Bojary

Do tego miasta najbardziej pasuje jesień. To już defintywny koniec lata, złote, żółte, czerwone, brązowe liście na drzewach owcowych w ogrodach pamiętających dwudziestolecie międzwojenne z trudem ocalałych z deweloperskiej inwazji. Ulica Próżna zachowała tylko widok na kamienicę czynszową z bladej cegły z półokrągle wykończonymi oknami, ale to formalnie już ulica Sobieskiego, zamyka jednak widok z ulciy Próżnej i daje jakieś wyobrażenie o tym, jak ta ostatnia mogła niegdyś wyglądać. Teraz zabudowano ją pseudokamienicami, które w żaden sposób dawnej atmosfery odtworzyć nie mogą, nawet nie dają jej namiastki, druga strona to relikt minionej epoki, bloki z wielkiej płyty, między którymi jeszcze do niedawna dumnie stały drewniane domki, parterowe i piętrowe, z dużymi ogrodami, nie uchowały się, prawdopodobnie nikt nie był nimi zainteresowany. Z Próżnej odbijam w Sobieskiego, na wprost kolejna cudem ocalała murowana kamienica naprzeciw wylotu Złotej, a w tej może 50 – metrowa najprawdziwsza enklawa – trzy ogromne drewniane domy, w tym jeden piętrowy, w którym po przybyciu do Białegostoku mieszkał ksiądz Michał Sopoćko. Stąd chodził na wykłady do seminarium, tymi wąskimi uliczkami spacerował i rozważał sens miłosierdzia. Swoją drogą czy mógł cokolwiek słyszeć o rodzinie Goldbergów, która tuż przed nim mieszkała w kamienicy naprzeciw? Teraz to szary, ponury, tajemniczy dom; bruk rozdzielajacy oba domy niezdarnie zalano asfaltem, tak, że prawie cała lewa strona wymknęła się paskudnej masie bitumicznej.

Jakub Goldberg był mocno zbudowanym wysokim – bo prawie dwumetrowym – mężczyzną, aktywnym działaczem ruchu syjonistycznego szanowanym w lokalnym środowisku i znanym niemal w całej Europie, członkiem rady miejskiej. Bank, który odziedziczył po babci zbankrutował w czasie kryzysu po 1929 r., Jakub był jednak zaradnym człowiekiem i tuż przed wojną został przedstawicielem włoskiej firmy ubezpieczniowej.

Żona Jakuba – Bella dla odmiany była niska i drobna, zupełne przeciwieństwo męża, nie tylko fizyczne. Aktywnie udzialała się w Bundzie. Żona jednego z najbardziej prominentnych działaczy syjonistycznych pracowała jako nauczycielka języka polskiego w żydowskiej szkole z yiddish jako językiem wykładowym.

Zabrakło pewnie kilku lat, by Goldbergowie mogli się poznać z Sopoćką, co mieliby sobie do powiedzenia? Dzieliłaby ich tylko ulica, czy zapraszaliby się na obiady, kolacje? Wspólne dyskusje? O czym? Rozmawialiby o Bogu, o wierze? Goldbergowie choć sami pochodzili z chasydzkich rodzin, pomimo wszelkcih dzielących ich różnic byli wszak ateistami. Jakże to ciekawe musiałyby być dyskusje! Promotor miłosierdzia Bożego i przekonani ateiści. Ludzie wielu zainteresowań, otwarci, ciekawi świata. Przedzieliło ich kilka lat, które otworzyły pole najbardziej absurdalnemu okrucieństwu w historii ludzkości. Nie dowiemy się już nigdy, jak wyglądałyby spotkania katolickiego księdza z wyemancypowaną rodziną żydowską.

Miasto w jesiennej niedzielnej mgle, około godziny 12, nijak nie przypomina miasta z dnia powszedniego, cisza, spokój, z klatek bloków z wielkiej płyty wychodzą do kościoła przedstawiciele uboższej klasy średniej przemieszani z ludźmi wyglądającymi tak, jakby żyli na skraju ubóstwa. Z kamienicy u wylotu Złotej rzadko kiedy wychodzi ktokolwiek, z otwartych okien i balkonów sączy się brutalny gangsterski amerykański hip hop albo toporne dyskotekowe przeboje sprzed kilku lat. Tuż za kamienicą zestaw kilku bloków bez balkonów, bloki robotnicze, jeszcze nie tak dawno należące pewnie do “Uchwytów”. Poza smutkiem, zgarbionymi ludźmi, o wyszarzałych, zmęczonych twarzach, przeważnie w wieku emerytalnym, niewiele tu można dostrzec. Czasem wiosną bądź latem przemkną młodzi nastoletni ludzie w kapturach, albo kilkuletnie dzieciaki w pisakownicach otoczonych owocowymi drzewami, które zdążyły już wyrosnąć na tyle, by zacienić place zabaw z prawdziwego jednak zdarzenia. Tych placów zabaw i przestrzeni między socrealistycznymi robotniczymi blokami mogą pozazdrościć mieszkańcy pobliskich – tak zwanych – apartamentowców, ekskluzywnych kamienic, o których zapomnieli włodarze miasta, bo choć wmówiono ich mieszkańcom, że wprowadzają się do jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic miasta, to nikt wydając wszelakie pozwolenia na budowę, decydując o planach zagospodarowania przestrzennego nie pomyślał o tym, że dzieci z tych nowych mrowiskowców będą także chciały się bawić w piaskownicach, zjeżdżać na ślizgawkach, kręcić na karuzelach. Tu każdą wolną przestrzeń, każdy skrawek, trzeba wyrywać na miejsca parkingowe, któych mimo podziemnych parkingów i tak brakuje.

Dalej ulicą Kraszewskiego, do ulicy Towarowej, tuż za nią kładka nad torami, jeszcze drewniana, drżąca cała pod wpływem kroków nawet jednej osboy. Dworzec Fabryczny, z którego Niemcy wywozili żydowskich mieszkanćów miasta do Treblinki. Czy stąd w ostatnią podróz wyruszyli Jakub i Bella Goldbergowie? Za dworcem rozciąga się już Wygoda, tuż obok Kościół Najświętszego Serca Jezusa, także znajdujący się na szlaku księdza Michała Sopoćki. Trwa msza, więc nie podchodzę do tablicy z krótkim opisem, mogę tu wrócić przecież w każdej chwili. Powrót także ulicą Kraszewskiego. Po prawej zielony budynek, przebudowana quasi – willa, zaadaptowana na kościół zielonoświątkowców, akurat kończy się nabożeństwo, na sposób zimowy opatulone wychodzą sympatycznie wyglądające dwudziestokilkuletnie dziewczyny. Nieprzyzwyczajone do tutejszych chłodów, ale nic dziwnego – wszak rozmawiają ze sobą po angielsku. To taka ciekawa enklawa na Bojarach, a może i w całym mieście. Kilka lat temu przyjechał tu autokar pełen śniadych Brazylijczyków, Murzynków, Mulatów, oliwkowych potomków Portugalczyków i innych nacji. Codziennie zmierzali ulicą Kraszewskiego w stronę centrum, sympatycznie głośni i roześmiani, w żółto – zielonych koszulkach. Tak sympatycznie jak dzisiejsze anglojęzyczne dziewczęta, uśmiechnięte i jakoś tak kulturalnie i spokojnie ze sobą rozmawiające.

