdy zanadto się oddalę, a raczej gdy całkiem zapomnę. Tylko dlaczego upodobałeś sobie tym razem starszego niechlujnego mężczyznę, nieogolonego, w rannych pantoflach założonych na bose nogi, w ubrudzonych spodniach, rozciągniętym swetrze bez dwóch guzików, o dużej brzydkiej twarzy z wyłupiastymi oczami. Wychynął z bramy, gdy zmęczony wracałem z pracy, wcale nie miałem zamiaru Cię odwiedzać, w domu czekał rower i zielona przestrzeń za miastem. To też przecież jest Twój dom. Jedyne o czym marzyłem to zerwać krawat, cisnąć koszulę i wyruszyć poza ciasną, duszną zabudowę miasta. A Ty wyszedłeś z bramy, powłócząc nogami, wzbudzałeś współczucie. To Twój “chwyt marketingowy”? Wiesz dobrze o tym, że łatwo jest kochać ludzi bezbronnych, którzy nie są już w stanie krzywdzić innych, a mogą tylko wzbudzać łatwe współczucie i żałosną litość. Nie jesteś przypadkiem w tym swoim marketingu kiczowaty?

Przyznaję, że nabrałem się na tę Twoją kolejną sztuczkę, nawet się wzruszyłem, przez moment zachwyciłem się sobą, że tak pięknie potrafię współczuć.

Znam te powtarzane do znudzenia przez Twoich popelczników argumenty o tym, że mogłeś się przecież objawić jako zwycięzca, jako prawdziwy król, że mogłeś nadejść w glorii i chwale, że mogłeś tryumfować przy dźwięku fanfarów, a tymczasem wolałeś ubogo i skromnie, w ubóstwie, że nie lubisz efekciarstwa, że błogosłąwieni są cisi i ubodzy, cierpiący prześladowania, z którymi tak chętnie się utożsamiasz, że nie wybrałeś blichtru, poloru i blasku.

I co z tego, że zaprowadziłeś mnie za tym dziadkiem szurającym nogami do swojego domu? Owszem, przyznaję, wzruszyłem się znowu, ale to przecież takie wspaniałe uczucie – mieć świadomość, że jest się zdolnym do zachwytu i wzruszeń. Do takiego egoistycznego – w gruncie rzeczy – zachwytu nad samym sobą. Ale przecież mógłbym pomyśleć, że ten dziadek był, a może jest w domu straszliwym despotą? Czy to przypadek, że jego żona podążała za nim w odległości metra, tak samo jak on powłócząc nogami? A w Twoim domu nawet nie usiedli w jednej ławce, on wyszedł pierwszy, ona chwilę po nim. Czyżbyś – w takim wypadku – chciał mnie nauczyć kochać ludzi, których tak zwyczajnie, ułomnie, po ludzku kochać się nie da? A może chcesz bym dokonał wyboru między naiwnością a cynizmem?

Jeszcze będę miał do Ciebie kilka pytań, choć wiem, że Ty i tak będziesz milczał. Inni będą mówić za Ciebie, jak zwykle będą nieprzekonujący, śmieszni, niekonsekwentni, w skajnych przypadkach – a właściwie nawet nie skrajnych, tylko w większości przypadków – obrzydliwie obłudni. I znowu zostawisz mnie samego, rzucisz na pastwę wątpliwości. Sam nie jesteś okrutny, tego jestem niemal pewien, ale po raz kolejny dasz do zrozumienia – radź sobie sam.

Litewskie obrazki, jeszcze słów kilka o Wilnie

Ostani nasz pobyt w Wilnie zbiegł się ze spotkaniami modlitewnymi Taize. Na placu katedralnym chłoniemy atmosferę prawdziwie różnorodnego miasta. Katedrę cały niemal dzień okupują modlący się z Polski, Łotwy, Włoch, Francji, Litwy, Białorusi i wielu innych krajów Europy, a pewnie i świata. Znakomite nagłośnienie pozwala nam na wysłuchanie opowieści młodego litewskiego zakonnika, który tysiącom młodych ludzi opowiada w języku angielskim o doświadczeniach swojego kraju z czasów totalitaryzmu. Siedzimy na schodach przy pomniku Giedymina, zachodzące słońce bursztynowo rozświetla fragment kolumnady katedry. Takie słońce, ciepłe, łagodne, o barwie gryczanego miodu widziałem wiele razy sączące się jak balsam na pniach wiekowych sosen w lesie na Pietraszach. Ta sama barwa, ten sam sposób otulania przedmiotów kojącym, wyciszającym blaskiem.

