Istnienie prawdziwego radia może dawać prawdziwe chwile szczęścia. Prawdziwego radia, to jest radia, które odróżna się od innych stacji radiowych, które nie gra w kółko, do zdarcia tych samych “hitów”, w którym można usłyszeć interesujące audycje, rozsądne rozmowy, pobudzające wyobraźnię słuchowiska.
Wczoraj zupełnie przez przypadek trafiłem w Trójce na audycję, w której prezentowano muzykę młodego zespołu ze Szczecina – Ms. No One. Wspaniała, zachwycająca, melancholijna, niosąca łagodność i spokój. I choć wokalistka przyznaje się do swoich fascynacji Islandią, to ja w tej muzyce – w jej nastroju, kimacie – odnajduję pewne podobieństwa z twórczością litewskich wokalistek – Ievy Narkute, Jurgi, Aliny Orlovej. Rzecz oczywiście nie w naśladownictwie, czerpaniu wzorców, inspiracji, stylu czy gatunku muzycznym, ale w zbieżności, a może raczej bliskości wrażliwości wszystkich pań, ich ciepłej barwie głosu.
Troszkę mnie bawią wszelkie etykietowania kolejnych młodych generacji wkraczających w świat dojrzałości. Już się nawet pogubiłem i nie jestem pewien czy oprócz pokolenia X, socjolodzy – czy też jak ktoś woli – specjaliści od marketingu stworzyli pokolenia Y, Z, czy to już tylko moje wymysły? Ale choć te szufladkowania są zabawne, czy też mają na celu zwiększenie sprzedaży określonych produktów, sam chętnie zaklasyfikowałbym siebie do Pokolenia Myslovitz. Chyba jeszcze nikt nie stworzył takiej grupy, a jeśli nawet jej istnienie zostało gdzieś zainaugurowane, to i tak nie czuję się wmanipulowany w wielką sprzedaż, bo poza koszulką z logiem zespołu i wszystkimi płytami nigdy nie byłem zainteresowany nabywaniem jakichkolwiek innych gadżetów; no jeszcze musiałbym dodać 3 czy 4 bilety na koncerty.
Wczorajszy występ zespołu w czasie białostockich juwenaliów uświadomił mi jednak, że nie potrafię już tej muzyki odbierać tak żywo, jak to było przed czterema bodaj laty w czasie koncertu akustycznego w filharmonii. Może to za sprawą miejsca – koncert pod gołym niebem z tłoczącym się pod sceną dziesięciotysięcznym tłumem nie daje takich możliwości odbioru jak granie dla kilkuset osób w zamkniętym pomieszczeniu. I choć wczorajszy koncert nie pozwolił zasnąć – jak się dziś dowiedziałem – niemal całemu Białemustokowi (muzyka była słyszalna w najodleglejszych zakątkach miasta), to jednak nie miał w sobie tej siły i energii, jakie zapamiętałem z koncertu w filharmonii. Ten ostatni, któregoś razu zdarzyło mi się określić w pewnej rozmowie – w sposób nieco egzaltowany – przeżyciem prawie mistycznym. Rzeczywiście jednak odczułem go wówczas całym sobą, każdym swoim nerwem, głos wiązł mi w krtani, a opuszczając salę miałem wrażenie, że wychodzę odmieniony i jestem kimś nieco lepszym. Może tak właśnie wygląda katharsis?
Myslovitz, było dla mnie i wciąż jest czymś więcej niż zwykłym zespołem, grającym interesującego rocka. Zawsze obok muzyki, a zaczynali przecież mało ambitnie od powielania – tak na dobra sprawę – brytyjskiego rocka, uwodziła mnie skromność, pokora, łagodność i wyjątkowa mądrość muzyków, których postrzegałem, jako zwykłych ludzi, którzy gdzieś już mi kiedyś mignęli w tłumie na ulicach śląskich miast. Do tej pory jestem pod wrażeniem ich przepoczwarzania się w grupę poszukującą własnego, niepowtarzalnego brzmienia.
Artur Rojek był zawsze prawdziwy w wyśpiewywanych przez siebie prostych i mądrych tekstach. W tej ich prostocie dostrzegałem swego czasu niemal głębię powieści Dostojewskiego, którym się jeszcze do niedawna zachwycałem.
