Z dala od centrum

Łatwiej zmienić ustrój niż ludzką mentalność. Nie umiemy ze sobą współdziałać. Nie ufamy sobie. Mamy najniższy w Europie kapitał zaufania społecznego. Musimy państwo odebrać partiom. Kilka myśli z kilku przeczytanych w ostatnich tygodniach artykułów. Artykułów pisanych z pozycji centrum, centrum, które zapewnia przecież jeszcze jakieś nisze i względną różnorodność. A cóż począć, jeśli żyć komuś przyszło z dala od centrum? Wszystkie absurdy, wszystkie nonsensy, śmieszności wydają się tu być podniesione do co najmniej drugiej potęgi. Ale w gruncie rzeczy reguły gry są chyba tu i tam podobne, różnią je co najwyżej proporcje.

Z dala od centrum jedną z najprzydatniejszych umiejętności jest bez wątpienia umiejętność tak zwanego ustawienia się. Nie zdolności, nie wiedza, nie kwalifikacje, ale właśnie umiejętność robienia dobrego wrażenia lub podkładania się, uśmiechania się i kłaniania komu trzeba, wypowiadania sądów, które w danych okolicznościach są oczekiwane. Grunt to mówić okrągłymi, gładkimi zdaniami, kręcić, kłamać, aby tylko tak “wiarygodnie”, by być przekonującym. Ważnym jest też to, by znać “właściwe osoby”, zawsze dobrze jest się pod kogoś podpiąć, najlepiej pod wpływowego posła, jakiegoś miejscowego wszechwładnego barona – przy czym barwy polityczne nie mają tutaj żadnego znaczenia. Umiejętność podkładania się jest cnotą cenioną przez całe lokalne spektrum polityczne. Słowem trzeba być czyimś człowiekiem.

Nie jest dobrze widziane własne zdanie, a już Broń Boże niezależność myślenia. Przede wszystkim sztuka mimikry, grunt to mówić i myśleć tak, jak tego oczekują patroni.

Administracja lokalna to domena tylko i wyłącznie trzęsących regionem posłów i powiązanych z nimi biznesmenów. By trafić na przykład na listę partyjną w samorządowych wyborach wystarczy w zasadzie być kolegą bądź koleżanką z klasy posła jednego czy drugiego, reszta jest mało istotna, bo przecież lokalna demokracja, to nie merytokracja!

Ale sfera polityki, lokalnej administracji nie wyczerpuje całej złożoności obszarów oddalonych od centrum. Sfera społeczna obejmująca życie zawodowe, artystyczne, naukowe także nie jest wolna od wszechpotężnych i wszechstronnych książąt. A sprawa na dodatek komplikuje się jeszcze bardziej, jeśli te obszary oddalone od centrum są różnorodne narodowościowo czy wyznaniowo. I tu także tak zwane kwestie merytoryczne schodzą na dalszy plan, tu się jeszcze dodatkowo podłącza klucz etniczny bądź religijny.

A już czego by się nie dotknąć, czego by nie ruszyć, wszędzie obowiązuje podręczny i przydatny w każdej chwili konformizm. Ten jest zawsze ceniony bez względu na miejsce i okoliczności.

Niedawno pewna osoba, której większa część życia przypadła na czasy PRL-u zapytała mnie czym się właściwie nasza współczesność różni od tego, co ona przeżyła przed rokiem 1989? Klimatu tamtych nikczemnych czasów mam znakomitą okazję doświadczać właśnie teraz. W pracy – nawet jeśli jest to instytucja powołana do niesienia pomocy innym – nikt nie jest zainteresowany wspódziałaniem, kooperacją, za to budowaniem własnej pozycji jak najbardziej, najlepiej kosztem innych, wedle starej dobrej zasady “kto kogo”. Tu także nie jest mile widziana niezależność myślenia, a już nie daj Boże dobre przygotowanie merytoryczne. Co to, to nie, to już jest poważne zagrożenie, nie wypada burzyć przecież ciepełka, w którym każdego dnia można wznosić wspaniałą fasadę, pięknie wyglądającą z zewnątrz, a ukrywającą raczej szpetną kamienicę z nadkruszonej, przybrudzonej czerwonej cegły.

A co najgorsza – nie widać żadnej nadziei na zmianę.

Czy warto być Polakiem?

Wreszcie udaje mi się znaleźć wolną chwilę, by nadrobić zaległości w czytaniu. Sięgam po numer “Pressji” wydawanych przez Klub Jagielloński, a w nim artkuł uroczej uśmiechającej się ze zdjęcia Polki z wyboru – Wandy Wyporskiej – doktorantki w Hertford College w Oksfordzie (wówczas doktorantki, bo teka trzecia “Pressji” była wydana na przełomie 2002/2003). Z czarno – białej fotografii uśmiecha się szczerze ciemnoskóra i czarnowłosa wnuczka polskiego lotnika, który po drugiej wojnie pozostał na Wyspach. A tata z Barbadosu pozostawił ją i mamę, gdy miała 2 lata. Autorka artykułu “Rostbef, pierogi i latająca ryba” opisuje swoją drogę do polskości, dojrzewanie do świadomego bycia Polką, Polką zakorzenioną w kulturze, w literaturze, w języku, ale wspomina też o polskości istniejącej we krwi. Polskości trudnej, wbrew nawet wrogim gestom i słowom: “Mimo, że wspomniałam tutaj tylko o dodatnich stronach polskości, o tym co mnie do Polski przyciąga, oczywiście doświadczyłam tu również chwil bardzo przykrych. Przykładowo zdarzyło mi się raz, że postraszono mnie nożem, a dwukrotnie spotkała mnie słowna obraza, co jednak w ogólnym bilansie pozwala sądzić, iż w sumie miałam szczęście.”

Momentalnie przypominam sobie jedną z wypowiedzi Grzegorza Wasowskiego z wywiadu opublikowanego kilka miesięcy temu w “Rzeczpospolitej”, w której z goryczą stwierdza, że nie odczuwa żadnej więzi z obecnym narodem, a jedynie z tym sprzed wojny, z XIX wieku, z narodem historycznym bardziej niż tym współcześnie realnym.

A do tego jeszcze to przykre wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy to znajoma zwróciłą się do mnie z prośbą bym oprowadził po miejscach związanych z kulturą żydowską w Białymstoku grupę młodzieży z Izraea i z jednego z białostockih liceów. Żaden ze mnie przewodnik, ale historię miasta, z którym wiąże mnie jedynie fakt urodzenia i stałego zamieszkania, znam. W ubiegłym roku udało nam się wejść na podwórko i klatkę schodową pewnej starej kamienicy przy dawnej synagodze – obecnie Galerii Ślendzińskich. Zależało mi na tym, by młodzież z Izraela mogła poczuć klimat Białegostoku, gdy ten w 70 % był miastem żydowskim. Tym razem nie udało się, dwóch stojących przy bramie wygolonych na łyso dwudziestokilkuletnich osiłków zastąpiło nam drogę twierdząc, że to teren prywatny; słowem dali nam do zrozumienia, że mamy się stąd wsynosić. Gdy odchodziliśmy, nerwowo się uśmiechali, pełni tryumfu, napięcia, jakby gotowi do bójki. W ubiegłym roku musiałem głupio się tłumaczyć z gwiazdy Dawida na szubienicy nabazgranej na ścianie jednego z bloków obok miejsca, w którym jeszcze po wojnie stał drewniany dom – miejsce urodzenia Ludwika Zamenhofa.

Czy takie incydenty to właśnie Polska? Co mają wspólnego z polskością? Czy to margines? Wierzę, że jednak tak.

Ale czym jest w takim wypadku polskość właściwa? Z czego mogę być dziś dumny, co stanowi o mojej polskości? Czy rzeczywiście możemy się tylko odwoływać do odległej historii? Do XIX – wiecznej literatury? Do dwudziestolecia? Do Schulza, Tuwima? Miłosza? Szubera? Rylskiego? Libery? Stasiuka?