W tym czasie, gdy w katedrze mlodzi ludzie wsłuchują się w opowieść zakonnika, snutą spokojnym głosem, na placu zbierają się młodzi wilnianie, niektórzy siadają w grupkach i grają na gitarach, obok nas 6 osobowa mieszana grupa dziewczęco – chłopięca dzieli się na dwie części – panowie o nieco dłuższych, postrzępionych włosach, oryginalnie ubrani rozpoczynają grę w zośkę, a panie koncentrują się na ożywionej rozmowie. Inni jeżdżą na deskorolkach, jeszcze inni na rowerach. A wszystko to odbywa się harmonijnie, bez wzajemnej niechęci, nie ma tu grup, które zbierałyby się przeciw innym, nikt do nikogo nie odnosi się pogardliwie, jedna grupa nad drugą nie zaznacza swojej wyższości. Dla wielu tych młodych ludzi jest to dzień, jak co dzień, spotykają się tu ciepłymi wileńskimi wieczorami, dla innych to dzień wyjątkowy – modlą się także ci na zewnątrz. Możliwość wspólnej modlitwy z ludźmi z różnych krajów to bez wątpienia jednoczące przeżycie. I tym razem katedra i plac katedralny spełniają swoją rolę, nie po raz pierwszy w swojej historii, łączą codzienność ze wzniosłością, dają “schronienie” wszystkim mieszkańcom miasta, którzy na daną chwilę go poszukują.

Następnego dnia na wzgórzu tuż przy dawnym klasztorze wizytek – obecnie wiezięniu, w kafejce przy tarasie z pięknym widokiem na wileńską starówkę z białą cerkwią w stylu gruzińskim na pierwszym planie, dostrzegam dwóch około 20-letnich chłopców w zielonkakwych tiszertach, sztruksach, z dłuższymi włosami, siedzących przy stoliku i namiętnie czytających książki o pożółkłych kartkach. Już nie pamiętam kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się widzieć w Białymstoku kogokolwiek czytyającego książkę w miejscu publicznym.

Różanystok, Uganda i chasydzi

Wiosenna droga do Różanegostoku, tuż za Białymstokiem w stronę Wasilkowa zaczyna się krajobraz, który nazywam litewskim – falujące soczyście zielone wzniesienia i wijąca się jak wąż asfaltowa droga do Grodna. Gdyby nie ta idiotyczna granica po drodze, jadąc przez Grodno do Wilna, mielibyśmy o dobrych 50 – 60 kilometrów krócej. Dlatego z ogromną nadzieją będę śledzić dalsze losy Partnerstwa Wschodniego, zobaczymy co też ono przyniesie. Tymczasem tuż za Wasilkowem zaczyna się moja ulubiona Puszcza Knyszyńska z całym jej bogactwem fauny, flory i prawdziwym rajem dla archeologów. Po parunastu kilometrach mijamy zjazd do Czarnej Białostockiej, która kiedyś wydawała mi się bajkowym miasteczkiem położonym w sercu puszczy, w którym z którejkolwiek strony by nie wyjrzeć przez okno zawsze będą widoczne wierzchołki smukłych sosen i świerków. Po prawej miniemy bladą cerkiewkę o żółtych kopułach, wspaniale komponującą się z wieloodcieniową zielenią lasu. Dalej znowu zielony tunel, do którego dołączają jeszcze drzewa liściaste, porastające pagórki, spośród których w co czwartym, no może co piątym dostrzegam grodziska albo kurhany, wiedząc, że gdyby było tak naprawdę, to gmina Czarna Białostocka musiałaby mieć największą gęstość grodzisk i kurhanów w Europie! A kto wie, może tak jest naprawdę?