Ulicę Kraszewskiego zamyka neogotyk białostockiej katedry. W miejscu gdzie dziś u jej wylotu do Starobojarskiej stoją ceglane ekskluzywne kamienice stylizowane nieudolnie, groteskowo na XIX – wieczne czynszówki, cisnęły się jeszcze pod koniec lat 90 – tych te prawdziwe czynszówki, zupełnie bezsensownie wyburzone, nie groziły zawaleniem, ale nie opłacało się ich remontować, bo mieściły dużo mniej mieszkań niż nowe bloki, na miejscu jednej czynszówki deweloper wznosił dwie. Zysk oczywisty. Zniknął też bruk, zastąpiony oczywiście polbrukiem, w czasie którychś z wagarów idąc tą ulicą i słysząć jakiś hałas miałem wrażenie, że ulicą pędzi dorożka, teraz to byłoby już zuepłnie niemożliwe. Tylko u wylotu Kraszewskiego do Starobojarskiej uchowała się wciśnięta pomiędzy blokami kamienica z dwudziestolecia, z nadbudówką z jasnej cegły, wcale nie wygląda na onieśmieloną towarzystwem nowych pseudokamienic, apartamentowców, czy jak je zwać. To w niej mieszka pewien dziadek z wąsami, codziennie wyprowadzający na spacer psa Kubusia. Jeszcze nigdy nie słyszałem, by ktoś tak czule, ale nie ckliwie, nie wymiotnie słodko rozmawiał ze zwierzęciem, a nawet z drugim człowiekiem.

Wieże katedry zamykające widok z ulicy Kraszewskiego toną we mgle. To nic, że nia ma słońca, to nic, że nie jest to złota polska jesień, z liściami skrzącymi się w słonecznych promieniach. To miasto i tak jest dziś inne niż na co dzień. Dziś wszystko wydaje się mieć swój sens. Nawet to, że Goldbergowie nie spotkali się z Sopoćką, bo to przecież jeszcze nie było to miejsce, w którym mieli się spotkać. Wszystko ma swój sens i czas, musi mieć.

*** Informację o rodzinie Goldbergów zaczerpnąłem z książki “Ester and Ruzya. How my grandmothers survived Hitler’s war and Stalin’s peace” napisanej przez Mashę Gessen

Ostatnie dni lata

Niedzielne chwytanie ostatnich tego lata tak jasnych, ciepłych i radosnych promieni słonća. Na wzgórzu przy grodzisku w Milewszczyźnie, przeciętym żwirową drogą, z jednej strony ruiny folwarku ze stodołą z olbrzymich kamieni zebranych z okolicznych pól, pewnie jeszcze w XIX wieku, z żarnami wkomponowanymi w kamienny mur. Z dzikim już sadem, głogami, wijącym się chmielem, które zwinnie ukryły grodzisko. Sceneria tworząca atmosferę jakby wyjętą z plenerowego teatru telewizji, tajemniczego spektaklu, którego tytułu przypomnieć sobie nie mogę już od kilku miesięcy. Kulturalne nastolatki przejeżdżające piaszczystą drogą na rowerach – cztery dziewczyny z rozwianymi długimi włosami i dwóch dzielnych chłopców w roli ich opiekunów, śmiejący się radośnie i komunikujący się ze sobą bez wulgaryzmów jako kropek i przecinków, pozdrawiający nas wesołym “dzień dobry”.

Kładę się na zielonej, soczystej jeszcze trawie na samym szczycie wzgórza, słońce łagodnie gładzi moją twarz, za chwilę zasnę i dopiero po godzinie obudzi mnie odgłos rozmowy siedzących obok towarzyszy podróży, którzy nadziwić się nie mogą, że można tak długo spać. A to przecież ledwie godzina.

Schodzimy w dół nad rzekę, nad którą około XII wieku, a kto wie może i wcześniej rozlokowało się grodzisko. Gdybym miał wyobraźnię dziecka, w czasie snu pewnie usłyszałbym dźwięk – może bijących dzwonów zapadłej pod ziemię świątyni, szczęk oręża, odgłosy z rzemieślniczych warsztatów, może płatnerza, może rozmowy dobiegające z chaty zamożnego wieśniaka albo dworu kasztelana. W jakim języku by je toczyli? Słowian? Bałtów? Co się z nimi stało? Najpierw opuścili grodzisko w Aulakowszczyźnie, bo ktoś ich tam napadł, a drewnianą osadę spalił. Czy taki sam los spotkał ich także tu?

Nad rzeką z łatowością odnajduję bujnie zielony cypel, ale tu sen już nie wraca, cicho szemrze Kumiałka, przede mną wzgórze, liściasty zagajnik, z prawej strony grodzisko, nieco na lewo za rzeką w gęstwinie krzewów i drzew przebija stary poczerniały dom z czerwoną dachówką i białymi oknami. Prawdziwy spokój, kiedy wszystko ma znaczenie i można odczuć czym jest harmonia w duszy i czym harmonia całego świata.

Skąd mogłem wiedzieć, że usłyszę dziś w telefonie spokojny, pokorny głos dobrej mamy chłopaka na wózku, który prawie nigdy nie wychodzi z domu, choć jest ciekawy świata. Mama jest pełna niepewności, nie ma w niej rezygnacji, a tylko dobro, spokój, łagodność i pokora, których chciałbym się od Niej nauczyć.

- Mój syn jest nieśmiały, stroni od ludzi…

Świat się roi od dobrych ludzi, na pewno się roi, nie są tak krzykliwi, więc ich nie widzimy.

Co Polacy wiedzą o Białorusi i Białorusinach, a co wiedzieć powinni?

“Gość Niedzielny”, którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki – Zych pod tytułem “Madonna, korona i łzy” poświęcony niedawnej – bo z 22 sierpnia – uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: “Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. – 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (…)” I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście “Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie” z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

“Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach…”

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego – aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji “przywracania polskości” Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak – katolik, Białorusin – prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno – kulturalnym “Czasopis” wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny – w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku – uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Trzcianka

Północne obrzeża Puszczy Knyszyńskiej stały się moim odkryciem tego roku. Dotychczas – jak to zwykle w takich przypadkach bywa z powodu ignorancji – wydawały mi się tą częścią pogranicza, której nie warto poświęcać większej uwagi. Jak bardzo się myliłem przekonałem się ledwie kilka miesięcy temu. Wszystko zaczęło się od litewskiego grodziska w pobliżu Podzamczyska, Zamczyska i Niemczyna. Błądząc po bezdrożach, pokonując wąskie całkiem niezłe drogi asfaltowe, przemierzając żwirówki i niezanadto solidnie wyjeżdżone drogi piaskowe odkryłem wiele niezwykłych miejsc o nazwach będących przepięknym świadectwem współistnienia litewskich, rusińskich, polskich, a pewnie też i jaćwieskich mieszkańców tego skrawka ziemi. Gilbowszczyzna, Szyndziel, Aulakowszczyzna przenosiły mnie w czasie, gdy okolice te musiały być zamieszkane przez Bałtów. Lasy łączące się z Puszczą Knyszyńską, ciągnące się wąskim pasem od okolic Dąbrowy Białostockiej i zlewające się płynnie z puszczą gdzieś w okolicach Rozedranki, tak odmienne w swoim charakterze od samej puszczy, jakby przebiegała tu gdzieś granica występowania gatunków drzew i krzewów, wywarły na mnie wrażenie pierwotnej kniei pamiętającej polowania Giedymina czy Witolda. Mroczne i tajemnicze ze smukłymi aż do nieba świerkami i sosnami, rozłożystymi dębami i innymi licznymi tu gatunkami drzew liściastych. Lasy z baśni Lewisa, MacDonalda, z litewskich legend.