Czy polskość można odnależć jedynie w kulturze wysokiej? A co z kulturą codzienną? Gdzie się podziała kultura polityczna, prawna? Skąd to zniechęcenie ludzi młodych, apatia mojego pokolenia trzydziestolatków, rozczarowanych polityką, polskimi elitami, cała strukturą życia społecznego?

Moja przyjaciółka Białorusinka, napisała mi kiedyś, że na Białorusi nie ma wielu rzeczy, które my mamy tu w Polsce. Zazdroszczę jej tej tęsknoty do tego, co mamy tu, bo sam już nie potrafię się tym cieszyć. Nie wiem nawet czym miałbym się radować? Wolność podróżowania? To przecież minimum. Swoboda posiadania i głoszenia poglądów politycznych? Tak, jak najbardziej, jeśli można się opowiedzieć po stronie którejś z mainstreamowych grup. Teraz w Polsce jest się albo “prymitywnym pisiorem” albo “gładkim platformersem”. Jedni są pryncypialni, trochę bardziej toporni, mało sympatyczni, a drudzy okągle i gładko podbijają świat, wydają się bardziej sympatyczni, ale w gruncie rzeczy to tylko pozory, jedni warci drugich. Co mi za różnica czy państwo sprywatyzują przekonani o swojej słuszności pisowcy czy fajni platformersi? I jedni i drudzy polityką zajmują się dla korzyści – to stwierdzenie tak oczywiste i analne, że nawet piszę je z zażenowaniem. Teraz akurat padło na Zbycha, Mira i Grzecha, ale takich rozmów, takich afer można byłoby pewnie wykryć więcej. Koleżanka, która pracuje w urzędzie maista, już się niepokoi, bo chodzą słuchy, że Platofrma może nie wygrać wyborów samorządowych. Cóż to jednak ma za znaczenie – całe zastępy przebierają nogami do intratnych posad i stanowisk.

Gdzie nie zacząć kopać, wszędzie trafi się na brud. W każdej szafie czai się kościotrup.

Iście XIX – wieczny kapitalizm, szczęśliwie udało mi się porzucić korporację, która piar opanowała do perfekcji, a czas kryzysu wykorzystała do zwolnienia z pracy około 1000 osób w skali kraju. Zwalniano także takie osoby, jak Pani Ania, która przepracowała w firmie około 40 lat, na kilka miesięcy przed wejściem w okres ochronny, kiedy to pracownika nie można zwolnić przed emeryturą. Wzorowy pracownik, całe życie zawodowe bez upomnienia, nagany, dokładna, sumienna, uczicwa, koleżeńska, nie pasowała do obecnej rzeczywistości – drapieżnej, nastawionej na dobre wrażenie, fasadowość, umiejętność manipulacji, niedoinformowywania, niedopowiadania.

Rywalizacja bez żadnych granic, intryga, skarga, pomówienie, niechęć do dzielenia się wiedzą i umiejętnościami, każdy instrument jest dobry, by budować swoją pozycję w firmie, urzędzie, czy jakiejkolwiek instytucji.

Zjawisko podczepiania się pod kogoś bądź pod jakąś grupę, by przeć do przodu. Konformizm, taki jaki musiał istnieć w czasach realnego socjalizmu, ktory znam w zasadzie z filmów i opowieści ludzi, którzy te ponure czasy pamiętają.

Ślizganie się po powierzchni rzeczy, niestosowność refleksji, zatrzymania się na chwilę, aby tylko pozwolić unieść się fali.

Naprawdę nie wiem czym dziś miałaby być polskość i gdzie jej szukać?

Krajowcy 2009

Krajowcy, o których tak chętnie rozpisywał się Miłosz, i o których można przeczytać w esejach Tomasza Venclovy wydawali mi się zawsze sympatycznym i wyjątkowo ciekawym środowiskiem, choć nielicznym, grupą marzycieli, Don Kichotów oderwanych nieco od rzeczywistości. Nie mieli poparcia ani w masach, ani w eilicie, bo te w przedwojennym Wilnie miałyby być w większości raczej nastawione nacjonalistycznie, a i same mniejszości podchodziły do nich nieufnie. Litwini, których w Wilnie było wówczas niewielu, pewnie nie więcej niż 2 – 3 %, a przede wszystkim Litwini z Litwy tzw. Kowieńskiej stawiali na państwo niezależne, samodzielne, a nie jakieś mgliste koncepcje federacyjne czy odrodzeniowe odnośnie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Piłsudskiemu marzyła się federacja Litwy, Białorusi i Ukrainy z Polską, wszystkie te kraje miałyby w niej być równorzędnymi podmiotami, ale jego marzenia spełzły na niczym. Nie warto wspominać o sprzeciwie endeków, bo ten był oczywistym, ale ilu tak naprawdę zwolenników podobnej idei znalazłoby się w samym obozie tzw. piłsudczyków? Jak wpływ na poparcie społeczne wobec Piłsudskiego miałaoby konsekwentne forsowanie jego marzeń? Nie warto o tym dywagować, bo i tak pokój ryski z 1921 r. przekrełśił możliwość tworzenia takiej federacji. Krajowcy w tej nowej rzeczywistości rozważali jakąś autonomię dla dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, część z nich poczuła się bardziej Litwinami niż Polakami, inni dostrzegali lokalny koloryt, a lokalną tożsamość postrzegali jako dużo bardziej wartościową od tej z ziem dawnej Korony.

Czy dziś krajowcy znaleźliby kontynuatorów swoich idei? Czy ma sens mówienie współcześnie o krajowcach? Kim mieliby być?

Gdyby tacy się znaleźli to z pewnością musieliby uszanować prawo Litwinów do posiadania własnego państwa z pełnoprawną stolicą w Wilnie, nie powinni roić żadnych marzeń o federacji, co innego o sojuszu, jakby go nie nazywać czy strategicznym czy jakimkolwiek innym. Podobnie rzecz się ma z Białorusinami czy Ukraińcami.

Współcześni krajowcy dostrzegaliby wartość i piękno kultury, krajobrazu oraz tego, co dobre i nowe, a co wyrosło na gruzach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie wyobrażam sobie by mogli nie uczyć się języków swoich sąsiadów, którzy niejednokrotnie świetnie znają ich rodzinny język. Poza tym czy można zachwycać się historią i kulturą Litwy czy Białorusi i nie próbować nawet poznać melodii tych pięknych języków?

A może dziś nie warto już zabawiać się w takie sentymentalne stowarzyszenia, środowiska, grupy? Jesteśmy odrebnymi narodami, tworzymy odrębne państwa, realizujące twardo swoje cele i interesy? A przeszłość, jakieś historyczne czy kulturowe więzy to tylko mgliste mrzonki, które na chwilę obecną nie stanowią żadnej wartości? Podążamy swoimi drogami i na własną rękę? A jeśli się sobą interesujemy to tylko powierzchownie, w celach ekonomicznych lub turystycznych. W zależności od kursu waluty przyjeżdżamy do siebie wzajemnie na zakupy, zatrzymujemy w uzdrowiskach, kurortach, zachwycamy architekturą, ale już niekoniecznie tym, co się u nas dzieje współcześnie, albo tym co się między nami działo w historii? Nie znamy naszych kultur, naszych obecnych problemów, bo te nas zwyczajnie nie interesują.

Kim więc by byli dziś krajowcy? Jak by zmieniły się ich idee? Czy w ogóle warto kontynuować ich myśl?