Nic złego nie dostrzegałem też i nadal nie dostrzegam w komercyjnym sukcesie płyty “Miłość w czasach popkultury”, a utwór z niej pochodzący – “Długość dźwięku samotności” mógłby właściwie stać się hymnem tego mojego wyimaginowanego pokolenia Myslovitz. Nie jestem jednak pewien czy ci wszyscy, którzy na każdym koncercie zamiast Rojka odśpiewują cały tekst z frazą “i nawet kiedy będę sam, nie zmienię się, to nie mój świat”, do końca zdają sobie sprawę ze znaczenia tych prostych przecież słów? O jakich wyborach jest w nim mowa i z jakimi wiążą się konsekwencjami?
Z tym pokoleniem Myslovitz jest chyba jednak tak, jak z pokoleniem JP II, funkcjonuje ono raczej w umysłach tych, którzy chcieliby, by ono istniało, niż w świecie rzeczywistym. Bardziej wierzę w jednostki, które nauczanie Jana Pawła II ukształtowało niż w realnie istniejącą liczną grupę zdolną wpływać na bieg życia i świata, ale z drugiej strony “lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Miejmy zatem nadzieję, że ludzi potrafią także zmieniać proste i piękne utwory sympatycznych chłopaków ze Śląska.
Pierwsza rowerowa wyprawa do Supraśla w tym roku. Intensywne słońce, kilkanaście stopni, wiatr smagający twarz przy każdym zjeździe z góry, a każda góra z widokiem na puszczę – na wschodzie, zachodzie i północy, póki co jeszcze tylko na horyzoncie, a przed nią wzgórza, jeszcze nie ożywione pola i łąki. Zwyczajna wyprawa rowerowa, w czasie której przy szaleńczo – kontrolowanym zjeździe z góry i chłoszczącym wietrze można poczuć zespolenie z całym widocznym światem, z otaczającą puszczą, przyjaźnie smagającym wiatrem, uschniętymi ubiegłorocznymi trawami. Moment, w którym można poczuć jedność z całym światem i prawdziwe z tego powodu szczęście.
Krótka rozmowa w sklepie w Ogrodniczkach z mężczyzną o trudnym do określenia wieku, zniszczonym alkoholem, z opuchniętą i czerwoną nie od słońca twarzą, który najmocniej jak tylko potrafi stara się być miły i uprzejmy. I niełatwe zdobywanie góry tuż za wioską. Na jej szczycie przypomina mi się widziana w lipcu ubiegłego roku, odpoczywająca na ławeczce przy rowerze zjawiskowo piękna dziewczyna, ubrana na czarno, o bujnych blond włosach i łagodnych rysach twarzy. Mignęła mi wówczas jak zjawa.
Zima całkowicie puszczy jeszcze nie opuściła. Z zalanych słońcem, rozgrzanych wzgórz wjechałem w strefę chłodu bijącego z głębi starego lasu, po lewej i prawej stronie dorodne sosny i świerki chronią wilgoć, a w przydrożnym rowie uchował się gdzieniegdzie śnieg. Jeszcze tylko kilka minut i Supraśl widoczny za wzgórzem. Drewniane domki z dwuspadowymi dachami, dzwonnica monastyru i odbudowana gotycka cerkiew na dawnym uroczysku, gdzie Jaćwingowie, Rusini lub Litwini, albo wszyscy razem oddawali cześć swoim bóstwom pewnie jeszcze w XV wieku. Po prawej smukłe wieże dawnej kirchy i kościoła katolickiego. Droga przecina dwa cmentarze – dawniej protestancki i wspólny prawosławny i katolicki, dalej wiedzie między stawami, po lewej katakumby mnichów, stara poczta z mansardowym dachem, skręt w lewo naprzeciw kościoła, po lewej i prawej kilka XIX – wiecznych domów tkaczy, snujący się na całej długości ulicy zapach kiszki ziemniaczanej z Baru Jarzębinka i coś na kształt ryneczku. Wyciągam z plecaka najnowszy tomik poezji Szubera “Wypisy z ksiąg wieczystych”. W czasie lektury nie złości mnie ospała mucha, która krążąc nade mną siada mi wreszcie prawie tuż pod brodą i spokojnie siedzi, wystawiając razem ze mną całą siebie do południowego słońca; o 16.50 razem słuchamy koncertu wygrywanego na monastyrskiej dzwonnicy. Taka też przecież może być rola poezji.
