Ms. No One

Istnienie prawdziwego radia może dawać prawdziwe chwile szczęścia. Prawdziwego radia, to jest radia, które odróżna się od innych stacji radiowych, które nie gra w kółko, do zdarcia tych samych “hitów”, w którym można usłyszeć interesujące audycje, rozsądne rozmowy, pobudzające wyobraźnię słuchowiska.

Wczoraj zupełnie przez przypadek trafiłem w Trójce na audycję, w której prezentowano muzykę młodego zespołu ze Szczecina – Ms. No One. Wspaniała, zachwycająca, melancholijna, niosąca łagodność i spokój. I choć wokalistka przyznaje się do swoich fascynacji Islandią, to ja w tej muzyce – w jej nastroju, kimacie – odnajduję pewne podobieństwa z twórczością litewskich wokalistek – Ievy Narkute, Jurgi, Aliny Orlovej. Rzecz oczywiście nie w naśladownictwie, czerpaniu wzorców, inspiracji, stylu czy gatunku muzycznym, ale w zbieżności, a może raczej bliskości wrażliwości wszystkich pań, ich ciepłej barwie głosu.

Wolność słowa, Kataryna i kampania wyborcza na prowincji

Natknąłem się w w ubiegłym tygodniu na pewien felieton w “Tygodniku Powszechnym”, którego autor piętnował Katarynę za to, że swoje krytyczne uwagi zawierała na blogu pod pseudonimem. Któregoś dnia w przelocie trafiłem też w TV na dyskusję poświęconą ujawnieniu tożsamości podobno jednej z najsłynniejszych polskich blogerek, w czasie której Igor Janke pytał dziennikarza “Dziennika” jakiej społecznej wartości, miała służyć owa demaskcja.

I prawdę powiedziawszy dziwi mnie ta krucjata o odpowiedzialność za słowo w kraju, który ma być państwem w pełni praworządnym i demokratycznym.

Przyznaję, że tekstów Kataryny czytać mi się nigdy nie zdarzyło, ale tu rzecz nie idzie tylko o Katarynę. Otóż nasi obrońcy uczciwości, odpowiedzialności i rzetelności w życiu publicznym, jak jeden mąż uznali, że osoba pisząca pod pseudonimem, może sobie pozwolić na komfort – jak to ujął felietonista “Tygodnika Powszechnego” – walenia przeciwnika na odlew, a później skwitowania tego słowem – żartowałem. Owszem prawdą jest, że Internet i związana z nim anonimowość dają szerokie pole do wszelkich nadużyć, pomówień, oszczerstw, półprawd, kłamstw, szkalowania i jeszcze gorszych brudów. Ale dlaczego z góry zakładać, że każda osoba pisząca pod pseudonimem jest niewiarygodna i nie bierze odpowiedzialności za słowo? Czy można tak wszystkich blogerów piszących pod pseudonimami wrzucić do jednego worka? Czy tu już nie ma miejsce na niuansowanie?

Owi obrońcy przejrzystości, czy jak ktoś woli transparentności w życiu publicznym zakładają, że Polska jest krajem o ugruntowanej demokracji, nie tylko formalnej, ale tej rzeczywistej, którą przesycone są struktury i instytucje państwowe, a demokratami z natury jest zdecydowana większość obywateli; krajem, w którym za piętnowanie wszelkich nadużyć, naruszeń prawa, nietycznych zachowań ze strony przedstawicieli władzy czy powiedzmy szerzej establishmentu, negatywnych konsekwencji nikt nie ponosi i ponosić nie może, jeśli tylko jego zachowanie służy interesowi publicznemu. I być może taka Polska ma prawo się jawić felietonistom, dziennikarzom z Warszawy, Krakowa, Poznania czy Wrocławia. Ale czy tak też jest na polskiej prowincji? Próbuję sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby powiedzmy w Białymstoku ktoś sobie pozwolił na atak z otwartą przyłbicą na jakiegoś ważnego posła lub innego oficjela? Załóżmy zupełnie hipotetycznie, że byłby to atak na obecnego wiceprezydenta Białegostoku – Tadeusza Arłukowicza, popieranego w spotach wyborczych przez panią minister Barbarę Kudrycką, prezydenta Białegostoku – Tadeusza Truskolaskiego i całą pewnie białostocką Platformę Obywatelską. Jaki los spotkałby takiego śmiałka w mieście, w którym wszystko jest najmocniej jak tylko się da upolitycznione i upartyjnione?