Litewskie obrazki – Zułów, Powiewiórka, Niemenczyn

Z urokliwego Kiernowa – o którym innym razem – pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się wąskimi asfaltowymi drogami w stronę Niemenczyna. Przed Mejszagołą krajobraz jest nieznacznie pofałdowany, z rzadka mijamy lasy, za Majszagołą pojawiają się jeziora, gęstsza zabudowa, domy mieszkalne i letniskowe, o ciekawej drewnianej w większości architekturze, wspaniale wkomponowane w tutejszy krajobraz, tak jakby z niego naturalnie wyrastały. Do Niemenczyna wjeżdżamy, gdy ten zalany jest słońcem. Podjeżdżamy pod biały zabytkowy kościół, na parkingu stoi kilka samochodów na litewskich numerach, ale osoby przy nich stojące rozmawiają po polsku. Kilka babć pieszo zmierza na mszę, nikt ich nie podwozi, może nie ma kto, bo to już południowo – wschodni skrawek Litwy, kto wie czy nie najbiedniejszy? Młodzi wyjechali pewnie do Wilna albo jeszcze dalej w świat. Przy drzwiach wejściowych do świątyni wmurowana tablica z zatartymi, trudnymi do doczytania nazwiskami żołnierzy poległych w walkach z bolszewikami w 1920 r. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację wnętrza, jest już po 16, a przed nami jeszcze kawałek drogi do Zułowa, a na 20.00 chcemy być z powrotem w Wilnie. A tu jeszcze warto rzucić okiem na pięknie szeroko płynącą Wilię, wtuloną z dwóch stron w tunel soczyście zielonego lasu. Po drodze mijamy polski dom kultury z szyldami w dwóch językach, chłopczyk z tornistrem na plecach przygląda nam się z zainteresowaniem siedząc na murku przy wejściu do budynku. Pod dom kultury zajeżdża samochód, z którego wysiada młoda mama z dwiema córeczkami – rozmawiają po polsku; mama prowadzi swoje pociechy na jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na moście miniemy jeszcze dwóch około 20 – letnich chłopaków z dredami, i ruszamy dalej do Zułowa. Ale zanim do Zułowa, zatrzymamy się jeszcze w Powiewiórce, po litewsku zwanej – Pavoverė. Tu oglądamy kościół z drugiej połowy XVIII wieku, ze starą z zatartymi napisami tablicą informującą o tym, że jest to zabytek chroniony prawem. Chroniony prawem, ale nie ludzką ręką, wydaje się być mocno zaniedbany, miejscowej społeczności polskiej nie stać na jego odnowę najwyraźniej, a Litwini nie są tym zainteresowani – w końcu był tu chrzczony Józef Piłsudski, zdrajca Litwy i Litwinów i sprawy litewskiej. Dziwna to sprawa, w tej części Europy – nie potrafimy szanować wzajemnie swoich pamięci, swoich wrażliwości, zwłaszcza tych historycznych. Wileńszczyzna to bez wątpienia integralna część Litwy, do której w Polsce nikt rozsądny, pozostający przy zdrowych zmysłach rościć pretensji terytorialnych nie może, nie warto się więc chyba boczyć na Piłsudskiego, że kazał się zbuntować Żeligowskiemu i w zamierzchłym już przecież dwudziestoleciu przyłączyć ją do Polski i mścić na zabytkach. Litwinów jednak z drugiej strony rozumieć też trzeba, ale nie usprawiedliwiać w każdym przypadku.

Marcin chyba najbardziej z naszej trójki przeżywa wizytę w Powiewiórce, zmusza nas do filozoficznej zadumy nad tym, co musiała czuć matka przynosząca do chrztu niemowlę, które miało później wyrosnąć na jednego z największych ludzi w historii Polski. W moim domu, w rodzinie ze strony Mamy, wywodzącej się z Wileńszczyzny panował prawdziwy kult Piłsudskiego, ale dzięki Bogu nie fanatyczny.

Z Powiewiórki jedziemy już do Zułowa – po litewsku Zalavas. Przedzieramy się samochodem zupełnie nieterenowym przez remontowaną i niemiłosiernie rozkopaną w związku z tym drogę, światła, dziury, wyboje, żwir, odpryskujące kamienie, jadące z ogromną prędkością nie zważające na ograniczenia prędkości – całe szczęście nieliczne – TIRy. Wreszcie tablica Zalavas, krajobraz wokół jakbym już gdzieś kiedyś widział, jest zupełnie płasko, wioska położona na dużej polanie, a wokół sosnowe lasy. Trochę mi to miejsce przypomina oddalone około 30 km na wschód od Białegostoku okolice Załuk i Radunina. Jesteśmy ponad 300 km od Białegostoku, a mam wrażenie jakbyśmy wyjechali po pracy na wycieczkę gdzieś w okolice Gródka, i że zaraz będziemy wracać nie do Wilna, ale właśnie do Białegostoku.

Ale jak tu znaleźć miejsce, w którym stał dwór – miejsce narodzin Piłsudskiego; przy domach ani żywej duszy, z asfaltowej drogi zjeżdżamy w piaszczystą, w stronę zabudowań ciągnących się w stronę lasu. Wreszcie pojawiają się ludzie – dwóch chłopców bawiących się przy drodze w piasku i prawdopodobnie ich mama. Zatrzymujemy się i pytamy – po polsku mając pewność, że mieszkają tu Polacy – o miejsce, w którym stał dwór Piłsudskiego. Kobieta śpiewną polszczyzną każe nam zawrócić, wyjechać na asfaltową drogą i skręcić w lewo, w brukowaną drogę w lesie. Tak też zrobimy, ale zanim znajdziemy fundamenty dworu, jeszcze trochę pobłądzimy, będziemy jeszcze raz pytać starsze małżeństwo pracujące w ogrodzie przy drewnianym starym domku, gdzie jest to słynne miejsce. Aż w końcu ci nam wytłumaczą tak, że trafimy doń bez problemu.

Z daleka widzimy już dąb posadzony przez Ignacego Mościckiego i bodaj jedną z córek Piłsudskiego, ale wokół rosną chaszcze, chwasty, rozciągają się nieużytki. Widać też, że na fundamentach dworu w czasach ZSRR próbowano stawiać jakieś gospodarcze budynki. Tuż obok urządzono wówczas gnojówkę. W piwnicach – już nie wiadomo czy dworu czy budynków pokołchozowych leżą stare ubrania, plastikowe miski i inne śmieci. Nieopodal stoi stary budynek, wyglądający na czworak, duży drewniany zamieszkały przez kilka albo nawet kilkanaście rodzin. W czasie, gdy oglądamy, to co pozostało po dworze, w naszą stronę zmierza od strony lasu terenowy samochód z kogutem na dachu. Jedzie wolno, jest barwy brązowej, na pewno nie jest to litewska policja, ale prawdopodobnie straż graniczna. Gdy z daleka dostrzegają nasze aparaty i samochód na polskich numerach, nawracają i odjeżdżają. Możliwe, że to przypadek, ale podobno litewskie władze nieprzychylnym okiem spoglądają na turystów z Polski w tym miejscu. Co innego Wilno, Kowno, Połąga tu proszę bardzo, jak najbardziej, ale nie tu, na tym odludziu już nie ma co oglądać. Nie dowiemy się jakie były intencje owych strażników.