Wiekowe świerki z ciężkimi, niemal czarnymi gałęziami zwieszającymi się nisko nad dziurawą jak szwajcarski ser, ale jakże urokliwą asfaltową drogą z Kładziewa do Szyndziela. Samo Kładziewo położone na skraju starego ciemnego lasu jawi się jakby bramą do baśniowego świata. Jadąc od Trzcianki mijamy po lewej stronie wiekowy żeliwny krzyż zatopiony w kamieniu, który wygląda tak jakby stał tu kilkaset lat, i pewnie tyle lat już tu stoi. Przycupnął przy nim mniejszy krzyż, zatknięty bezpośrednio w ziemię, przy nim delikatny kopczyk, obsadzony kwiatkami. Dopiero później uda nam się ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że jest to grób rosyjskiego żołnierza, który zginął w czasie II wojny śwaitowej. Ktoś wciąż o nim pamięta, ktoś wciąż dba o kwiatki na skromnej mogiłce. Dla miejscowych człowiek, to człowiek, któremu pamięć i troska należą się jeszcze długo po śmierci bezwarunkowo.

W Kładziewie jeszcze nigdy nie uraczyłem żywej duszy, stara wioska o drwnianej w większości zabudowie kryje skrzętnie swoje tajemnice. O mogiłce opowie nam mieszkaniec nieodległej Trzcianki, wracający z podziemnej piwnicy w szczerym polu z koszem kartofli. Zagadnięty nie wie, gdzie jest grodzisko, którego szukamy, ale zapytany o zamek, ze szczery uśmiechem wskazuje nam pobliską piaszczystą polną drogę tuż za sosnowym zagajnikiem. Za laskiem ma stać niebieski drewniany domek, a w nim mieszka babcia, która dużo wie o zamku, na jej polu archeolodzy rozbili kiedyś namioty, to z nimi babcia miała toczyć niekończące się rozmowy. Urokliwy domek otoczony owocowym sadem odnajdziemy, ale nie ośmielimy się zakłócać babci spokoju, gdyby chociaż krzątała się gdzieś na podwórku. Pól i łąk babci też deptać nie zamierzamy, nie jesteśmy przecież archeologami, a zwykłymi ciekawskimi mieszczuchami z wielkiego świata, bo przecież z samego Białegostoku! Nasycimy się widokiem grodziska – ledwie dostrzegalnego usypanego ludzkimi rękami wzgórza na tle sosnowego wiekowego lasu – z daleka, no może nie tak daleka, bo z odległości 200 może 300 metrów.

To grodzisko nie da mi już spokoju. Mogło ono powstać w IX albo X wieku. Siedzibę urządzili tu sobie Słowianie, wykopane dirhamy świadczyłyby o tym, że prowadzili ożywioną wymianę z kupcami aż z krajów arabskich. Czyli przez tę urokliwą puszczę musiały ciągnąć karawany kupieckie. Czy zachwycały ich tam samo, jak nas smukłe, sięgające nieba sosny i świerki? Czy puszcza wyglądała wówczas tak, jak teraz? Którędy przebiegał szlak handlowy? Czym handlowali nasi przodkowie? Skórami, miodami, sprzedawali swoich współplemieńców w niewolę? Byli ludźmi łagodnymi czy okrutnymi? Na te pytania pewne nie poznamy odpowiedzi, ale jedno jest pewne – nie zaznali tu spokoju na dłuższy czas. W XI wieku nadszedł kres grodziska. Od strony północnego zachodu zaatakowali ich prawdopodobnie Bałtowie, co śmielsze teorie mówią nawet o Wikingach! Groty strzał wykopane przez archeologów, które utkwiły w przysypanych ziemią balach palisady jednoznacznie wskazują, że napastnicy zaatakowali od strony północno – zachodniej. Zaatakowani nieszczęśnicy nie spodziewali się napadu, próbowali uciekać w kierunku południowo – wschodnim, wielu musiało zginąć, ale do dziś nie udało się odkryć kurhanu, w którym spoczęli. To już pewnie kwestia czasu, tylko trzeba rozmawiać z miejscowymi. Ileż już zdarzyło mi się widzieć na Podlasiu, gdzieś w szczerym polu niezaorywanych, ledwie wyrastających ponad powierzchnię pola kopczyków, o których z pokolenia na pokolenie przekazuje się wiedzę, że są to miejsca święte, miejsca spoczynku, których kosztem nie powiększa się stanu swego posiadania. Któreś z rzędu pokolenia już nawet nie wiedzą dlaczego nie można niszczyć tych sztucznie usypanych wzgórków, ale przez uszanowanie dla próśb swoich ojców czy dziadków nie niszczą miejsc świętych. Ojcowie, a już na pewno dziadkowie rozumieli, że miejsc ludzkiego spoczynku z zamierzchłej nawet przeszłości zrównywać z ziemią nie przystoi.

W tej małej krainie ludzi mądrych i dobrych, jakoś tak zwyczajnie po ludzku robi mi się żal tych nieszczęśników, którym nie udało się zbiec przed atakiem wojowniczych Bałtów czy Wikingów. To dobry znak, wspaniałe poczucie, że nie można zobojętnieć na śmierć nawet tę odległą, nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie. Rodzi się swego rodzaju poczucie więzi między ludźmi, którym przytrafiło się tu być przede mną około 1000 lat temu, nie poczucie więzi etnicznej, plemiennej, kulturowej, ale takiej zwykłej międzyldzkiej. Co za szczęście!