Straż leży już na skraju puszczy, tu pradawna knieja ustępuje miejsca polom i licznym zagajnikom na szczytach równie licznych pagórków. Sokółka mignie nam tylko w oknach i wjedziemy na trasę wiosek, które uporządkowała jeszcze sama Bona Sforza w czasie swojej słynnej reformy agrarnej w Wielkim Księstwie Litewskim. Wioski zachowały taki układ, jaki nadała im królowa, która jak się okazuje przywiozła do tego – z jej punktu widzenia – nieco ponurego kraju nie tylko nieznane tutaj wówczas gatunki warzyw, ale też wniosła nieco europejskiego porządku w te na pół jeszcze pewnie pogańskie ziemie. Wszystkie domy w owych ulicówkach stoją szczytem do drogi, a stykając się z nimi ciągną się w stronę pól zabudowania gospodarcze. Makowlany, Sokolany, Słomianka, Bierwicha. W Bierwisze prawdziwa perełka – kamień z krzyżem z wygrawerowanym napisem: “1655 – Moskal Litwę splądrował złamawszy mir wieczny”. Ten “wieczny” już się prawie zapadł pod ziemię, ale jeszcze można się go domyślić bardziej niż przeczytać.

Gdzieś na skraju Słomianki mignie w oknie samochodu kapliczka z rusińską inskrypcją, z której uda mi się odczytać słowo “sohrani” (uchroń).

To prawdziwy zlepek etnosów, kultur i religii o czym nie po raz pierwszy przekonam się w kościele w Różanymstoku. Przez moment poczuję się w nim jak w Wilnie. Barokowa, ogromna świątynia, fundacji Tyszkiewiczów, wyrastająca ni stąd, ni zowąd w zieloności pól i zagajników brzozowych. Z jej wież widać podobno Grodno! To tylko przecież 20 kilometrów w linii prostej, a może i mniej. Wracając zaś do tego zlepku etnosów, to w kościele mam prawdziwy przegląd różnych typów urody, dokładnie tak jak w Wilnie. Czarnowłosi panowie i czarnowłose panie, o mlecznej albo też śniadej karnacji, jasnowłose dziewczęta o malinowych ustach, płowowłose, kasztanowłose, lnianowłosi chłopcy. Ale dziś stało się coś czego w Różanymstoku się raczej nie spodziewałem. Gdy tylko przeszliśmy przez furtkę w murze z polnych kamieni, moim oczom ukazał się niewiarygodny wręcz widok. Grupka 6, może 7 ubranych w czerwone spodnie dresowe i niebieskie bluzy czarnoskórych chłopców tworzyła iście akrobatyczną piramidę na trawniku przed kościołem, a licznie zebrany tłum ludzi nagradzał ich gromkimi oklaskami. Spodziewałem się – to prawda – różnych typów urody, ale doprawdy nie aż takiej różnorodności! To wszystko wyglądało jak scena jednego z filmów z nurtu kina agroturystycznego typu “U pana Boga za piecem” albo “U pana Boga w ogródku”. Czarnoskórzy chłopcy przedstawiają niewiarygodne wręcz akrobacje, a wierni zgromadzeni przed kościołem, przyglądają im się z zachwytem, i z uśmiechami od ucha do ucha każdą ich figurę głośno oklaskują. Ze zdumienia wyrwała mnie dopiero ulotka wręczona mi przez malutkiego Murzynka, z której wyczytałem, że chłopcy są z Ugandy, a opiekują się nimi salezjanie. Ci zakonnicy przebywający na misji m.in. w Ugandzie wyrywają kilkuletnich i kilkunastoletnich chłopców prosto z objęć wojny. Dzieci te często są sierotami, które poznały już smak wojny, albo smak której niechybnie by poznały, gdyby nie pomocna dłoń misjonarzy.