W międzyczasie w naszą stronę biegną umorusane, biednie ubrane dwie może 8 – letnie dziewczynki. Najstarsza z nich trzyma w rękach ogromną bordową księgę pamiątkową. Jej mama została poproszona przez przedstawicieli związku Polaków na Litwie o odbieranie od gości podpisów w owej księdze. Więc my także się wpisujemy, dzień przed nami wpisała się jakaś grupa z Bydgoszczy. Z przepastnych kieszeni wydobywamy garść litów i przekazujemy je dziewczynce prosząc ją by podzieliła się z pozostałymi koleżankami, i by wszystkie razem oddały je swoim mamom. Dzieciaki odbiegają w stronę domu wniebowzięte, z radości zapominają o daniu nam folderów o Zułowie. Pal licho foldery! Po kilku chwilach wraca jedna z dziewczynek ze swoją młodszą siostrą. Tacy z nas znakomici pedagodzy i psycholodzy, że próbujemy z dzieciakami rozmawiać o szkole, o stopniach, o nieodległych wakacjach, ale dziewczynki choć odpowiadają grzecznie, to jednak widzimy, że to nie w tym celu, by z nami porozmawiać tutaj przybiegły. Być może ta dziewczynka, której daliśmy pieniądze nie podzieliła się ze swoją towarzyszką. Głupio więc pytam czy może chcą jeszcze pieniędzy. Ale z opresji przytomnie ratuje nas Marcin, który przypomina, że w samochodzie mamy jeszcze cukierki przywiezione z Polski. Na dźwięk słowa “cukierki” w oczach dziewczynek pojawiają się błyski szczęscia! Niewiele tych cukierków zostało, ale dzieciaki są wniebowzięte.

A wokół obraz nędzy i rozpaczy, pod lasem straszą pozostałości kołchozowej obory, przy dawnym czworaku, na wydeptanym skrawku ziemi w kółko kręci się czarny misiek przywiązany do łańcucha, by nam się lepiej przyjrzeć wskakuje na dach budy, ale nawet szczeknąć mu się nie chce. Nastrój jak w polskiej popegieerowskiej wsi, tylko nędza chyba dużo większa. Żal nam tych małych dziewczynek, oby im się udało stąd wyrwać, oby się sytuacja tutaj zmieniła. Może to płonna nadzieja, ale jeśli sytuacja ekonomiczna Litwy będzie się stale polepszać, jeśli Litwa wyjdzie obronna ręką z tego kryzysu, to może i tutejsi Polacy coś na tym zyskają. Bez pomocy z Polski jednak się nie obejdzie. I nie są rozwiązaniem jedynie paczki świąteczne ze słodyczami i ubraniami wysyłane co roku, nie są rozwiązaniem zakupowane podręczniki, wakacje i ferie zimowe w Polsce, choć to też jest bardzo ważne. Może warto byłoby zainwestować tutaj w rolnictwo, w agroturystykę, w edukację z prawdziwego zdarzenia, trochę poprowadzić tych ludzi za rękę? Sami na pewno nie dadzą sobie rady. Wydaje się, że w znacznej części ci najbardziej zaradni wyjechali do Polski, lub dużo wcześniej zostali wywiezieni na Syberię, elita została wymordowana przez Niemców i Sowietów, a jej niedobitki przeniosły się po wojnie do Polski – spora cześć tworzyła Uniwersytet w Toruniu, część Akademię Medyczną w Białymstoku.

Mój pierwszy kontakt z Polakami na Litwie był zasmucający – jeszcze w ubiegłym roku w sierpniu, gdy pytałem w Wilnie o drogę do Rostynian zniszczonych alkoholem ludzi – jedynych, jakich mi się udało wówczas późnym wieczorem znaleźć – okazało się, że rozmawiali po polsku. Mężczyzna i kobieta, którzy mogli mieć nie więcej niż 40 lat, a wyglądali na 50 lub więcej, nieśli zakupione na stacji benzynowej piersiówki z alkoholem, a nad nimi unosiły się opary nieprzetrawionej jeszcze wódki. Szedł z nimi kilkuletni chłopczyk. Byli mili, kulturalni i niezłą polszczyzną bezbłędnie wytłumaczyli nam, jak mamy jechać dalej.

Litwini postrzegają tamtejszych Polaków, jako społeczność biedną, niezaradną, słabo wykształconą, co jednak dużo bardziej zasmucające – Polacy z ich ojczyzny odnoszą się częstokroć do swoich rodaków, jak do uboższych krewnych, z pewną pogardą, zażenowaniem, niechęcią. Polak ze wschodniej Polski, to taki Polak gorszego sortu, a cóż dopiero mówić o tych mieszkających na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. To jeszcze pośledniejszy gatunek bliźniego. W czasach, w których w tym ponurym kraju, nie potrafiącym się uczyć na własnych błędach, nie potrafiącym wyciągać wniosków z własnej historii, bo jej zwyczajnie nie znającym, w kraju, który jak to ujął mój pewien znajomy z Białorusi “odpoczywa” – tryumfy święci darwinizm społeczny – jeśli są biedni, to są sami sobie winni, należy ich zostawić samym sobie, nie łożyć na darmozjadów i nierobów, słabość jest zawsze stanem zawinionym, i zasługuje tylko na pogardę. Ale może jednak mimo tego najniższego w Europie kapitału zaufania społecznego, mimo fatalnych relacji międzyludzkich w samej Polsce uda się podjąć akcję na rzecz Polaków na wschodzie, która nie będzie tylko pomocą doraźną, ale trwalszą, edukacyjną, inwestycyjną, która w przyszłości przełoży się na kapitał nie tylko materialny i to zarówno tam, jak i tu. Oby.

4 czerwca. Moje świętowanie wolności, skrajnie subiektywne

Czerwiec 1989 roku kojarzy mi się przede wszystkim z pierwszym w życiu wakacyjnym pobytem na polach Grunwaldu, owszem miałem wówczas nikłą świadomość dziejącego się na moich oczach przełomu, jednak jak przez mgłę przypominam sobie obrazki okrągłego stołu z telewizji, samego dnia wyborów nie pamiętam natomiast wcale, miałem wówczas ledwie 13 lat. Choć to akurat chyba kiepskie usprawiedliwienie, bo dużo lepiej pamiętam atmosferę jaka panowała w domu, gdy wprowadzono stan wojenny – pytałem wówczas tatę słuchającego Radia Wolna Europa czy to już rozpoczęła się wojna? Dużo lepiej pamiętam także dzień, kiedy do Białegostoku przewieziono ciało zamordowanego księdza Jerzego Popiełuszki. Mama przybiegła do domu z pracy niemal ze łzami w oczach, podenerwowana, poruszona, niespokojna i smutna. Wyrwała się z pracy pod pretekstem załatwienia jakiejś służbowej sprawy, by w tłumie białostocczan stojących wzdłuż ulicy Skłodowskiej żegnać księdza, a kondukt tworzyły niezliczone samochody białostockich taksówkarzy trąbiących klaksonami i obwieszczających w ten sposób całemu miastu o wielkiej krzywdzie, jaka się stała. Z perspektywy czasu mamy skłonność idealizowania dzieciństwa, to rzecz naturalna. I pewnie tylko dziś mi się wydaje, że nawet będąc 8 latkiem odczułem całym sobą, każdym swoim nerwem tę atmosferę jedności, prawdziwej solidarności, wielkiego święta. Wedle wyobrażeń dziecka dobrzy mieszkańcy miasta, a więc zdecydowana większość, żegnali wielkiego bohatera, jakby sławnego, walecznego rycerza. Tak wówczas odbierałem świat, wszystko przekładając na historię.

Co z tamtych dni do dziś pozostało? Nie jestem w stanie pojąć, jak społeczeństwo, które jeszcze tak względnie niedawno potrafiło się pięknie zjednoczyć, rozmieniło się na drobne, dało się – czy chciało się – tak łatwo unieważnić? Już lata 90-te, kiedy uczyłem się w liceum dawały mi sporo do myślenia. Te zażarte podziały, kłótnie w klasie na tle wyborów, kiedy to postkomuniści powrócili do władzy; wulgarne napisy na murach dotyczące Solidarności i radość kolegów – pochodzących z inteligenckich przecież rodzin – je czytających, fascynacja miejscowej elity Jerzym Urbanem i jego pismem “Nie”, ośmieszanie wszystkiego, co było związane z kościołem katolickim, i nieustanne piętnowanie polskiej historii, chęć dostrzegania w niej tylko tego, co złe i irytujące nieustanne samobiczowanie. A do tego wszechogarniający cynizm ludzi młodych, ledwie licealistów, umiejętność mimikry, udawania promowane już na poziomie liceum. Świat tak rzeczywiście i namacalnie wrogi, jak w popularnych wówczas “Psach” Pasikowskiego.