Przecież to co się wokół owego kandydata w czasie tej kampanii dzieje woła o pomstę do nieba. Mając ledwie przekroczone 30 lat niewiele pamiętam z czasów PRLu, ale ten front jedności miejsko – regionalnej wokół pana Arłukowicza musi chyba w jakiejś części przypominać totalizm tamtych czasów. Nie ma wydania programu informacyjnego w lokalnej TV, w którym by się nie pojawił pan Arłukowicz. A to otwiera kampanię wyborczą, a to dziś ją zamyka, a wszystkie te materiały prezentują jego działalność oczywiście jako wiceprezydenta. Przyznać trzeba też to, że ten sam lokalny program kilka dni temu “odważył się” postawić śmiałe pytanie czy wiceprezydent nie nadużywa swojego stanowiska do prowadzenia kampanii wyborczej, by dziś znowu go pokazać i ogłosić wszem i wobec, że zakończył swoją kampanię wyborczą. Oczywiście te koncesjonowana odwaga wcale nie sprawia wrażenia zasłony dymnej i zapewne nie jest wykalkulowanym “argumentem” udowodniającym, że media lokalne są wolne i niezależne. A to, że to “odważne” pytanie niknie gdzieś w zalewie innych materiałów, w których nasz kandydat przewija się a to w towarzystwie pani dyrektor białostockiej Galerii Arsenał – członkini komitetu wyborczego pana Arłukowicza, a to Tomasza Frankowskiego – znanego piłkarza Jagielloni, a kiedyś także gracza reprezentacji kraju, a to jeszcze przewodniczącego samorządu studenckiego, to już rzecz drugo czy nawet trzeciorzędna. Pewne kalkulacje zakradły się nawet do naprawdę arcyciekawego czasopisma polskich Białorusinów “Czasopis”. W jednym z numerów, sprzed dwóch tygodni, na okładce widnieje zdjęcie Tadeusza Arłukowicza, a wewnątrz zamieszczony jest obszerny wywiad, w którym kandydat na europosła puszcza oko do mniejszości białoruskiej, przekonując ją, że jest otwarty na jej postulaty, potrzeby i podkreślający jak to powinniśmy być dumni z naszej wielokulturowości.

I teraz wyobraźmy sobie, że ktoś ma ochotę napisać krytyczny tekst o Tadeuszu Arłukowiczu, a następnie starać się o pracę powiedzmy w Urzędzie Wojewódzkim, z wojewodą z PO, w Urzędzie Miejskim, w którym władzę sprawuje PO, w lokalnej TV, którą oglądając można odnieść wrażenie, że pan Arłukowicz jest jedynym kandydatem z całego niemal regionu, zorganizować wystawę w Galerii Arsenał. Czy miałby szanse? Być może tak, ale tylko pod warunkiem, że badania opinii publicznej wykazałyby, że taki gest może się w jakiś sposób opłacić. Bo przecież kandydat, który potrafi wspaniałomyślnie “wybaczać” swoim oponentom, odnosić się do nich po rycersku, może być dobrze postrzegany. Lecz czy to się rzeczywiście dziś opłaca?

Kobiety w litewskiej muzyce – część 2. Jurga

Jurga jest kolejną spośród moich ulubionych litewskich wokalistek. Gdybym miał pisać o niej tekst do jakiegoś czasopisma muzycznego, to pewnie jej muzykę bym określił, jako połączenie chillout’u, momentami może house’u, popu i folku. Całe szczęście jednak nie muszę pisać tekstów do czasopism muzycznych, stąd też wolę ją opisać jako połączenie nowoczesnych brzmień z wrażliwością mającą swoje źródło w litewskim krajobrazie – raz urokliwie płaskim, innym razem falującym morenowymi wzgórzami, poprzetykanym błękitniejącymi falami jezior, grantowiejącymi przed zmrokiem puszczami; jako muzykę pełną północnej melancholii, jesiennej feerii ognistych barw lesistych wzgórz nad Niemnem. Muzyka Jurge przywodzi na myśl Wilno harmonijnie łączące stary barok, klasycyzm z nowoczesnością szklanych domów, i nieokiełznaną, drapieżną litewską przyrodę z jej kalwaryjskimi wzgórzami rozświetlonymi słoneczną jesienią wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązów, rwącą po kamieniach Wilejką, a do tego łatwo dający się zauważyć melancholijny temperament mieszkańców miasta.

Ksiądz Staś a System 09

Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmury słońcem, przez 2 godziny będzie jeszcze widno, chwytam aparat, wbijam się w samochód i jadę przed siebie, bez konkretnego celu, być może do Pasynek koło Zabłudowa, być może do Kudrycz, Skrybicz, aby na południe, bo to wydaje się najbardziej słoneczne.

Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.

I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.

W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.

Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie – nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.

Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.

- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.

- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?

- Miałem ledwie 13 lat.

- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…

- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…

- Zdrowaś Mario…

Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański?  Staram się by głoś brzmiał pewnie.

- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?

- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.

- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?

Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.

Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał – o ile sobie dobrze przypominam – skręcić kark spadając bodaj z łóżka.

Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec – kapelan Solidarności.

Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?

Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych – i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.

Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 – 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.

A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo – “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?

Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?

System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

dscn0029

dscn00271

O urokach prowincji, czyli pewne “wschodzące miasto”

Ten tekst jest skrajnie subiektywny, nie sili się na jakikolwiek obiektywizm; piszę o własnych doświadczeniach, spostrzeżeniach, zatem zapewne nie wyczerpię całej złożoności prowincjonalnej rzeczywistości.

Otóż, włodarze pewnego dużego nominalnie miasta na wschodzie Polski postanowili wypromować gród, którym władają i za wszelką cenę udowodnić, że zasługuje on na miano metropolii. Zatrudniono speców od piaru, którym udało się nawet wymyślić chwytliwe, intrygujące hasło, ocenione nawet jako jeden z lepszych sloganów reklamowych. Pojawiły się bilbordy na blokach, na biurowcach, plakaty na przystankach, z których uśmiechają się do przechodniów młodzi i powiedzmy w średnim wieku ludzie. W telewizji te same osoby usiłują przekonać widzów, że są dumne z miasta, w którym mieszkają, i że wiążą z nim ogromne nadzieje. Intencją autorów owej kampanii jest skłonienie mieszkańców miasta do tego, by je polubili, a jeśli je sami polubią, to wówczas będzie im łatwiej przekonywać przybyszów z pozostałych części Polski, że ich miasto zasługuje na miano metropolii, że ma bogatą historię, i że można być z niego rzeczywiście dumnym. Cel szczytny i ze wszech miar słuszny, tyle tylko, że nadzwyczaj trudny do zrealizowania.

Być może na bilbordach, w mediach, zacznie się zarysowywać obraz dynamicznie rozwijającego się miasta, miasta ludzi młodych, miasta wielu uczelni, stolicy polskiej wielokulturowości, ale rzeczywistość i tak będzie szwankować.

Co z tego, że bilbordów będą się uśmiechać sympatyczne twarze, co z tego, że powstaje wokół ratusza plac miejski z prawdziwego zdarzenia, co z tego, że powstają kolejne galerie, bulwary nad rzeką Białą. Czy te wszystkie powierzchowne zmiany są w stanie uczynić z tego nie do końca miejskiego miasta prawdziwy ośrodek miejski – metropolię?

Czy rzeczywiście w mieście, w którym zdobycie ciekawej, dobrze płatnej pracy uzależnione jest od funkcjonowania w określonych kontekstach towarzyskich, od niejasnych powiązań, zależności, od znajomości jednego, drugiego czy trzeciego posła bez względu na jego barwy polityczne czy innego wysoko postawionego polityka, możliwe są jakieś zmiany na lepsze? Czy są one możliwe w mieście, w którym premiuje się umiejętność zmiany barw z łatwością kameleona, umiejętność ustawienia się, znajomość odpowiednich osób. Cóż z tego, że w innych miastach jest podobnie? To wszystko kwestia skali, w innych, prawdziwie dużych miastach zapewniających większą różnorodność istnieją dużo większe szanse na osiągnięcie czegoś tylko i wyłącznie dzięki swoim umiejętnościom i zdolnościom.

Czy o mieście, które nie toleruje tak naprawdę głębszej niż powierzchowna różnorodności, można mówić, że zasługuje na miano metropolii? Cóż z tego, że mogłoby ono być stolicą polskiej wielokulturowości, skoro różnica między Polakami, Białorusinami, Tatarami, Ukraińcami, wyznawcami prawosławia, katolicyzmu, islamu czy protestantami sprowadza się jedynie do kilku dogmatów i liturgii. Na co dzień większość z nich – mimo dzielących ich różnic – jest w równym stopniu podejrzliwa, nieufna i hołduje zasadzie “nie wychylaj się”.

To miasto, które wziąwszy pod uwagę jego potencjał mogłoby być naprawdę interesującym, zniechęca swoim antyintelektualizmem, prędzej zniesie krezusa, któremu wielu będzie zazdrościć niż człowieka, który nie mieści się w kilku może kilkunastu dozwolonych banalnych schematach osobowościowych. Albo do nas dołączysz, dostosujesz się albo cię odrzucimy. Miasto, które nagradza konformizm, mierność, uległość, pochlebstwo, a karze za własne zdanie i własne i niestandardowe wybory. Nawet ci kreujący się na nonkonformistów potrafią być częstokroć zwykłymi tchórzami, którzy np. będą biegać z kamerą po wsiach i naśmiewać się z prostych ludzi nie potrafiących giętko władać językiem. Kpić można ze wszystkiego i z każdego pod warunkiem, że to nic nie kosztuje i nie naraża na żaden uszczerbek.