W czasie mszy kazanie wygłasza jeden z zakonników, który opowiada o ugandyjskiej rzeczywistości. O dzieciach wyrzucanych na ulice, jeśli pochodzą z pierwszego małżeństwa kobiety, o kobietach, które po śmierci mężów są przez ich rodziny pozostawiane samym sobie razem z dziećmi, często także wypędzane. Pod koniec homilii kapłan zapowiada wstęp małych Ugandyjczyków po ogłoszeniach parafialnych, tym razem nie na trawie przed kościołem, ale w barokowych wnętrzach świątyni. Jednak zanim to nastąpi chłopcy jeszcze w czasie mszy zaśpiewają i zagrają na bębnach, co wywoła wśród wiernych ogromne poruszenie i wszyscy stojący w bocznych nawach jak jeden mąż je opuszczą i z błyskiem zainteresowania w oczach przejdą pośpiesznie do nawy głównej, by zobaczyć muzykujących chłopaków. No ale to, co się wydarzy pod koniec mszy trudno będzie nawet nazwać euforią! Wszyscy ścisną się w nawie głównej, by podziwiać akrobatyczne figury zwinnych maluchów – piramidy składające się z 7 osób, niektóre nawet “3 – piętrowe”, ze śmiałkiem stającym na rękach na samym jej szczycie, salta wykonywane przez pół długości nawy głównej między rzędami ławek i inne cuda, których opisać nawet nie sposób. A to wszystko nagradzane gromkimi brawami głośno rozbrzmiewającymi w kościele o świetnej akustyce.

I choć moja wiara jest raczej letnia niż gorąca, to dziś uczyniłem kolejny krok na drodze zrozumienia czym jest kościół powszechny i co mieli na myśli chasydzi twierdząc, że Boga można chwalić pieśnią i tańcem, a jak się okazuje także akrobatyką. Jak bańka mydlana pękł spór między Gaonem z Wilna a chasydami, spośród których ten pierwszy twierdził – w największym uproszczeniu – że Boga można poznać tylko intelektem, a ci drudzy, że raczej emocjami. To jasne przecież jak słońce, że Bóg objawia się na różne sposoby, a dziś akurat razem z innymi poznawałem Boga tylko i wyłącznie poprzez zachwyt, tak jak chasydzi!

Widok ze wzgórza

Zdarzają się chwile, kiedy Miasto wydaje się być zupełnie nierealne, a jego kontemplowanie z wałów kościoła świętego Rocha wzniesionych na wzgórzu, na którym w XIX wieku rozlokowano cmentarz, staje się niemal mistycznym przeżyciem. Co jakiś czas odczuwam potrzebę wspięcia się na nie i wpatrywania się z wysokości w Miasto, które zdaje się fatamorganą, zwodzi, oszukuje, przybiera oblicze, którego tak naprawdę nie ma. To właśnie wtedy wpatrując się w niebo nad Miastem, w las Pietrasze na horyzoncie, na wieżowce otaczające śródmieście z każdej strony, w ocalałe jeszcze gdzieniegdzie kominy starych fabryk, mieszczańskie kamienice – zwodnicze, tak samo jak miasto widziane ze wzgórza – ozdobione od strony ulicy misternymi gzymsami, pilastrami i pastelowymi tynkami, a od strony podwórka brutalnie odsłaniające jedynie czerwone cegły i okna z widokiem na brud i błoto; wpatrując się w snujący się nieustannie u podnóża wzgórza sznur samochodów, w zieleń skweru Dziekońskiej, w parterowe murowane XIX-wieczne domy niegdyś należące do żydowskich fabrykantów, hurtowników, właścicieli magazynów, w socrealistyczne bloki, w kopułę cerkwi na Lipowej, odległe wieże kościoła Farnego i jeszcze bardziej odległa świętego Wojciecha, można dostrzec Wszystko.

Chwila taka, jak dziś, w której widok nieba tuż przed zachodem słońca, już szarzejącego przed nadchodzącym deszczem, ale jeszcze z przebłyskami rozległej jasności, szum ulic, stare kamienice sprawiają, że na krótki czas można dostrzec miasto, którego nie ma, miasto gwarnych ulic rozbrzmiewających językiem jidisz, polskim, rosyjskim, białoruskim, niemieckim. Miasto, przez którego błotniste i brukowane ulice ciągną furmanki z podmiejskich wsi wypełnione towarami na targ, a między nimi przedzierają się ze swoimi wózkami drobni handlarze materiałami żelaznymi, brodaci w chałatach i czapkach z daszkiem podobnych do maciejówek. A nad tym wszystkim czuć obecność wspólnego Boga, tego samego wtedy i teraz, którego istnienie było dla dawnych mieszkańców Miasta tak oczywiste, jak dla mnie teraz, kiedy stoję na wałach.