A dziś? Po dwudziestu latach? Kiedy wydawałoby się, że jest to wystarczający czas, by wszystko wreszcie się utarło, poukładało, uładziło? Jak dziś wygląda Polska oglądana z prowincji?

W swoich opiniach nie roszczę sobie bynajmniej prawa do obiektywizmu, świat postrzegam przez pryzmat własnych doświadczeń i doświadczeń bliższych oraz dalszych znajomych, a czasem nawet nieznajomych, z którymi zdarzyło mi się prowadzić rozmowy. Jest to świat polskiej prowincji, choć miasta przecież niemałego, bo niemal 300-tysięcznego, miasta nachalnie promującego się jako otwarte, wielokulturowe i nowoczesne. Miasta tak upolitycznionego i upartyjnionego, w którym, by cokolwiek osiągnąć trzeba Kogoś znać, najlepiej kogoś ze świata polityki – to rzecz jasna – czy to posła Putrę, Jurgiela, Tyszkiewicza, senatora Cimoszewicza, czy to innych tuzów, barwy polityczne nie grają większej roli. Ideały nie liczą się od dawna. Czy jest się powolnym młodym aktywistą PiS, czy obrotowym, gładkim, elokwentnym i sympatycznym aktywistą PO, czy takimż działaczem SLD, o ideały trudzić się należy, jest to wręcz niewskazane, no chyba, że na potrzeby mediów, ale przecież nie na serio.

Świat, w którym wciąż nagradza się umiejętność tak zwanego ustawienia się. A żeby się ustawić należy opanować gładką sztukę konformizmu. Świat lubi być oszukiwany, ale jeszcze bardziej lubi mieć wrażenie, że wszyscy wokół są mu powolni. Tak naprawdę nie ważne jest to, co się potrafi, to, w co się wierzy, jak się świat postrzega i jak to się przekłada na funkcjonowanie w nim, ale raczej to jak bardzo jest się uległym wobec kogo uległym być trzeba. Spryt, cwaniactwo i cynizm, uważane są za zaradność i inteligencję. Umiejętność udawania zawsze winna być na podorędziu. Świat, w którym ci, którzy nie chcą albo nie potrafią uczestniczyć w takiej grze, mogą liczyć na pracę jedynie w sprzedaży. Choć z drugiej strony, gdy przeglądam ogłoszenia dotyczące pracy w innych miastach Polski, w tym także tych największych odnoszę wrażenie, że nasza ogólnokrajowa rzeczywistość opiera się na sprzedaży.

Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że młode pokolenie dwudziestoparolatków będzie lepsze niż moje, nie mówiąc o tych pokoleniach ukształtowanych w latach PRLu, ale nadzieję okazały się płonne. Młodzi sympatyczni ludzie już wydają się nawet nie wiedzieć czym są ideały. Znakomicie wchodzą w rzeczywistość sprzedaży, gdy wymagają tego okoliczności bez skrupułów wprowadzą w błąd, nie doinformują, nie dopowiedzą, aby tylko sprzedać. Uczyniłem sobie w tym miejscu wycieczkę na swoje zawodowe podwórko, dość obszerne, dające sposobność do nieśmiałego, ale jednak uogólnienia, podwórze sporej korporacji, która powinna być z definicji instytucją zaufania publicznego, a jest dużo bardziej straganem. Ucieczka z niej jest tylko możliwa do drugiej podobnej albo jeszcze gorszej. Innych dróg wyjścia zwyczajnie nie ma. Ci, którzy umknąć tej rzeczywistości próbowali wymykali się z przysłowiowego deszczu prosto pod rynnę.

Świat, w którym, jakakolwiek próba przeciwstawienia się jest kwitowana pobłażliwym uśmiechem z głęboko filozoficznym komentarzem typu: “tak już jest”, “świata nie zmienisz”, “taka jest natura ludzka”.

Czy mam jakikolwiek powód, by świętować 20-lecie odzyskania wolności? W ostatnim numerze białoruskiego “Czasopisu” Jerzy Sulżyk pisze o tym, że 4 czerwca nie jest dla niego dniem szczególnym, nie jest świętem odzyskania wolności, bo nawet w czasach komunizmu czuł się wolnym człowiekiem, polityka go nie dotykała, nie dał się zniewolić reżimowi, więc wolności nie odzyskiwał, bo nigdy jej nie utracił. I chwała mu za to, tyle tylko, że bardziej przypomina to jakąś formę eskapizmu niż bytowanie w sferze wolności. Dziś funkcjonując w świecie zakłamania, nieustającej sprzedaży i konsumpcji, w świecie fikcji i pozorów, antywartości, ideowej pustki, w świecie kiczowatych dekoracji, trudno mi odetchnąć pełną piersią. I może trochę zazdroszczę panu Sulżykowi tej umiejętności odcięcia się od tego wszystkiego, co wokół niezależnie od czasów i okoliczności.

Wolność słowa, Kataryna i kampania wyborcza na prowincji

Natknąłem się w w ubiegłym tygodniu na pewien felieton w “Tygodniku Powszechnym”, którego autor piętnował Katarynę za to, że swoje krytyczne uwagi zawierała na blogu pod pseudonimem. Któregoś dnia w przelocie trafiłem też w TV na dyskusję poświęconą ujawnieniu tożsamości podobno jednej z najsłynniejszych polskich blogerek, w czasie której Igor Janke pytał dziennikarza “Dziennika” jakiej społecznej wartości, miała służyć owa demaskcja.

I prawdę powiedziawszy dziwi mnie ta krucjata o odpowiedzialność za słowo w kraju, który ma być państwem w pełni praworządnym i demokratycznym.

Przyznaję, że tekstów Kataryny czytać mi się nigdy nie zdarzyło, ale tu rzecz nie idzie tylko o Katarynę. Otóż nasi obrońcy uczciwości, odpowiedzialności i rzetelności w życiu publicznym, jak jeden mąż uznali, że osoba pisząca pod pseudonimem, może sobie pozwolić na komfort – jak to ujął felietonista “Tygodnika Powszechnego” – walenia przeciwnika na odlew, a później skwitowania tego słowem – żartowałem. Owszem prawdą jest, że Internet i związana z nim anonimowość dają szerokie pole do wszelkich nadużyć, pomówień, oszczerstw, półprawd, kłamstw, szkalowania i jeszcze gorszych brudów. Ale dlaczego z góry zakładać, że każda osoba pisząca pod pseudonimem jest niewiarygodna i nie bierze odpowiedzialności za słowo? Czy można tak wszystkich blogerów piszących pod pseudonimami wrzucić do jednego worka? Czy tu już nie ma miejsce na niuansowanie?

Owi obrońcy przejrzystości, czy jak ktoś woli transparentności w życiu publicznym zakładają, że Polska jest krajem o ugruntowanej demokracji, nie tylko formalnej, ale tej rzeczywistej, którą przesycone są struktury i instytucje państwowe, a demokratami z natury jest zdecydowana większość obywateli; krajem, w którym za piętnowanie wszelkich nadużyć, naruszeń prawa, nietycznych zachowań ze strony przedstawicieli władzy czy powiedzmy szerzej establishmentu, negatywnych konsekwencji nikt nie ponosi i ponosić nie może, jeśli tylko jego zachowanie służy interesowi publicznemu. I być może taka Polska ma prawo się jawić felietonistom, dziennikarzom z Warszawy, Krakowa, Poznania czy Wrocławia. Ale czy tak też jest na polskiej prowincji? Próbuję sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby powiedzmy w Białymstoku ktoś sobie pozwolił na atak z otwartą przyłbicą na jakiegoś ważnego posła lub innego oficjela? Załóżmy zupełnie hipotetycznie, że byłby to atak na obecnego wiceprezydenta Białegostoku – Tadeusza Arłukowicza, popieranego w spotach wyborczych przez panią minister Barbarę Kudrycką, prezydenta Białegostoku – Tadeusza Truskolaskiego i całą pewnie białostocką Platformę Obywatelską. Jaki los spotkałby takiego śmiałka w mieście, w którym wszystko jest najmocniej jak tylko się da upolitycznione i upartyjnione?