Litewskie obrazki – Zułów, Powiewiórka, Niemenczyn

Z urokliwego Kiernowa – o którym innym razem – pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się wąskimi asfaltowymi drogami w stronę Niemenczyna. Przed Mejszagołą krajobraz jest nieznacznie pofałdowany, z rzadka mijamy lasy, za Majszagołą pojawiają się jeziora, gęstsza zabudowa, domy mieszkalne i letniskowe, o ciekawej drewnianej w większości architekturze, wspaniale wkomponowane w tutejszy krajobraz, tak jakby z niego naturalnie wyrastały. Do Niemenczyna wjeżdżamy, gdy ten zalany jest słońcem. Podjeżdżamy pod biały zabytkowy kościół, na parkingu stoi kilka samochodów na litewskich numerach, ale osoby przy nich stojące rozmawiają po polsku. Kilka babć pieszo zmierza na mszę, nikt ich nie podwozi, może nie ma kto, bo to już południowo – wschodni skrawek Litwy, kto wie czy nie najbiedniejszy? Młodzi wyjechali pewnie do Wilna albo jeszcze dalej w świat. Przy drzwiach wejściowych do świątyni wmurowana tablica z zatartymi, trudnymi do doczytania nazwiskami żołnierzy poległych w walkach z bolszewikami w 1920 r. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację wnętrza, jest już po 16, a przed nami jeszcze kawałek drogi do Zułowa, a na 20.00 chcemy być z powrotem w Wilnie. A tu jeszcze warto rzucić okiem na pięknie szeroko płynącą Wilię, wtuloną z dwóch stron w tunel soczyście zielonego lasu. Po drodze mijamy polski dom kultury z szyldami w dwóch językach, chłopczyk z tornistrem na plecach przygląda nam się z zainteresowaniem siedząc na murku przy wejściu do budynku. Pod dom kultury zajeżdża samochód, z którego wysiada młoda mama z dwiema córeczkami – rozmawiają po polsku; mama prowadzi swoje pociechy na jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na moście miniemy jeszcze dwóch około 20 – letnich chłopaków z dredami, i ruszamy dalej do Zułowa. Ale zanim do Zułowa, zatrzymamy się jeszcze w Powiewiórce, po litewsku zwanej – Pavoverė. Tu oglądamy kościół z drugiej połowy XVIII wieku, ze starą z zatartymi napisami tablicą informującą o tym, że jest to zabytek chroniony prawem. Chroniony prawem, ale nie ludzką ręką, wydaje się być mocno zaniedbany, miejscowej społeczności polskiej nie stać na jego odnowę najwyraźniej, a Litwini nie są tym zainteresowani – w końcu był tu chrzczony Józef Piłsudski, zdrajca Litwy i Litwinów i sprawy litewskiej. Dziwna to sprawa, w tej części Europy – nie potrafimy szanować wzajemnie swoich pamięci, swoich wrażliwości, zwłaszcza tych historycznych. Wileńszczyzna to bez wątpienia integralna część Litwy, do której w Polsce nikt rozsądny, pozostający przy zdrowych zmysłach rościć pretensji terytorialnych nie może, nie warto się więc chyba boczyć na Piłsudskiego, że kazał się zbuntować Żeligowskiemu i w zamierzchłym już przecież dwudziestoleciu przyłączyć ją do Polski i mścić na zabytkach. Litwinów jednak z drugiej strony rozumieć też trzeba, ale nie usprawiedliwiać w każdym przypadku.

Marcin chyba najbardziej z naszej trójki przeżywa wizytę w Powiewiórce, zmusza nas do filozoficznej zadumy nad tym, co musiała czuć matka przynosząca do chrztu niemowlę, które miało później wyrosnąć na jednego z największych ludzi w historii Polski. W moim domu, w rodzinie ze strony Mamy, wywodzącej się z Wileńszczyzny panował prawdziwy kult Piłsudskiego, ale dzięki Bogu nie fanatyczny.

Z Powiewiórki jedziemy już do Zułowa – po litewsku Zalavas. Przedzieramy się samochodem zupełnie nieterenowym przez remontowaną i niemiłosiernie rozkopaną w związku z tym drogę, światła, dziury, wyboje, żwir, odpryskujące kamienie, jadące z ogromną prędkością nie zważające na ograniczenia prędkości – całe szczęście nieliczne – TIRy. Wreszcie tablica Zalavas, krajobraz wokół jakbym już gdzieś kiedyś widział, jest zupełnie płasko, wioska położona na dużej polanie, a wokół sosnowe lasy. Trochę mi to miejsce przypomina oddalone około 30 km na wschód od Białegostoku okolice Załuk i Radunina. Jesteśmy ponad 300 km od Białegostoku, a mam wrażenie jakbyśmy wyjechali po pracy na wycieczkę gdzieś w okolice Gródka, i że zaraz będziemy wracać nie do Wilna, ale właśnie do Białegostoku.

Ale jak tu znaleźć miejsce, w którym stał dwór – miejsce narodzin Piłsudskiego; przy domach ani żywej duszy, z asfaltowej drogi zjeżdżamy w piaszczystą, w stronę zabudowań ciągnących się w stronę lasu. Wreszcie pojawiają się ludzie – dwóch chłopców bawiących się przy drodze w piasku i prawdopodobnie ich mama. Zatrzymujemy się i pytamy – po polsku mając pewność, że mieszkają tu Polacy – o miejsce, w którym stał dwór Piłsudskiego. Kobieta śpiewną polszczyzną każe nam zawrócić, wyjechać na asfaltową drogą i skręcić w lewo, w brukowaną drogę w lesie. Tak też zrobimy, ale zanim znajdziemy fundamenty dworu, jeszcze trochę pobłądzimy, będziemy jeszcze raz pytać starsze małżeństwo pracujące w ogrodzie przy drewnianym starym domku, gdzie jest to słynne miejsce. Aż w końcu ci nam wytłumaczą tak, że trafimy doń bez problemu.

Z daleka widzimy już dąb posadzony przez Ignacego Mościckiego i bodaj jedną z córek Piłsudskiego, ale wokół rosną chaszcze, chwasty, rozciągają się nieużytki. Widać też, że na fundamentach dworu w czasach ZSRR próbowano stawiać jakieś gospodarcze budynki. Tuż obok urządzono wówczas gnojówkę. W piwnicach – już nie wiadomo czy dworu czy budynków pokołchozowych leżą stare ubrania, plastikowe miski i inne śmieci. Nieopodal stoi stary budynek, wyglądający na czworak, duży drewniany zamieszkały przez kilka albo nawet kilkanaście rodzin. W czasie, gdy oglądamy, to co pozostało po dworze, w naszą stronę zmierza od strony lasu terenowy samochód z kogutem na dachu. Jedzie wolno, jest barwy brązowej, na pewno nie jest to litewska policja, ale prawdopodobnie straż graniczna. Gdy z daleka dostrzegają nasze aparaty i samochód na polskich numerach, nawracają i odjeżdżają. Możliwe, że to przypadek, ale podobno litewskie władze nieprzychylnym okiem spoglądają na turystów z Polski w tym miejscu. Co innego Wilno, Kowno, Połąga tu proszę bardzo, jak najbardziej, ale nie tu, na tym odludziu już nie ma co oglądać. Nie dowiemy się jakie były intencje owych strażników.

W międzyczasie w naszą stronę biegną umorusane, biednie ubrane dwie może 8 – letnie dziewczynki. Najstarsza z nich trzyma w rękach ogromną bordową księgę pamiątkową. Jej mama została poproszona przez przedstawicieli związku Polaków na Litwie o odbieranie od gości podpisów w owej księdze. Więc my także się wpisujemy, dzień przed nami wpisała się jakaś grupa z Bydgoszczy. Z przepastnych kieszeni wydobywamy garść litów i przekazujemy je dziewczynce prosząc ją by podzieliła się z pozostałymi koleżankami, i by wszystkie razem oddały je swoim mamom. Dzieciaki odbiegają w stronę domu wniebowzięte, z radości zapominają o daniu nam folderów o Zułowie. Pal licho foldery! Po kilku chwilach wraca jedna z dziewczynek ze swoją młodszą siostrą. Tacy z nas znakomici pedagodzy i psycholodzy, że próbujemy z dzieciakami rozmawiać o szkole, o stopniach, o nieodległych wakacjach, ale dziewczynki choć odpowiadają grzecznie, to jednak widzimy, że to nie w tym celu, by z nami porozmawiać tutaj przybiegły. Być może ta dziewczynka, której daliśmy pieniądze nie podzieliła się ze swoją towarzyszką. Głupio więc pytam czy może chcą jeszcze pieniędzy. Ale z opresji przytomnie ratuje nas Marcin, który przypomina, że w samochodzie mamy jeszcze cukierki przywiezione z Polski. Na dźwięk słowa “cukierki” w oczach dziewczynek pojawiają się błyski szczęscia! Niewiele tych cukierków zostało, ale dzieciaki są wniebowzięte.