Jurga jest kolejną spośród moich ulubionych litewskich wokalistek. Gdybym miał pisać o niej tekst do jakiegoś czasopisma muzycznego, to pewnie jej muzykę bym określił, jako połączenie chillout’u, momentami może house’u, popu i folku. Całe szczęście jednak nie muszę pisać tekstów do czasopism muzycznych, stąd też wolę ją opisać jako połączenie nowoczesnych brzmień z wrażliwością mającą swoje źródło w litewskim krajobrazie – raz urokliwie płaskim, innym razem falującym morenowymi wzgórzami, poprzetykanym błękitniejącymi falami jezior, grantowiejącymi przed zmrokiem puszczami; jako muzykę pełną północnej melancholii, jesiennej feerii ognistych barw lesistych wzgórz nad Niemnem. Muzyka Jurge przywodzi na myśl Wilno harmonijnie łączące stary barok, klasycyzm z nowoczesnością szklanych domów, i nieokiełznaną, drapieżną litewską przyrodę z jej kalwaryjskimi wzgórzami rozświetlonymi słoneczną jesienią wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązów, rwącą po kamieniach Wilejką, a do tego łatwo dający się zauważyć melancholijny temperament mieszkańców miasta.
Szalenie bawi mnie ocenianie urody kobiet poszczególnych nacji w stereotypowy, uogólniający sposób, typu: “Polki są najpiękniejsze w Europie”, “Niemki nie zanadto urodziwe, Angielki podobnie”, przykłady podobnych obiegowych “ocen” można by jeszcze długo mnożyć, a to w odniesieniu do Włoszek, Hiszpanek, Rosjanek i tak dalej, i tak dalej…
Jednakże, gdyby mnie ktoś poprosił o wyrażenie opinii na temat Litwinek, nie potrafiłbym się powstrzymać od wydania sądu generalizującego. Bywając ostatnimi czasy z większą lub mniejszą regularnością na Litwie, zrozumiałem dlaczego jeden z moich dziadków stryjecznych, bo tak Go chyba trzeba nazwać – rodzony brat mego dziadka, więc dziadek stryjeczny – pojął za żonę właśnie Litwinkę. Nie dość, że pięknie śpiewają, to jeszcze odznaczają się interesującym typem urody. Ale żarty na bok.
W rzeczy samej Litwinki, z którymi miałem styczność charakteryzował ogromny spokój, opanowanie, skrzętnie ukrywana, a mimo to dostrzegalna czułość, czy jak ktoś woli – ciepło, i nie dającą się już w żaden sposób ukryć nuta głębokiej melancholii.
Któregoś razu za sprawą jednego z moich ulubionych bolgerrów – piszącego pod pseudonimem Heartlion – odkryłem jedną z najbardziej utalentowanych litewskich wokalistek śpiewającą w trzech językach: litewskim, rosyjskim i angielskim. Ale o niej wspomnę innym razem. Dziś chciałem zaprezentować moje poniekąd własne “odkrycie”. Jieva. Młoda wokalistka, o niebiańskim wręcz głosie. Jej kompozycje przenika kojący spokój i radosna melancholia (jakby paradoksalnie to nie brzmiało). Nie mają w sobie nic z pretensjonalności, ulegania jakimkolwiek modom, trendom i nie jest to z pewnością muzyka, która mogłaby się dobrze sprzedawać. Zresztą cóż tu dużo mówić, zapraszam do wysłuchania o obejrzenia.
Jeszcze tylko 10 minut do 17.00, a tu jeszcze trzeba elegancką koszulę założyć, odszukać marynarkę, czarne dżinsowe spodnie, pantofle. Starzeję się najwyraźniej, jeszcze rok temu na przesłuchania chórów w ramach Festiwalu Muzyki Cerkiewnej w filharmonii białostockiej drałowałem w jasnych dżinsach, adidasach i zwykłym tiszercie, nic w tym złego to w końcu tylko przesłuchania konkursowe, wstęp darmowy, a nie koncert galowy. Ale minął rok, i uznałem, że to już najwyższa pora wbić się w marynarkę i w pantofle, garniturową koszulę, tylko dżinsy zachowam, jak dawniej.