Przecież to co się wokół owego kandydata w czasie tej kampanii dzieje woła o pomstę do nieba. Mając ledwie przekroczone 30 lat niewiele pamiętam z czasów PRLu, ale ten front jedności miejsko – regionalnej wokół pana Arłukowicza musi chyba w jakiejś części przypominać totalizm tamtych czasów. Nie ma wydania programu informacyjnego w lokalnej TV, w którym by się nie pojawił pan Arłukowicz. A to otwiera kampanię wyborczą, a to dziś ją zamyka, a wszystkie te materiały prezentują jego działalność oczywiście jako wiceprezydenta. Przyznać trzeba też to, że ten sam lokalny program kilka dni temu “odważył się” postawić śmiałe pytanie czy wiceprezydent nie nadużywa swojego stanowiska do prowadzenia kampanii wyborczej, by dziś znowu go pokazać i ogłosić wszem i wobec, że zakończył swoją kampanię wyborczą. Oczywiście te koncesjonowana odwaga wcale nie sprawia wrażenia zasłony dymnej i zapewne nie jest wykalkulowanym “argumentem” udowodniającym, że media lokalne są wolne i niezależne. A to, że to “odważne” pytanie niknie gdzieś w zalewie innych materiałów, w których nasz kandydat przewija się a to w towarzystwie pani dyrektor białostockiej Galerii Arsenał – członkini komitetu wyborczego pana Arłukowicza, a to Tomasza Frankowskiego – znanego piłkarza Jagielloni, a kiedyś także gracza reprezentacji kraju, a to jeszcze przewodniczącego samorządu studenckiego, to już rzecz drugo czy nawet trzeciorzędna. Pewne kalkulacje zakradły się nawet do naprawdę arcyciekawego czasopisma polskich Białorusinów “Czasopis”. W jednym z numerów, sprzed dwóch tygodni, na okładce widnieje zdjęcie Tadeusza Arłukowicza, a wewnątrz zamieszczony jest obszerny wywiad, w którym kandydat na europosła puszcza oko do mniejszości białoruskiej, przekonując ją, że jest otwarty na jej postulaty, potrzeby i podkreślający jak to powinniśmy być dumni z naszej wielokulturowości.

I teraz wyobraźmy sobie, że ktoś ma ochotę napisać krytyczny tekst o Tadeuszu Arłukowiczu, a następnie starać się o pracę powiedzmy w Urzędzie Wojewódzkim, z wojewodą z PO, w Urzędzie Miejskim, w którym władzę sprawuje PO, w lokalnej TV, którą oglądając można odnieść wrażenie, że pan Arłukowicz jest jedynym kandydatem z całego niemal regionu, zorganizować wystawę w Galerii Arsenał. Czy miałby szanse? Być może tak, ale tylko pod warunkiem, że badania opinii publicznej wykazałyby, że taki gest może się w jakiś sposób opłacić. Bo przecież kandydat, który potrafi wspaniałomyślnie “wybaczać” swoim oponentom, odnosić się do nich po rycersku, może być dobrze postrzegany. Lecz czy to się rzeczywiście dziś opłaca?

O rewolucji?

Jeden z moich ulubionych publicystów, dziennikarz “Obywatela” – Krzysztof Wołodźko w pierwszej części – jak się okazało niedoszłego już cyklu “System 09″ wypowiedział słowa, które wciąż nie dają mi spokoju, choć jeszcze kilka lat temu skwitowałbym je pewnie pobłażliwym uśmiechem. W kontekście oceny polskiej rzeczywistości, współczesności, dwudziestolecia quasi-niepodległości Wołodźko napomknął o rewolucji, o możliwości rewolucji, postawił retoryczne pytanie “dlaczego nie rewolucja”. Nie potrzeba żadnych wyjaśnień, by wiedzieć, że nie miał na myśli rewolucji podobnej do rewolucji francuskiej czy październikowej. Nikt poważny o takich rewolucjach dziś mówić i myśleć nie może. I rzecz nie tylko w zmianie systemu politycznego, społecznego, ekonomicznego. Ta rewolucja miałaby sięgać dużo głębiej. Świat zastany, jest zupełnie nie do przyjęcia, i pewnie tak jest zawsze, w każdej epoce, ale jeśli świat ma się zmieniać, ewoluować, to zmiany nie mogą mieć tylko i wyłącznie charakteru cywilizacyjnego, technicznego, naukowego. Postęp w tych dziedzinach, któremu nie towarzyszy zmiana człowieka na lepsze, jest nie do przyjęcia, nie do zniesienia.

Cyniczne elity, wszechobecna popkulturowa, masowa papka, natężenie wzajemnej pogardy, obojętności, brak jakichkolwiek głębszych i prawdziwych więzi, młodzi i starsi, których łączy przekonanie, że cel uświęca środki, i przeważnie cel z dobrem wspólnym nie mający nic wspólnego. Młodzi przyszli prawnicy, studenci, którzy w swej większości uważają, że mogą sięgać do nieetycznych działań, by wygrywać.

Młodzi ludzie, w ilości swej już zupełnie totalitarni, potrafiący narzucać swoją wolę i przekonania nielicznym, w których głębi tli się jeszcze ledwie dostrzegalny sprzeciw.

Psychologia traktowana jak instrukcja obsługi drugiego człowieka, bez konieczności jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego, moralnego, funkcjonująca jak instrument manipulacji zachowaniami, myślami, emocjami spotykanych ludzi. I gdzież tu miejsce na Spotkanie z drugim człowiekiem? Spotkanie z drugim jako gra, grą pozorów, nie angażujemy się, ale ma być między nami gładko i przyjemnie, nie ranimy się, ale też siebie w najmniejszym stopniu nie interesujemy. Jesteśmy poprawni, eleganccy, uprzejmi i do bólu obojętni, ani na krztynę siebie nie obchodzimy. W mgiełce uśmiechów, podręcznych gestów, słów, zachowań nie spotykamy się w żaden sposób.

Uczciwość jest tak wyświechtana i żałosna, że może tylko irytować lub doprowadzać do wściekłości. Podstęp i zdrada zaprzęgnięte do walki o zbożne cele. Kwitowanie wszelkiej podłości, nikczemności zdawkowym stwierdzeniem “tak już jest”, “taki jest świat”. Pobłażliwe uśmiechy jako reakcja na przejawy nawet umiarkowanego sprzeciwu wobec rzekomego “pogodzenia z losem”.

Całkowicie spsiały język, którego nie sposób słuchać na ulicach, rojący się od “kurew”, “ch…”, “p….”. Wygolone głowy gimnazjalistów, licealistów, nawet studentów; kobiety i młode dziewczyny nie mające w sobie nic z kobiecości i dziewczęcości. Któż by to zjawisko dziś nazywał jeszcze tak jak pod koniec lat 90-tych Krzysztof Piesiewicz “wstydem przed wstydem”. Wówczas wedle Piesiewicza dziewczęta miały się krępować swego wstydu i przykrywały go wulgarnością, agresją, chcąc udowodnić, że są równe facetom. Dziś ta cała wulgarna ordynarność wydaje się być ich naturalną potrzebą do tego stopnia, że zaskakuje wielu z najbrutalniejszych mężczyzn, a może nawet ich onieśmiela i w zestawieniu z agresją i wulgarnością ich rówieśniczek czyni z nich tę stronę słabszą, skuloną i wystraszoną.