Ni stąd ni zowąd odzywa się dzwon ze smukłej wieży kościoła, na jego dźwięk nakłada się wygrywany na dzwonach koncert z wieży w supraskim monastyrze, który słyszałem jakieś pół roku temu. Dzwony, od dźwięku których przeszywają dreszcze, a świat wydaje się jasny, zrozumiały, przyjazny i można przez moment odczuć prawdziwą wolność i szczęście.

Zlepek wrażeń, który daje poczucie, że świat jest uporządkowany i pewność, że żadne życie ludzkie nie jest przegrane – ani staruszki, która papieską windą wjechała przed chwilą na mszę, ani dziadka o przerażająco smutnej twarzy, który ciągnął wózek z torbą, gdy wsiadałem do samochodu, a on był zupełnie sam, ani starszej kobiety, która w galerii handlowej potknęła się o kosz i zawstydzona obróconymi na nią zewsząd spojrzeniami nie wiedziała, gdzie ma się ukryć.

Zlepek wrażeń, który daje pewność, że każdy człowiek ma Znaczenie, i nikt nie musi żałować swoich wyborów, a raczej ich braku, że spotykane w życiu konieczności dokądś prowadzą i w ostatecznych rozrachunku muszą okazać się czymś dobrym.

Na pograniczu

Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu – w zależności od upodobań – definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.

Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko – białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.

Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.

Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości – pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.

Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.

Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…

Cerkiew w Dojlidach

Aż wstyd się przyznać, że mieszkając około 30 lat w Białymstoku dopiero w ubiegłą sobotę po raz pierwszy odwiedziłem cmentarz i cerkiew w Dojlidach. Dojlidy są jedną z moich ulubionych dzielnic tego miasta, znam je właściwie jak własną kieszeń, z ich dwoma pałacami – Lubomirskich i Hasbacha, ze starym parkiem, browarem, którego historia sięga drugiej połowy XIX wieku, ze starymi drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach w otoczeniu ogrodów, z murowanymi domami mieszkalnymi z początku wieku XX przeznaczonymi dla pracowników fabryki sklejek Artura Hasbacha, z kościołem o interesującej architekturze wzniesionym w latach 60-tych ubiegłego wieku, ze starymi stawami. Dojlidy, które tuż za browarem, w stronę Dojlid Górnych, po prawej stronie - jadąc z centrum miasta - ujmują pewnym malowniczym łagodnie pofałdowanym zakątkiem, z urokliwą wciąż jeszcze piaszczystą drogą wiodącą poprzez pole do lasu, przypominającym swoją falistością niemal pogórze (drugi podobny udało mi się odkryć na pograniczu Starosielc). Wspaniały widok roztaczający się z niewysokiego wzniesienia na kotlinkę i las na horyzoncie, a dalej na kolejne wzniesienia w stronę ulicy Mickiewicza.

Etymologia słowa “dojlidy” wydaje się być trudna do określenia. Jakiś czas temu spotkałem się z takim słowem w jednym z białoruskich czasopism, więc słowo to fukncjonuje do dziś w języku białoruskim, ale jego brzmienie jednoznacznie wskazywałoby na języków Bałtów, może litewski, może jaćwieski. Język białoruski posiada sporo zapożyczeń z języka litewskiego, a pewnie też i jaćwieskiego. Najnowsze badania historyków dowodzą, że współcześni Białorusini stanowią melanż dawnych plemion bałtyjskich (Litwinów, Jaćwingów) i słowiańkich, w tym Krywiczów i Drehowiczów. Wracając zaś do samego słowa – ma ono oznaczać cieślę, budowniczego drewnianych domów.

Dojlidy jako wieś powstały prawdopodobnie w XV wieku. Ich założycielem miał być reprezentant sławetnego żmudzkiego rodu – Raczko Tabutowicz. Wedle niektórych źródeł pierwszą cerkiew wzniesiono tu w 1503 roku, staraniem wielkiego hetmana litewskiego – Hrehora Chodkiewicza. Inne źródła, jako datę powstania cerkwi podają rok 1528, a jako jej fundatora nie Hrehora Chodkiewicza, lecz Aleksandra Chodkiewicza. W odniesieniu do inicjatora budowy, ta druga wersja jest bez wątpienia właściwą, bez względu na to czy za datę powstania świątyni przyjąć rok 1503 czy 1528. W obu bowiem przypadkach mało prawdopodobnym jest, by Hrehory Chodkiewicz, syn Aleksandra Chodkiewicza, urodzony w 1513 roku mógł być fundatorem cerkwi przed swym narodzeniem albo jako 15 – latek.