Tak czy owak czasu coraz mniej na rozważania, i tak się spóźnię, ale może chociaż zdążę na drugi chór – Zespół Cerkwi p.w. Wniebowstąpienia z USA. A tu jeszcze w TVN24 reportaż z Watykanu, grupka młodych Polaków na placu św. Piotra z transparentem “Jan Paweł II – santo subito!”, i podekscytowany reporter, wszyscy chcą, by papież był święty natychmiast. Prawdę mówiąc śmieszy mnie ta cała histeria, ten szum i te śmieszne żądania. Na swój sposób jestem wierzący, wierzę w świętych obcowanie, wierzę w to, że Jan Paweł II już jest świętym, a formalna pieczęć – choć dostrzegam jej wagę i znaczenie – nie interesuje mnie w najmniejszym stopniu. Nie interesuje mnie to czy Karol Wojtyła zostanie świętym za rok, za dwa lata czy za lat dwadzieścia, czy nawet nie nastąpi to za mego życia. Sprowadzanie świętości do poziomu przedszkola, rozbisurmanionych dzieci, które wrzeszczą: “Ja chcę teraz! Już! Natychmiast! Dajcie mi to czego chcę!” wydaje mi sie nie mieć nic wspólnego z chrześcijańską cnotą cierpliwości, za to przypomina tak popularną współcześnie narcystyczną postawę “chcącego Ja”. Pal licho ten reportaż, egzaltacja reportera jest z pewnością udawana, trzeba było zarobić jakiś ckliwy, sentymentalny program na Boże Ciało, no to jest, jest jak być powinno – łzawo, wzruszająco, wspomnieniowo. Szkoda na to czasu, a ja już i tak jestem spóźniony, jeszcze tylko klucze. 17.10. Żeby tylko zdążyć na 17.30. Szybki spacer przez park, po drodze jeszcze przypadkowe spotkanie z koleżanką, która wybrała się na spacer z uroczą córeczką, urocza koleżanka, to i urocze dziecko, krótka rozmowa, nie nie pójdzie na koncert, bo idą na plac zabaw, a później wracają do domu. Mąż, który ją zostawił, musi być kompletnym idiotą.
Już jestem pod filharmonią, kolega D. sie także spóźnił, nie jestem sam, ufff, co za ulga. Kriss pewnie siedzi już z Martinem i dziewczynami w pierwszym rzędzie, oni się nigdy nie spóźniają. A my nie wejdziemy, portier o powierzchowności i manierach peerelowskiego zrzędy burczy, ze wpuści nas po drugim chórze. OK, zaczekamy, to zupełnie zrozumiałe. Za drzwiami rozlegają się oklaski, można wchodzić, sala pęka w szwach, nie sądziłem, że będą takie tłumy; w ubiegłym roku takich nie było. Nie lubię tłumów, nie potrafię się wówczas wyłączyć, oddać medytacji i kontemplować nieziemsko pięknej muzyki. Jest duszno, ciasno, nie pozwolę się dziś unieść anielskim śpiewom. Nigdy nie zapomnę, jak w ubiegłym roku podczas występu jednego z chórów poczułem się tak, jakbym się wznosił ku górze, wystarczyło przymknąć oczy, by zniknęły ściany filharmonii, sufit, by poczuć dotyk nieba. Może to poczucie powtórzy się jutro, dziś już raczej nie. Jedynie mieszany chór z Łotwy wyrywa mnie ze stanu niemożności, głosy śpiewających stają się coraz mocniejsze, narastają stopniowo, by wreszcie rozbrzmieć jak potężny dzwon. Po Łotyszach decydujemy się z D. wyjść i wrócić jutro – jutro jest drugi dzień przesłuchań konkursowych w ramach XXVII Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Cerkiewnej “Hajnówka 2008″ w Białymstoku.