Młodzi ludzie zapatrzeni w teledyski serwowane przez MTV, VIVĘ i inne stacje, ociekające złotem, wypasionymi furami, pełne samców obłapiających uprzedmiotowione kobiety, które znakomicie odnajdują się w przydzielonych im rolach.

Rzeczywistość, w której cynizm wyziera z każdej strony, z każdego środowiska, i w której jest normą, tłumaczoną ludzką naturą, ułomną przecież i niedoskonałą. Świat duszny i ciasny, obywający się bez wrażliwości, z wyjątkiem tej prywatnej, tylko na własne potrzeby. Wrażliwość społeczna pojawiająca się tam i wtedy, kiedy się opłaca. Konieczność zaistnienia, ułożenia się, promowania, pokazywania się, by móc to kiedyś wykorzystać, a nuż ktoś w mojej sprawie podpisze list wstawiający się za mną, gdy będę w tarapatach? Czy mogę być nikczemnikiem, podlecem? Ja który/która mam na swoim koncie książki/artykuły/członkostwo w zarządach organizacji pożytku publicznego? Ja który jestem duchownym? Ja, który/która tak bezinteresownie pomagam?

Sam nie wiem, jak miałaby ewentualna rewolucja wyglądać, ale jedno jest pewne, tak żyć na dłuższą metę się nie da.

Na pograniczu

Prawosławie, katolicyzm, islam, nie są na Wschodzie w żaden sposób wyznacznikami przynależności do określonej grupy narodowościowej. O tym, że można być Białorusinem wyznania katolickiego dowiedziałem się ledwie na studiach. A że można być prawosławnym Polakiem wiedziałem odkąd tylko zacząłem się stykać i świadomie rozmawiać z kolegami i koleżankami wyznania prawosławnego, którzy nigdy i nijak nie określiliby siebie, jako Białorusinów. Tatarzy wyznający nader liberalną wersję islamu – w zależności od upodobań – definiują się jako Polacy lub Białorusini, język tatarski czy język kipczacki jest już dla nich zupełnie odległą przeszłością.

Z Białorusinami historia jest znacznie bardziej skomplikowana. Spośród moich znajomych tylko 3 osoby odważnie i otwarcie przyznały się do swojej białoruskości. Jedna spośród nich jednak nigdy nie chciała wchodzić głębiej w kwestie narodowościowe, kulturowe czy historyczne. I mimo naszej bliskiej znajomości nigdy nie udało nam się przeprowadzić rozmowy o istocie bycia Białorusinem/Białorusinką. Tylko jedna, jedyna koleżanka, otwarcie przyznająca się do swojej białoruskości, aktywnie działająca także w Bractwie Młodzieży Prawosławnej, z lubością czytająca poezję księdza Twardowskiego i encykliki Jana Pawła II, równie otwarcie potrafiła debatować o relacjach polsko – białoruskich, o czasach komunizmu, które znaliśmy w zasadzie z opowieści rodziców, dziadków i książek, o działaniach AK na Podlasiu, o relacjach między katolikami i prawosławnymi. Szalenie interesująca osoba, szkoda, że wyjechała z Polski tuż po studiach i dotąd nie wróciła, widocznie nie znalazła tu sobie miejsca.

Zdarzały mi się też spotkania z osobami, które swoją białoruskość “ujawniały” w sposób zawoalowany. W tych przypadkach tym bardziej było trudno o przeprowadzenie jakiejkolwiek szczerej rozmowy o wzajemnych relacjach między różnymi grupami narodowościowymi czy wyznaniowymi zamieszkującym wschodnią Polskę. Tu zderzałem się ze ścianą nieufności, co prawda nie podejrzliwości, nie niechęci, ale wyraźnie czułem, że nie jestem “swój”, nie jestem tą osobą, z którą można czy powinno się otwarcie rozmawiać na tematy tak drażliwe na Wschodzie jak narodowość, religia, język czy historia.

Tymczasem w obecnie mam przyjemność pracować z pewną młodą osobą, która otwarcie nie zadeklarowała białoruskości – pewnie dlatego, że nie było takiej potrzeby, a i stosownych ku temu okoliczności. Pewne jednak wypowiedzi, rozmowy jednoznacznie wskazują, że identyfikuje się z tą grupą narodowościową, jej kulturą, historią i językiem. W wolnych chwilach pozwalamy sobie na rozmowy nie związane z pracą. Właśnie kilka dni temu opowiadała mi o tym, jak to będąc jeszcze młodszą i dużo bardziej naiwną zawsze powtarzała, że czuje się Polką, że utożsamia się z państwem polskim, że jest dumna z faktu zamieszkiwania w tym kraju, że składała wielokrotnie napuszone deklaracje, iż nigdy go nie opuści, a rzeczywistość negatywnie zweryfikowała jej zapatrywania. W swojej diagnozie współczesnej polskiej rzeczywistości nie różniliśmy się w niczym. Zastanawialiśmy się razem czy istnieje jakiś kraj w Europie, a ściślej w Unii Europejskiej, który można byłoby uznać za miejsce mniej przyjazne do życia niż właśnie Polska. Nie znaleźliśmy takiego. Pewnie w naszej ocenie byliśmy zbyt surowi, skrajnie nieobiektywni, może zanadto emocjonalni. Ale może właśnie dlatego, że wiązaliśmy z tym krajem i nadal wiążemy ogromne nadzieje, choć jeśli chodzi o mnie, to ja chyba coraz mniejsze.

Odkryliśmy wspólną wrażliwość w patrzeniu na sprawy społeczne i polityczne, wspólne punkty odniesienia i jednakowy ogląd rzeczywistości.

Jakże bolesna była kilka chwil później konieczność wysłuchania rozmowy dwóch dwudziestokilkuletnich dziewczyn, niegłupich, bystrych, ze stopniami magistrów produkowanych dziś na skalę masową, o swoich facetach, z której wynikało, że “narzeczony” jednej z nich każde zdanie kończy słowem “kurwa”, co zresztą z lubością relacjonująca cytowała. Pojawiła się też historia z gór, gdzie w kolejce do wyciągu o mały włos nie doszło do bójki z inicjatywy owego “narzeczonego” i jego brata. I to paskudne słownictwo okraszające relację, nawet mimo tego, że były to ledwie cytaty. Od razu przypomniał mi się artykuł pewnego profesora przeczytany kiedyś w “Obywatelu” o swoich studentach, spośród których wielu ze względu na swoją mentalność i słownictwo nie różniło się niczym od najgorszego żula. Ale to przecież rzeczywistość nie tylko polska…

Ksiądz Staś a System 09

Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmury słońcem, przez 2 godziny będzie jeszcze widno, chwytam aparat, wbijam się w samochód i jadę przed siebie, bez konkretnego celu, być może do Pasynek koło Zabłudowa, być może do Kudrycz, Skrybicz, aby na południe, bo to wydaje się najbardziej słoneczne.

Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.

I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.

W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.

Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie – nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.

Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.

- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.

- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?

- Miałem ledwie 13 lat.

- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…

- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…

- Zdrowaś Mario…

Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański?  Staram się by głoś brzmiał pewnie.

- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?

- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.

- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?

Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.

Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał – o ile sobie dobrze przypominam – skręcić kark spadając bodaj z łóżka.

Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec – kapelan Solidarności.

Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?

Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych – i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.

Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 – 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.

A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo – “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?

Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?