A wokół obraz nędzy i rozpaczy, pod lasem straszą pozostałości kołchozowej obory, przy dawnym czworaku, na wydeptanym skrawku ziemi w kółko kręci się czarny misiek przywiązany do łańcucha, by nam się lepiej przyjrzeć wskakuje na dach budy, ale nawet szczeknąć mu się nie chce. Nastrój jak w polskiej popegieerowskiej wsi, tylko nędza chyba dużo większa. Żal nam tych małych dziewczynek, oby im się udało stąd wyrwać, oby się sytuacja tutaj zmieniła. Może to płonna nadzieja, ale jeśli sytuacja ekonomiczna Litwy będzie się stale polepszać, jeśli Litwa wyjdzie obronna ręką z tego kryzysu, to może i tutejsi Polacy coś na tym zyskają. Bez pomocy z Polski jednak się nie obejdzie. I nie są rozwiązaniem jedynie paczki świąteczne ze słodyczami i ubraniami wysyłane co roku, nie są rozwiązaniem zakupowane podręczniki, wakacje i ferie zimowe w Polsce, choć to też jest bardzo ważne. Może warto byłoby zainwestować tutaj w rolnictwo, w agroturystykę, w edukację z prawdziwego zdarzenia, trochę poprowadzić tych ludzi za rękę? Sami na pewno nie dadzą sobie rady. Wydaje się, że w znacznej części ci najbardziej zaradni wyjechali do Polski, lub dużo wcześniej zostali wywiezieni na Syberię, elita została wymordowana przez Niemców i Sowietów, a jej niedobitki przeniosły się po wojnie do Polski – spora cześć tworzyła Uniwersytet w Toruniu, część Akademię Medyczną w Białymstoku.

Mój pierwszy kontakt z Polakami na Litwie był zasmucający – jeszcze w ubiegłym roku w sierpniu, gdy pytałem w Wilnie o drogę do Rostynian zniszczonych alkoholem ludzi – jedynych, jakich mi się udało wówczas późnym wieczorem znaleźć – okazało się, że rozmawiali po polsku. Mężczyzna i kobieta, którzy mogli mieć nie więcej niż 40 lat, a wyglądali na 50 lub więcej, nieśli zakupione na stacji benzynowej piersiówki z alkoholem, a nad nimi unosiły się opary nieprzetrawionej jeszcze wódki. Szedł z nimi kilkuletni chłopczyk. Byli mili, kulturalni i niezłą polszczyzną bezbłędnie wytłumaczyli nam, jak mamy jechać dalej.

Litwini postrzegają tamtejszych Polaków, jako społeczność biedną, niezaradną, słabo wykształconą, co jednak dużo bardziej zasmucające – Polacy z ich ojczyzny odnoszą się częstokroć do swoich rodaków, jak do uboższych krewnych, z pewną pogardą, zażenowaniem, niechęcią. Polak ze wschodniej Polski, to taki Polak gorszego sortu, a cóż dopiero mówić o tych mieszkających na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. To jeszcze pośledniejszy gatunek bliźniego. W czasach, w których w tym ponurym kraju, nie potrafiącym się uczyć na własnych błędach, nie potrafiącym wyciągać wniosków z własnej historii, bo jej zwyczajnie nie znającym, w kraju, który jak to ujął mój pewien znajomy z Białorusi “odpoczywa” – tryumfy święci darwinizm społeczny – jeśli są biedni, to są sami sobie winni, należy ich zostawić samym sobie, nie łożyć na darmozjadów i nierobów, słabość jest zawsze stanem zawinionym, i zasługuje tylko na pogardę. Ale może jednak mimo tego najniższego w Europie kapitału zaufania społecznego, mimo fatalnych relacji międzyludzkich w samej Polsce uda się podjąć akcję na rzecz Polaków na wschodzie, która nie będzie tylko pomocą doraźną, ale trwalszą, edukacyjną, inwestycyjną, która w przyszłości przełoży się na kapitał nie tylko materialny i to zarówno tam, jak i tu. Oby.

Nowi nadwrażliwcy

Czym są quady w lesie, a dokładnie w puszczy, miałem okazję przekonać się po raz pierwszy dokładnie rok temu podczas pierwszej wiosennej wyprawy do Rezerwatu Budzisk w Puszczy Knyszyńskiej. To właśnie wtedy cały mój zachwyt nad budzącą się do życia po długotrwałej zimie puszczą zburzył wygolony osiłek jadący quadem z największą jaką tylko można było prędkością i najgłośniej, jak się tylko dało. W tym roku okazało się, że quady stały się niemal sportem narodowym, narodową rozrywką, taką jaką jeszcze niedawno było grillowanie. Swego czasu cała Polska ruszyła z kopyta z grillowaniem, na działkach, w lesie, na łąkach, nad rzekami, nad jeziorami, w przydomowych czy przyblokowych ogródkach, a nawet na balkonach. Tak, tak, właśnie na balkonach. Wynajmujący obok mnie mieszkanie studenci regularnie urządzali jeszcze w ubiegłym roku grillowanie na balkonie.

Czy wówczas mógł ktoś przewidzieć, że z równie wielkim nabożeństwem społeczeństwo zacznie się oddawać quadomanii? Na quadach jeżdżą jak się okazuje nawet 4 – letnie dzieci! O skrajnej nieodpowiedzialności rodziców, braku wyobraźni, głupocie może świadczyć – o ile się nie mylę, chyba już kilka – przypadków śmiertelnych po zderzeniu z drzewami.

Dziś niestety sam miałem okazję doświadczyć czym jest ta nowa rozrywka niemałej części społeczeństwa. Po południu postanowiłem zapakować kilka książek do plecaka i wybrać się na łąkę pod przepięknym lasem koło Skrybicz (około 7 km na południe od Białegostoku). Skrybicze są malowniczą wioską, zamieszkałą niegdyś, to jest tak mniej więcej w XIV – XV wieku, przez skrybów z dworu Chodkiewiczów w nieodległym Zabłudowie. Skrybowie sporządzali zapewne ważne dokumenty hetmańskie, i jak to w Wielkim Księstwie Litewskim wówczas bywało w języku rusińskim, pierwowzorze obecnego języka białoruskiego. Musieli być więc ludźmi światłymi i wykształconymi i pewnie wściekłość i żałość wielka ich ogarnia, gdy gdzieś tam z nieba spoglądają na swe włości i widzą sterty śmieci w lasach, miejscowych kradnących drzewo, a jeszcze na dodatek rozbijających się niemiłosiernie głośnymi i smrodliwymi wehikułami.