Nie wiem czy to nie świadczy przypadkiem o mojej zrzędliwości, bo choć czuję się nadzwyczaj młodo, właściwie nie tylko się czuję, ale jestem rzeczywiście wciąż młody, to jednak postanowiłem napisać o pewnych zachowaniach wśród obecnych studentów, które mnie zwyczajnie oburzają. Po obejrzeniu wczoraj w TV zdjęć z juwenaliów wrocławskich, przypomniałem sobie o nie tak dawnych juwenaliach białostockich i pewnym artykule opublikowanym swego czasu w “Obywatelu” autorstwa profesora, którego imienia i nazwiska nie przypomnę sobie teraz. Otóż ów profesor pisał w rzeczonym artykule o tym, jak to niekiedy trudno jest obecnie odróżnić studenta od zwykłego żula, i pod względem języka, jakim i jeden i drugi się posługują, i pod względem zachowania. I trudno się z tą tezą nie zgodzić. Nie tak dawno trafiłem na koncert czterech narodów zorganizowany w ramach białostockich juwenaliów. Występowały na nim zespoły z Białorusi – N.R.M., Ukrainy – Flit, Polski – Bracia, i Litwy – Żalvarinis. I najwyraźniej zdecydowana większość publiczności przyszła na występ zespołu białoruskiego. Muzycy mieli jednak trudności z przekroczeniem granicy, więc przed nimi wystąpił polski zespół – Bracia. Sam stałem pod sceną zmarznięty, w błocie, w strugach deszczu, nie mogąc się doczekać występu N.R.M. Pojawiła się jednak grupka studentów – ubrania i całkiem inteligentne wyrazy twarzy zdradzały studentów – którzy nie zważając na to, że Białorusini jeszcze nie dojechali, zaczęli wykrzykiwać wielokrotnie w stronę Braci – “wypierdalać!”. Wiem, że takie okrzyki niegdyś na koncertach w Jarocinie to był chleb powszedni, mimo to szalenie mnie to zbulwersowało. Choć studia ukończyłem w 2000 r. i w czasach licealnych i studenckich zdarzało mi się dużo częściej bywać na wszelakich koncertach niż obecnie, to jednak ani mnie, ani moim kumplom nie przyszłoby do głowy, by do jakiegokolwiek zespołu wykrzykiwać “wypierdalać”, nawet jeśli był to zespół, co do którego mieliśmy tylko jedno życzenie – aby jak najprędzej zszedł ze sceny.
Rozmyślając o tych współczesnych obyczajach studenckich przypomniałem sobie także – choć było to już ponad 10 lat temu – jak znalazłem się któregoś razu na wykładzie profesor Marii Szyszkowskiej ze studentami niższego roku. I muszę przyznać, że wcale nie dziwiły mnie słowa wypowiedziane później przez panią profesor w obecności moich znajomych, że Białystok to dla niej kula u nogi. Pewnie nie tylko ten wykład o tym zadecydował, ale na moim roku takie zachowania byłyby nie do pomyślenia, choć byliśmy tylko o rok wyżej. Szum, rozmowy, zero zainteresowania treścią wykładu, ktoś popijał piwo, jakaś dziewczyna za nami podczas rozmowy ze swoją kumpelą wyznała jej, że straciła szacunek do samej siebie, jacyś panowie obok nas analizowali słowa pewnej modelki, która wedle nich miała zatracić hierarchię wartości. Momentami miałem trudności z usłyszeniem głosu profesor Szyszkowskiej.
I choć było to około 10 lat temu, to jednak wiadomości które docierają do mnie o obecnych studentach wskazują na to, że teraz jest jeszcze dużo gorzej. Nie twierdzę, że sam byłem święty, alkohol popijaliśmy nie tak wcale rzadko – najlepszym miejscem do alkoholizacji były stawy przy Mickiewicza, gdzie obecnie wznosi się galeria Biała – woda, bujna, soczysta zieleń, rozległe, ciągnące się niemal do rzeki stare opuszczone ogrody, słowem żyć nie umierać. I trawkę zdarzało mi się popalać – nie widzę w tym nic złego, wziąwszy pod uwagę, że czynił to także obecnie nam jaśnie panujący premier Rzeczypospolitej Polskiej – Donald Tusk. Były jednak granice, do których przekroczenia nigdy bym się z moimi kumplami nie posunął. Bycie studentem do czegoś jednak zobowiązywało, niosło ze sobą jakiś etos. Teraz najwyraźniej, cytując klasyka “hulaj dusza, piekła nie ma”. Apelowałbym jednak mimo to do studentów – dalej cytując klasyka – “by nie kroczyli tą drogą!”