System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

dscn0029

dscn00271

Białoruskie ślady w Wilnie, czyli wileńskich impresji ciąg dalszy

Wilno, obok Pragi i Warszawy jest jednym z tych miast, które – jako miejsce osiedlenia – chętnie wybierają działacze białoruskiej opozycji zmuszeni przez reżim Aleksandra Łukaszenki do opuszczenia swojej ojczyzny. Ale Wilno różni się też tym od Warszawy czy Pragi, że wielu Białorusinów mieszka tu już od pokoleń, stanowiąc integralną część społecznej i narodowościowej tkanki miasta, obok Litwinów, Polaków, Rosjan, Tatarów, czy nielicznych Karaimów.

W pamięci utkwił mi obraz z jednej z wileńskich knajpek, w której obok nas siedziały dwie śliczne, dwudziestokilkuletnie dziewczyny dyskutujące ze sobą w języku białoruskim o sytuacji społeczno – politycznej na Białorusi, które w momencie, gdy podeszła do nich kelnerka – Litwinka w rozmowie z nią płynnie przeszły na język litewski. Ta płynność, gładkie i swobodne “przepływy” z jednego języka na drugi są jedną z najpiękniejszych cech wyróżniających Wilno.

Rozpoczynając swoje odkrywanie Wilna jeszcze w lipcu tego roku, zupełnie przez przypadek, zmierzając w stronę Kościoła św. Ducha natknęliśmy się na tablicę pamiątkową poświęconą Konstantemu Kalinowskiemu – organizatorowi, jednemu z przywódców i uczestnikowi powstania styczniowego na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Konstanty Kalinowski urodził się w rodzinie białoruskiej szlachty w Mostowlanach niedaleko Gródka. To ledwie 50 kilometrów od Białegostoku i wstyd się przyznać, ale nigdy tam nie dotarłem. Od znajomej Białorusinki pochodzącej z Gródka wiem jednak, że w wiosce jest tablica poświęcona temu polsko – białoruskiemu bohaterowi.

Oczywiście jeszcze przed wyjazdem do Wilna, wiedziałem że Kalinowski działając aktywnie w ruchu konspiracyjnym często bywał w Wilnie. Nie jestem co prawda historykiem, ale wydaje mi się, że to właśnie tu wydawał pismo pod tytułem “Mużyckaja prauda” skierowane do białoruskojęzycznej ludności wsi, w tym także na Białostocczyźnie. Dlatego też ucieszyłem się, gdy na ścianie kamienicy w wąskiej uliczce tuż obok kościoła św Ducha zupełnie nieoczekiwanie natrafiliśmy na dwujęzyczną (w języku litewskim i białoruskim) tablicę pamiątkową poświęconą Konstantemu Kalinowskiemu, który w owej kamienicy pomieszkiwał. To też wskazuje na to, jak ściśle powiązane są losy Białostocczyzny z Wilnem, które było silnym ośrodkiem kulturowym promieniującym na ziemie obecnego Podlasia; stolicą duchową tutejszej inteligencji, elity czy to pochodzenia polskiego, białoruskiego czy żydowskiego.

Przypadek zadecydował też o tym, że trafiłem na kolejny ślad białoruskiej społeczności w Wilnie i poznałem ważnego dla białoruskiej kultury działacza, dramaturga, literata – Franciszka Olechnowicza (Franciszka Alachnowicza, Franciska Alachnovica). Jego grób odkryłem wałęsając się między nagrobkami, z dala od wytyczonych ścieżek na cmentarzu na Rossie. Jego odnalezienie znowuż sprawiło mi swoistą radość. To jest takie charakterystyczne poczucie towarzyszące nam wówczas, gdy szukamy jakiejś informacji tak zupełnie bezinteresownie i po długich poszukiwaniach ją odnajdujemy, gdy coś nas interesuje, jest naszą pasją i nagle, zupełnie niespodziewanie trafiamy na artykuł w gazecie, czasopiśmie, audycję radiową, program telewizyjny, książkę, naocznego świadka jakichś wydarzeń, które to źródła wzbogacają naszą wiedzę. Podobnie było w tym przypadku, tyle, że tym razem źródłem był nagrobek, cmentarz. I właściwie nic w tym dziwnego, bardzo lubię stare cmentarze, m.in. ze względu na to, że są swego rodzaju wspaniałymi “podręcznikami z historii”.

Franciszek Olechnowicz (Franciszek Alachnowicz, Francisak Alachnovic) swoją białoruskość – można powiedzieć – wybrał świadomie. Z początku uważał siebie za Polaka, stopniowe odkrywanie korzeni, dojrzewanie do kultury, historii, języka białoruskiego było procesem długotrwałym. Jego losy były szalenie skomplikowane. W latach dwudziestych XX wieku, gdy władze polskie zaczęły tłumić narodowościowe aspiracje mniejszości zamieszkujących Kresy, Olechnowicz wyjechał do Białoruskiej SRR. Tam podzielił los większości niesowieckich działaczy białoruskiego ruchu narodowego. Na 7 lat trafił na Sołowki. Dzięki wstawiennictwu swoich polskich przyjaciół został wymieniony na więźniów komunistycznych przetrzymywanych w polskich więzieniach. Po powrocie do Polski opisał w książce swoje bolesne doświadczenia z sowieckiej niewoli. Angażował się też dalej w działania na rzecz rozwoju białoruskiej kultury na Wileńszczyźnie, pracował w białoruskich gazetach, wydawanych w Wilnie. Następnie, po wkroczeniu Armii Czerwonej we wrześniu 1939 r. do Wilna, zbiegł do Kowna, słusznie obawiając się zatrzymania. W Kownie schronienia udzielił mu przyjaciel i były pracodawca z jednej z wileńskich gazet – Michał Romer. Po raz drugi Olechnowicz był zmuszony do ukrywania się przed sowietami podczas drugiej okupacji Wilna w latach 1940 – 1941. Swoją działalność w białoruskim ruchu narodowym wznowił w latach okupacji niemieckiej. Musiała to być dramatyczna decyzja. Białoruscy działacze w większości zapewne mieli świadomość instrumentalnego traktowania ich przez administrację niemiecką konsekwentnie realizującą starożytną rzymską zasadą “dziel i rządź”. Koncesje na rzecz Białorusinów, uprzywilejowana pozycja Litwinów miały w oczywisty sposób doprowadzić do konfliktu między zamieszkującymi tamtejsze ziemie narodowościami, i cel ten został osiągnięty. Olechnowicz rozumiał całą złożoność i tragizm sytuacji, ale wiedział też, że jest to jedna z nielicznych okazji, by prowadzić działalność na rzecz rozwijania i ugruntowywania białoruskiej świadomości narodowej. Nie zamierzam oceniać wyboru ówczesnych działaczy białoruskich, sam nie wiem, jak bym się zachował będąc Białorusinem żyjącym w tamtych straszliwych czasach i okolicznościach. Jedno jest pewne – Olechnowicz nie angażował się w działalność polityczną, choć z drugiej strony wówczas działalność nawet na polu kultury można byłoby traktować jako swego rodzaju deklarację polityczną.

Franciszek Olechnowicz zginął śmiercią tragiczną – podzielił los wielu innych niekomunistycznych białoruskich działaczy w Wilnie – został zastrzelony przez sowieckiego agenta we własnym mieszkaniu, niemal na oczach swojej żony.

M.D.

Zainteresowanych szczegółową biografią Franciszka Olechnowicza odsyłam na stronę Białoruskiej Biblioteki Internetowej “Kamunikat”, gdzie dostępny jest artykuł z numeru 9 “Białoruskich Zeszytów Historycznych” pt. “Uzupełnienia do biografii Franciszka Olechnowicza z dziennika M. Romera“.

Tablica pamiątkowa poświęcona Konstantemu Kalinowskiemu na kamienicy, w której pomieszkiwał bywając w Wilnie.

Grób Franciszka Olechnowicza na cmentarzu na Rossie.

« Starsze wpisy