Tak więc rozkoszując się ciszą i spokojem miejsca, na delikatnym wzniesieniu, z widokiem na stary las sosnowo – świerkowy, obrębiony białymi smukłymi brzozami, ze zgrozą zacząłem wsłuchiwać się w dobiegające od strony wsi Halickie odgłosy wyjącego wniebogłosy silnika, przy którym warkot traktora wydaje się być śpiewem ptaków. Nadsłuchiwałem i ku memu przerażeniu okazało się, że ryk motoru zaczął się do mnie zbliżać, już go słyszałem na drodze, którą sam przyjechałem, a po chwili mignął przede mną czarny potwór ujarzmiany przez około 40 – letniego mężczyznę wiozącego ze sobą, gdzieś na jakimś tylnym siedzeniu dzieciątko malusieńkie, nie wiem czy miało 3 latka! Czarny potwór minął mnie w wielkim pędzie, by wtargnąć z rozrywającym bębenki w uszach łoskotem do nieodległego lasu. Już pal go licho, pomyślałem, niech tylko odjedzie jak najszybciej i jak najdalej. Ale nic z tego, ryczący maszkaron nie oddalił się zanadto. Przez około 30 minut wściekle warczał, jeżdżąc w kółko po leśnych bezdrożach tuż przy skraju lasu, bo wyraźnie słyszałem trzask łamanych gałęzi. Nie mogłem pojąć jak przez niemal 30 minut można zataczać kółka na przestrzeni kilkuset metrów!!! I co to za przyjemność dla niespełna 3 – letniego malca?! Bo, że ojciec był kretynem, co do tego nie miałem wątpliwości.

W ogóle quadomania, to osobliwa rozrywka, nowa klasa średnia najchętniej buszuje na tych maszynach właśnie po lasach, po puszczach, po rezerwatach, a kto wie może i po parkach narodowych. Wiadomo przecież, że mężczyźni nasi, to prawdziwi nadwrażliwcy, przyobleczeni w skórę nosorożców tylko dla niepoznaki. Nieobojętni na uroki natury, pięknej polskiej przyrody. Któż by nie chciał podziwiać budzącego się do życia wiosennego lasu, smukłych, sięgających nieba sosen, podmokłego lasu, żeremi bobrowych. A quad im tylko umożliwia obcowanie z prawdziwym pięknem. Gdyby nie quad, leśne licho, by ich nie przygnało do żadnego rezerwatu, no bo niby i jak? Pieszo? Na rowerze? Wszak to rozrywka dla frajerów!

Całe szczęście, jak się okazało nie tylko głośny, ale i smrodliwy quad odjechał. Las w okolicach Skrybicz jest pozostałością dawnej Puszczy Błudowskiej, nie jest zanadto rozległy, ale wiele razy zdarzyło mi się w nim widzieć sarny, lisy, zające, kuny, ktoś gdzieś kiedyś na jego skraju widział łosia. Wyobrażam sobie, jaki popłoch wśród tych prawowitych mieszkańców lasu musi wywoływać wtargnięcie takiego bezmyślnego osobnika na quadzie. Gdybyż to jeszcze był zwykły przejazd przez las, wymuszony jakąś koniecznością, ale nie to było idiotyczne jeżdżenie w kółko, wytwarzające hałas, który zmarłych mógłby pobudzić ze snu wiecznego!

Ta quadomania, odzwierciedla też ogólniejszą prawdę o niemałej chyba części naszego społeczeństwa. Obrazuje ona chama. Chama, dla którego ważny jest tylko on sam, tylko jego potrzeby i zachcianki, chama, który nie zauważa innych, i się z nimi nie liczy. Chama, który nie ma wyobraźni, albo z niej nie korzysta, nie dostrzega innego wokół siebie, a właściwie nie tylko innego, ale i niczego. Że komuś przeszkadzam? Że niepokoję zwierzynę? Że zanieczyszczam las? Mam do tego prawo, to korzystam. Czy jest to zabronione? Jest to też odzwierciedlenie zwykłych codziennych relacji międzyludzkich w innych sferach życia – brak uważności wobec innych i otaczającego świata, brak empatii i życzliwości.

Litewskie obrazki, w drodze do Miednik, maj 2009

Szosa Wilno – Miedniki Królewskie, Vilnius – Medininkai, do przejścia granicznego z Białorusią, a dalej Medininkai – Mińsk. Gdzieś w połowie drogi skręcamy w lewo, żwirówką, na której wzbijamy duszące tumany kurzu, odbijamy w stronę sosnowego lasku, kilkadziesiąt metrów od asfaltówki. W czasie krótkiego postoju w lusterku dostrzegam babuleńkę wysiadającą z samochodu, który przystanął na chwilę na szosie. Przygarbiona, w chustce na głowie, wolno i z trudem zmierza w naszą stronę. Po kilku minutach podchodzi do otwartego okna samochodu i pyta czy nie moglibyśmy jej podwieźć do sklepu widocznego w wiosce na horyzoncie. Wioska z daleka wygląda jak te, które jeszcze u schyłku ZSRR pod koniec lat 80-tych, będąc malcem odwiedziłem w sowieckiej wówczas Białorusi. Nijak nie jest to nam po drodze, ale wieziemy babcię do sklepu. Niebieski, parterowy, murowany budynek. Babcia wysiada z samochodu, chce nam kupić lody, od których się wymawiamy, ale czekamy na nią, bo jedziemy do Miednik, a ona mieszka niedaleko Miednik, więc teraz będzie nam wszystkim po drodze.

Krzysiek kracze, że babcia i tak kupi nam lody, i wykrakał, z chlebem pod pachą i czterema lodami w przezroczystej foliowej torebce kuśtyka nasza babuleńka, z szerokim uśmiechem rozświetlającym pooraną bruzdami twarz. Wymawiamy się dalej, bez skutku, babcia nie ma dzieci i nie ma wnuków, nie ma komu dać tych lodów, więc poddajemy się i przyjmujemy podarek. W drodze do Miednik babcia opowiada nam niemal całe swoje życie. Mówi w języku białoruskim, ale zupełnie innym niż ten, który tak często zdarza mi się słyszeć w okolicach Białegostoku. Momentami brzmi, jak język polski, zwłaszcza akcent, niektóre słowa są takie same, niektóre jakby wzięte z języka rosyjskiego, ale nie ma chyba tej rosyjskiej melodyki i rytmu, pod tym względem bliżej mu raczej do polskiego. Chwilami jego twardość przywodzi na myśl ukraiński, ale to też nie to, to nie ten rodzaj twardości. Tak czy owak brzmi pięknie i ciekawie. W końcu nie wytrzymuję i pytam co to za ładny język, którym włada nasza babcia, a ona mi odpowiada na to:

- Mówią, że białoruski.

Kobieta troszkę się żali, w pewnym momencie wybucha płaczem. Ojciec zmarł w roku 1959, jedną siostrę pochowali, gdy miała 6 lat, druga zmarła nieco później, babcią nie ma kto się opiekować, ale w czasie naszej niedługiej przecież rozmowy uśmiech często pojawia się na jej dobrej twarzy. To jest właśnie to dobro, ta życzliwość, szczerość i bezinteresowność, której doświadczyłem będąc jeszcze 12 – letnim chłopcem, odwiedzającym rodzinę na Białorusi. I jakie to może za znaczenie, że babcia jest Białorusinką, a wszystkie moje babcie i prababcie, które znałem, a o których tyle słyszałem, uparcie podkreślały, że były Polkami, i to jeszcze szlacheckiego pochodzenia. To wszystko są jakieś przesłony, zupełnie nic nie znaczące powłoki, skoro babcia, która obdarza nas takim zaufaniem, i te moje, które są już gdzieś w niebie, stanowią ten sam typ człowieka, ten sam typ osoby.