W żaden sposób nie potrafię wyjaśnić dlaczego cerkiew dojlidzka i znajdujący się wokół niej cmentarz odwiedziłem po raz peirwszy przy okazji ubiegłotygodniowej wyprawy do grobu księdza Stanisława Suchowolca. Przejeżdzając wielokrotnie koło cmentarza i cerkwi na rowerze, przechodząc pieszo, jadąc samochodem bezpodstawnie wydawało mi się, że nie znajdę w tym miejscu nic interesującego. Cerkiew jest niewielka, pokryta niegdyś białawym, a teraz już wyszarzałym tynkiem, przykryta małych rozmiarów kopułą, od strony wschodniej opiera się o sosnowy lasek, przez który prześwituje zimą tafla nieodległego zalewu. Pomimo podobieństw tego miejsca do cmentarza i cerkwi w Starosielcach, te ostatnie wydają się być dużo bardziej sprzyjające kontemplacji, w dużej mierze ze względu na położenie z dala od ruchliwych ulic.

Stare cmentarze są znakomitymi podręcznikami historii, również na tym z nagrobnych inksrypcji można wyczytać spory wycinek historii parafii i cerkwi pod wezwaniem św. Proroka Eliasza. Część z nich jest wygrawerowana cyrylicą, większość jednak w języku polskim, odnoszę się tu przede wszystkim do tych nagrobków sprzed 1945 roku.

Na cmentarzu byłem jedyną osobą, spokój mącił tylko dobiegający szum sunących nieustannie samochodów, mimo to poradziłem sobie z tym i udało mi się ostatecznie odciąć się od tego, co działo się poza cmentarnym ogrodzeniem.

Stare cmentarze mają w sobie dużo uroku, nigdy nie wydawały mi się miejscami ponurymi, a wręcz przeciwnie – oazą spokoju, wyciszenia, miejscem nadziei i zwycięstwa nad śmiercią. I nie ma tu najmniejszego znaczenia, czy jest to cmentarz katolicki, prawosławny, żydowski kirkut, tatarski mizar czy cmentarz karaimski w Trokach.

dscn00301

dscn0033

dscn0031

Sara. Kilka refleksji o Żydach, Polakach i Litwinach

Sara miała smutne oczy i nieco ponury wyraz twarzy, sprawiała wrażenie osoby, która znalazła się w tym czasie i w tym miejscu bardziej z poczucia obowiązku, niż z wolnego wyboru. Jako osoba inteligentna potrafiła nadać temu jednak sens. Dostała przecież pod opiekę grupę kilkunastoletnich (może 17, może 18 letnich) dziewcząt, które były święcie przekonane – zewsząd o tym słyszały – że jadą do kraju, gdzie ludzie są im wrodzy i żywią wręcz zwierzęcą wobec nich niechęć. Stąd też prośba Sary, by wytłumaczyć jej podopiecznym, że hasła, które z każdej niemal strony wyzierają na murach, na ścianach bloków, budynków użyteczności publicznej, nie są skierowane przeciw nim. I rzeczywiście przypadek sprawił, że  staliśmy w tym momencie przed ścianą bloku, na której czarnym sprejem ktoś wypisał “niszcz nazizm”, nabazgrał też kilka swastyk i krzyży celtyckich na szubienicach. Szczęście nie trwało jednak długo. Tuż przy miejscu, w którym niegdyś stał dom Ludwika Zamenhofa, gorliwi troglodyci zadbali o to, by na ścianie budynku bodaj uniwersyteckiego znalazła się także gwiazda Dawida na szubienicy. Czy można było wówczas zdobyć się na powiedzenie czegoś mądrzejszego niż to, że “rozwiązaniem nie jest ukrywanie takich rzeczy”. Ukryć się nie da, a czy gdyby nie to, że Sara spostrzegła te bazgroły, ktoś z nas, by o tym tak sam z siebie powiedział? Czy jest sens tłumaczyć, że jest to margines? A jeśli nie jest?