W ubiegła niedzielę wybrałem się z kolegą na koncert zespołu Feel. Nie jest to, co prawda mój ulubiony zespół, ale z tej przyczyny, że w Białymstoku nieczęsto zdarzają się koncerty, więc warto wykorzystać każdą okazję. Chciałem posłuchać jak panowie brzmią na żywo. Ich muzyka puszczana w radiu, w muzycznych stacjach TV nie rzuca mnie na kolana, ale dostrzegam pewne pozytywy, które łączą się z tym zespołem. Najpierw gusty zdecydowanej większości Polaków wyznaczało disco polo, później serca mas podbiło Ich Troje, teraz niepodzielnie na scenie muzycznej jak się okazuje króluje Feel. I to mnie cieszy. Bo choć o disco polo – w sumie – nie mam złego zdania, to jednak nie jest to moja muzyka, potrafię jednak oddać jej sprawiedliwość i wbrew tej całej nagonce polskich elit na disco polo, jako muzykę prymitywną, pobudzającą agresję i chamstwo, uważam, że nie jest ona wcale gorsza od zachodniej papki popowej typu Danzel, Scooter i im podobni, a co do chamstwa i agresji nikt się jakoś nie oburza na wiele pseudohiphopowych zespołów, które są traktowane, jako głos pokolenia czy pewnej grupy społecznej wnoszący ważne przesłanie czy informacje do debaty publicznej (tak, z takimi opiniami się spotykałem). Wszystko jest w przypadku disco polo kwestią pieniędzy, dostępu do dobrego sprzętu, profesjonalnego studia nagrań i odpowiedniego marketingu. Ich Troje to już zupełnie inna półka, jak na mój gust muzycznie ciężkostrawna i zanadto pretensjonalna, a od strony tekstowej nadająca się raczej na analizy psychologiczne.
Co zaś do Feela to mam wrażenie, że jest to zespół całkiem niezłych muzyków, potrafiących – gdyby tylko chcieli – grać dużo bardziej skomplikowaną i ciekawą muzykę, niż to robią obecnie. Ich przedsięwzięcie przypomina mi raczej działanie biznesowe, obliczone na zarabianie pieniędzy, a nie spontanicznie uformowaną kapelę, mającą coś szczerego i ważnego do powiedzenia. Mimo to nie widzę w tym nic złego, ponieważ panowie prezentują dobry warsztat i wznieśli polską muzykę popularną o kilka poziomów wyżej, a tym samym kształtują gusty masowego odbiorcy. To już nie jest discopolowe umpa umpa, bum tara rara, czy muzykoterapia Michała Wiśniewskiego, tylko porcja solidnego grania, nawet jeżeli jest to granie dla kasy, a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie jest – świadczy o tym choćby występ zespołu w reklamie banku Millenium. Jeszcze kilka lat temu każdy szanujący się zespół prawdziwe rockowy poczytywałby to za ujmę i dyshonor.
Wracając do koncertu – największe wrażenie zrobiło na mnie wykonanie utworu bodaj “Jest już ciemno” w wersji nieco jazzującej, spokojniejszej, wyciszonej, brzmieniowo znacznie odbiegające od oryginału. Gdyby panowie w tej konwencji nagrali płytę, pewnie bym znalazł się wśród jej nabywców, ale z drugiej strony na ich koncerty nie przychodziłyby wówczas takie tłumy, jak w ubiegłą niedzielę na placu przed teatrem Węgierki w Białymstoku. Takich tłumów ten plac jeszcze nie widział, nawet podczas ubiegłorocznego koncertu Kayah. Dobrze się jednak stało, że dzięki swojej popularności panowie na koncertach potrafią przemycić kawałek całkiem przyzwoitej muzyki, to też jest kształtowanie gustów i windowanie polskiej muzyki na wyższy szczebel, wolnymi i małymi kroczkami, ale jednak zawsze.