W kotlince rozświetlonej popołudniowym słońcem dostrzegamy dwuspadowe dachy drewnianych domków, zieleń bez deszczu jest sucha, nie ma w niej wiosennej witalności i bujności; nasza babcia żegna się z nami, odchodząc pozostawia nam kilka zapadających w pamięć życzliwych słów, z którymi nie rozstaniemy się chyba nigdy.

Jedziemy dalej do Miednik…

CDN

Przenikanie

Co do tego, że światy się przenikają nie mam najmniejszych wątpliwości. Paląca się w jednym z okien nowego bloku – szumnie nazwanego apartamentowcem – lampka przywołuje obrazy, niemal jak wspomnienia – których przecież mieć nie mogę – XIX – wiecznej kamienicy z błyskającą w ciemnym oknie lampą naftową, kamienicy, która tu pewnie stała, a której przestrzeń wchłonął ten nowy budynek, wchłonął z całą jej atmosferą, zapachami i głosami dawnych mieszkańców.

Zupełnie nowe bloki, nieudane lofty przylepione do starych XIX – wiecznych fabryk z czerwonej cegły, które cudem się uchowały; figlarne kocie łby gwałtownie przechodzące w szary, nudny polbruk; kamienica z początku XX wieku, otynkowana na szaro po raz ostatni jeszcze pewnie w PRLu, biało kwitnące jabłonie pamiętające dwudziestolecie międzywojenne, dawny dom modlitwy mieszczący galerię, drewniany dom w getcie, w którym mieszkał Samuel Pisar, ulica jeszcze 65 lat temu przedzielona zasiekami, wzdłuż której przechadzali się uzbrojeni po zęby, budzący grozę strażnicy z gotowymi w każdej chwili do ataku owczarkami, i znajoma mamy, która wiele lat po wojnie opowiadała, jak wracając z tajnych kompletów na tej właśnie ulicy niemal na oczach niemieckich żołnierzy wypadły jej książki, i o tym, jak z okien małego, przytulnego domku widziała getto.

Światy się przenikają, to więcej niż pewne. Nie wiem tylko czy obecni mieszkańcy, nowych bloków wiedzą cokolwiek o świecie, istniejącym w tym samym miejscu, lecz w innym czasie. O czynszowych kamienicach, włókienniczych fabrykach, o przymusowych robotnikach, czy raczej niewolnikach, dla których fabryki te stały się okrutnie złudną nadzieją na ocalenie.

Przecinam ulicę, którą już po wojnie codziennie do pracy chodziła babcia i żal mi jej, żal mi jej zniszczonego idyllicznego świata, pozostawionego na zielonej, pagórkowatej Litwie. Nigdy się nie skarżyła, nigdy nie miała do nikogo o nic pretensji, bo przecież miała dwójkę zupełnie małych dzieci i męża, który zaginął na wojnie, a po którym śladu nie można odnaleźć do dziś. Żal mi śmiertelnie zlęknionej mamy czekającej w złej, ciemnej i chłodnej bramie na babcię mającą za chwilę wyjść z pracy po drugiej zmianie.

Tyle nieszczęść skumulowanych na tak małym skrawku, aż się wierzyć nie chce, że w tym samym miejscu w świetle zachodzącego słońca, różowiejącego i pomarańczowego nieba budzą się do życia nieśmiałymi zielonawymi listkami brzozy i białymi kwiatami jabłonie, grusze, nielicznie już niestety przypominające o mieście – wielkim ogrodzie. Mieście błotnistych, wyboistych ulic, brzydkich fabryk z dymiącymi kominami i tonących w bujnej i soczystej zieleni ogrodów drewnianych domków. Tylko dzięki nim ci biedni mieszkańcy mogli się odciąć od brzydoty fabryk i pulsującego w rytm maszyn parowych miasta.

Ulica Włókiennicza, Częstochowska, Czysta, dawne żeńskie gimnazjum dla żydowskich dziewcząt, owocowe drzewa, drewniana czynszowa kamienica (tak, drewniana kamienica, bo ze względu na wielkość trudno ją nazwać po prostu drewnianym domem) z szarymi jeszcze, nieuporządkowanymi grządkami od wschodniej strony, drewniane domki o dwuspadowych dachach, kocie łby, tajemnicza brama i jeszcze bardziej tajemnicza klatka schodowa z masywnymi drewnianymi drzwiami i starą, wyślizganą mozaiką. Tak właśnie zawsze sobie wyobrażałem Drohobycz Schulza.

Jeszcze kilka dni i eksploduje tu prawdziwa wiosna.

Podzamczysk i Aulakowszczyzna. Szlakiem litewskiego pogranicza. Zdjęcia

Dwa pierwsze zdjęcia poniżej przedstawiają grodzisko w okolicach Podzamczyska, usypane najprawdopodobniej w XII wieku przez Litwinów na pograniczu litewsko – mazowieckim, wszystkie pozostałe natomiast są wariacją na temat grodziska w Aulakowszczyźnie – prawdopodobnie także litewskiego, z tego samego okresu. Ale na pograniczu, jak to na pograniczu, pewności chyba nigdy mieć nie można, bo być może owe usypiska były dziełem Jaćwingów, a może Słowian? Jaki los spotkał ich mieszkańców nie wiadomo, choć jak wspominał nasz przewodnik (o którym mowa w poprzednim poście) wykopywane przez niego i przez innych mieszkańców Aulakowszczyzny zwęglone bale wskazywałyby na to, że nieszczęśnicy ci zostali zaatakowani przez… No właśnie, przez kogo? A to już zależy od tego kto je zamieszkiwał. Jeśli Litwini bądź Jaćwingowie, to możliwe, że agresorami byli Krzyżacy z nieodległego przecież zamku w Ełku, a może Mazowszanie? Jeśli zamieszkiwali je Słowianie to atakującymi mogli być Bałtowie, tj. Litwini lub Jaćwingowie. A kto wie może nawet sami Wikingowie. Wykopaliska przeprowadzone w 2007 r. na grodzisku z IX – XI wieku w Trzciance (odległej około 15 – 20 km na wschód od Aulakowszczyzny) dowodzą, że napadającymi mogli być właśnie przybysze ze Skandynawii. O Trzciance wspomnę w jednym z następnych postów, bo to także wielce interesujące miejsce. Tak czy owak ta archeologiczna niepewność pozostawia pole do popisu dla wyobraźni, ale z drugiej strony tak korci, by wiedzieć na pewno!