Przez moment można było odnieść nawet wrażenie, że Sara ma swego rodzaju poczucie misji. Dostrzegalny był jakby rys tak charakterystyczny dla Szewacha Weissa. A może to tylko ten paskudny mechanizm chęci widzenia  i słyszenia tego, co widzieć i słyszeć się chce?

Sara urodziła się we Lwowie, po wojnie jako dziecko trafiła do Szczecina, na ledwie pół roku, później rodzice wyjechali do Izraela. Polski rozumiała doskonale, potrafiła też rozmawiać łamaną polszczyzną, ale nie przejawiała większej ochoty do czynienia tego, wolała dużo bardziej język angielski czy rosyjski, jako języki komunikacji. Nikt nie pytał dlaczego. Aby nie urazić.

Te sprawy językowe zaprzątają mnie od czasu częstych i regularnych wyjazdów do Wilna. W tym mieście nie mając pewności z kim mam do czynienia – zwracałem się do wilnian w języku angielskim lub rosyjskim, pytanie z reguły brzmiało “czy możemy rozmawiać w języku angielskim czy rosyjskim”, pytanie o możliwość komunikowania się w języku polskim padało tylko wtedy, gdy intuicja podpowiadała mi, że mogę mieć do czynienia z osobą polskiego pochodzenia. To jakiś radzaj podświadomej porpawności politycznej czy kulturowej. Nie wypadało przecież z góry zakładać Polakowi w Wilnie, że wszyscy władają językiem polskim, bo można tym przecież urazić Litwinów. Nonsens? Z pewnością, ale skutecznie działający. Poczucie, że Litwini mogą nas odbierać, jako potomków dawnych kolonizatorów, którzy przyjeżdżają do stolicy niepodległej Litwy i czują się, jak u siebie, przyjeżdżają jako na swoje, jakby chcieli znowu ich polonizować. Cóż z tego, że tak może uważać garstka zagorzałych nacjonalistów. W dobie wszelkiego rodzaju poprawności, wszelkie nonsensy przenikają, przesączają się w głąb tego co świadome i nieuświadomione, co jest kwestią wyboru, i co kwestią wyboru już nie jest. Nawet stojąc w kolejce do Posh Clubu padła sugestia byśmy rozmawiali między sobą po angielsku, trzech Polaków otoczonych Litwinami, być może Rosjanami, Białorusinami, pewnie też miejscowymi Polakami, osobami łączącymi kilka tych etnosów w sobie, lęka się między soba rozmawiać po polsku, by nie wzbudzić wobec siebie niechęci. Skąd to założenie, że młodzi Litwini zareagowaliby negatywnie na nasz polski język?

Złożoną materią są te wszystkie lęki, urazy i niechęci wobec języków. Sara jednak preferowała angielski i rosyjski. I nikt nie pytał dlaczego.

Chodząc po ponurym, szarym mieście w deszczu, chłodnym wietrze, temperatura wspólnego wędrowania z każdą chwilą jednak rosła. Bariery ograniczonego zaufania powoli zaczynały kruszeć, by pod sam koniec rozpaść się w drobny mak. Pojawiło się ciepło, szczere uśmiechy, wciąż jeszcze delikatna, ledwie dostrzegalna, ale jednak zawsze nić sympatii.

- Czy mogę ci zadać pytanie? Jeśli będzie zanadto prywatne nie odpowiadaj na nie proszę. Skąd to twoje zainteresowanie Żydami?

Odpowiedź mogła być tylko banalna – czy mieszkając w mieście, którego żydowscy mieszkańcy stanowili niegdyś ponad 50% społeczności, można nie interesować się kultura i historią Żydów? Czy można ją wypreparować, wyciąć, jak wrzód z historii miasta? Czy mieszkając w Polsce można nie być ciekawym dziejów ludu, który zamieszkiwał ten kraj od ponad 800 lat? Czy będąc chrześcijaninem można nie być ciekawym judaizmu?

Wielce możliwe, że oczekiwała zupełnie innej odpowiedzi. Wielce możliwe, że niewyobrażalnym wydawało się jej zainteresowanie tym, czego nie można uczynić wewnętrzną cząstką siebie.

« Starsze wpisy