Aulakowszczyzna. Szlakiem pogranicza litewskiego

Wreszcie kilka dni wolnych, które można wykorzystać do eksploracji tak do niedawna zaniedbanej północnej części skrawka Białostocczyzny. Dotychczas dużo bardziej pociągało mnie południe – Mielnik, Serpelice, Biała Podlaska, Grabarka, Janów Podlaski, Kostomłoty. Sam do końca nie potrafię wyjaśnić skąd się wzięło to świeże zamiłowanie do północy, może z odmiennego krajobrazu – dużo bardziej nieprzewidywalnego niż ten na południu, dużo bardziej swawolnego, radosnego, pofalowanego z miejscami, które śmiało mogłyby konkurować z pogórzem. Morenowe wzgórza figlarnie wzbijające się i opadające, z niespodziewanie wyrastającymi na ich szczytach lub w kotlinkach sosnowymi zagajnikami, porozrzucane na koloniach drewniane domki o dwuspadowych dachach w otoczeniu sadów, które lada dzień wybuchną całym urokiem wiosny.

A właściwie już wiem, właśnie sobie przypomniałem skąd się wzięła ta północ. Wystarczyły ledwie dwa zdania z nowo wydanego przewodnika po Puszczy Knyszyńskiej, wspominające o grodzisku usypanym przez Litwinów w bodaj XII wieku na pograniczu litewsko – mazowieckim, to jest na obecnym północnym skraju puszczy. Tyle razy tamtędy przejeżdżałem i nie byłem go w stanie dostrzec. Dopiero niedawno, bez najmniejszych problemów wśród falujących pól otoczonych lasem na horyzoncie od strony północnej i południowej odkryliśmy sztucznie usypane wzgórze, tak odmienne od rozsianych wokół naturalnych pagórków morenowych. Między Niemczynem a Podzamczyskiem, od południa widnieją dachy Zamczyska i niepokojący z lekka granat puszczy. Od strony zachodniej wzgórze się nieco osypało, stok jest częściow zaorany, od strony wschodniej pole już nie tak ordynarnie wdziera się na stok, ale do grodziska nie można podejść z żadnej strony, bo z każdej otoczone jest zaoranym polem. Na jego płaskim szczycie wyrosło kilka sosen i dzika grusza. Wokół hula tylko wiatr i ani żywej duszy. Nie ma nawet kogo zapytać o straszące tu duchy, o wyorywane z ziemi skorupy naczyń ceramicznych, glinanych, gorty strzał, pordzewiałe miecze.

Z Podzamczyska jedziemy do Aulakowszczyzny. Nazwa trudna do wymówienia i w swym trzonie zupełnie nie słowiańska, nie biorąc pod uwagę przyrostka “owszczyzna”. O ile dobrze pamiętam Piotr Aulak – osocznik lub myśliwiec otrzymał tę wieś jako nadanie za wierną służbę królowi w bodaj 1601 roku. Ale nie był tu pierwszym osadnikiem. Tajemnicze grodzisko tuż za wsią powstało już w XII wieku, a kto wie może i wcześniej. Zupełnie niewidoczne z asfaltowej drogi do Korycina. Pytamy we wsi starszą kobietę zamiatającą ulicę przed domem o stare grodzisko. Uśmiechnięta, życzliwa odpowiada nam, że sama o nim wie niewiele, ale jej syn może nam co nieco o zamku opowiedzieć. Ona nie jest stąd, jej teściowa też nie była stąd, ale coś o zamku wiedziała. Syn do nas nie wyjdzie, ale starsza pani po krótkiej z nim rozmowie, kiedy to rzuciła miotłę i poszła do drewnianego domku, by po chwili wrócić, wskaże nam dokładnie drogę. Zapyta jeszcze przyglądającego się nam obojętnie sąsiada czy nie wie czegoś o zamku, bo kiedyś coś tam o nim czytał w jakiejś książce. Ten odeśle nas do gminy w sprawie książki o zamku, a tymczasem wskaże żółty znak tuż za wsią, za nim wzgórze, na którym pole orze traktorem jakiś człowiek, mogący podobno opowiedzieć nam coś o grodzisku. Życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt, dojeżdżamy do znaku informującego o zakręcie, zatrzymujemy samochód, na wierzchołku wzgórza przystaje traktor, w którego kabinie widnieje niewyraźna męska sylwetka. Uzbrojeni w aparaty wspinamy się pod górę. Podchodzimy do traktorzysty, który przygląda nam się z zaciekawieniem. Pytamy o grodzisko. Z początku nieco podejrzliwie około 40-letni mężczyzna zeskakując z maszyny pyta nas czy jesteśmy od konserwatora zabytków. Naszym zapewnieniom, że nie nie daje wiary, ale chętnie zaczyna snuć opowieść o zamku i prowadzi nas do niego.

- Tu przed wami, tam w dole, gdzie rosną te wierzby, to jest grodzisko.

Jego kontury przez stulecia znacznie się zatarły, ale można dostrzec sztucznie usypane niewysokie wzniesienie.

- Tam kiedyś ludzie wybierali glinę i jak kopali, to wykopywali poczerniałe, spalone drągi. Połowa grodziska jest moja, a połowa wójta.

Stajemy na szczycie wzniesienia, od strony południowej przylegającego do stoku wysokiego wzgórza, na którym pole ma nasz przewodnik. Nie bardzo potrafię zrozumieć dlaczego grodzisko nie zostało wzniesione na samym szczycie. A może to było podgrodzie? Choć z tego, co mówi gospodarz wynika, że podgrodzie musiało być jeszcze niżej, tam gdzie jest łąka, na której orząc odkrywał kolejne spalone bale.

Ze wzgórza roztacza się przepiekny widok na radosne pagórki z budzącą się do życią roślinnością – sosnowe zagajniki, wierzby rosnące tuż przy rzece – Kumiałce, drewniane przytulne zabudowania wioski.

- Dziadek mówił, że tu straszy w nocy.

- A pan widział ducha?

- Ja nie, ale nigdy w nocy tu nie przychodziłem – śmieje się – A może dziadek nie chciał po prostu, by wnuki same tu chodziły.

W międzyczasie na szczycie wzgórza pojawia się drugi traktor.

- To ojciec przyjechał, zobaczył, że mój traktor stoi i zaniepokoił się.

Zrobiwszy mnóstwo zdjęć, wdrapujemy się na szczyt wzgórza. Witamy się z przybyłem tatą naszego przewodnika, który to jeszcze raz upewniwszy się czy, aby na pewno nie jesteśmy z jakiegoś urzędu, nabrał do nas zaufania.

Przez kilkanaście minut rozmawiamy jeszcze z mężczyznami o możliwości wykorzystania tak drogocennego skarbu na własnym polu, trochę o historii samego grodziska, a później już tylko słuchamy o rosyjskim generale, który zginął we wsi w 1944 r., którego ciało ekshumowano w latach 50-tych i wywieziono do ZSRR, o cmentarzysku cholerycznym na polu po drugiej stronie drogi do Korycina, o katiuszach, który stały we wsi i w 1944 r. ostrzeliwały Kamionkę, w której okopali się Niemcy, o pradziadku, który opowiadał albo nawet brał udział w powstaniu listopadowym(choć chyba raczej powinno to być powstanie styczniowe).

Rozmowa z synem i ojcem to prawdziwa przyjemność, są istną skarbnicą wiedzy. Prości, dobrzy ludzie, o łagodnych uśmiechach i spokojnych spojrzeniach.

Czas nas jednak nagli (sobota przed Wielką Nocą), tu także życzymy sobie wzajemnie wesołych świąt i wyruszamy w dalszą podróż…

CDN…

Zdjęcia z wyprawy opublikuję w wolnej chwili.

« Starsze wpisy