Ze świecą tu szukać na ulicach osób gustownie ubranych. Niedawno wróciłem z kolejnego już wyjazdu do Wilna i nie przypominam sobie, by raziły mnie tam wygolone głowy, tandetne skóry, czy plastikowa moda rodem z MTV czy VIVY. Brak indywidualności na ulicach, własnego stylu, podkreślającego czy wyrażającego osobowość danej osoby. Często drogie ciuchy, ale kompletnie nie mówiące niczego o ich posiadaczu, poza tym, że błyskawicznie chwyta nowe trendy.

Nie wierzę w rychłą zmianę mentalności mieszkańców tej niedoszłej metropolii na wschodzie Polski. Dopóki to miasto nie przestanie tłamsić swoim totalizmem, nic nie pomogą spoty reklamowe, plakaty, bilbordy czy wkładki do ogólnopolskich gazet.

Póki co – ponad to, co opisane powyżej – mamy najniższe wynagrodzenia w Polsce i jesteśmy na szarym końcu pod względem lokowanych tu inwestycji. Kiedyś przeczytałem mniej więcej takie oto zdanie na temat mieszkańców tego miasta i okolic – z zastrzeżeniem, że jest to ujęcie uogólnione i nieco stereotypowe: “Mieszkańcy wschodniej Polski są mniej więcej tacy: jak dobry, to tak, że aż głupi, jak niegłupi, to zły i wredny”. Czasem stereotypy i uogólnienia mają chyba w sobie jakąś cząstkę prawdy.

Simon Mol i jego ofiary – na marginesie wywiadu z jedną z ofiar

W sobotę przeczytałem w “Rzeczpospolitej” wywiad z jedną z dziewczyn zarażoną przez Simona Mola – obecnie studentką, a w chwili zarażenia jeszcze nastolatką. I choć zachowania tych wszystkich dziewcząt czy kobiet zarażonych przez Mola oceniam negatywnie nie sądziłem, że stosunek wielu internautów do tych osób – ofiar może być naznaczony takim okrucieństwem. Przeprowadzająca wywiad dziennikarka (Maja Narbutt) przywołała opinie licznych internautów, wśród których zakażone dziewczyny nie wzbudziły współczucia, a wręcz odwrotnie – reakcje negatywne. Któryś z komentatorów na jednym z for internetowych miał napisać: “który z polskich mężczyzn miał w swoim życiu 64 kobiety” (tyle kobiet miał podobno zarazić Simon Mol, choć z wypowiedzi owej dziewczyny wynikało, że mogło być ich znacznie więcej), inni jeszcze mieli im za złe to, że uprawiały seks z Murzynem. Ogólnie rzecz ujmując reakcje w zdecydowanej większości były wrogie owym dziewczynom.

Cóż, naiwność ludzka jest wielka. Uchodźca, poeta, roztaczający wokół siebie mgiełkę romantyka i bojownika o prawa człowieka, osoby głęboko wrażliwej, nadzwyczaj inteligentnej, uroczej, wydawałoby się rzecz banalna i ograna, ale jest to jak się okazuje metoda stara, dobra i sprawdzona. Jednak w żaden przecież sposób naiwność owych dziewcząt nie może być usprawiedliwieniem dla ciskania na nie gromów, dla braku współczucia i okrucieństwa.

Wielce możliwe, że przez owych internautów – jak sugerowała bohaterka wywiadu – przemawiała zwykła zawiść i zazdrość, czy niechęć wobec osób o innym kolorze skóry, którzy na dodatek ośmielają się współżyć z “naszymi kobietami”. Ale jest tu też pewnie drugie dno. Sam złapałem się na tym, że zacząłem się zastanawiać nad tym, czy rzeczywiście uwiedzenie kobiety jest rzeczną banalnie prostą, pozostaje tylko kwestia metody, sposobu, użytych “narzędzi”. Wspomniana dziewczyna opowiadała o spotkaniach z innymi zarażonymi przez Simona Mola dziewczynami, podczas których opowiadały sobie i okolicznościach w jakich poznały Mola i o ich dalszej znajomości. Z ich opowieści miało wynikać, że wobec niemal każdej z nich Mol używał innego arsenału środków. A to raz prezentował siebie jako pokrzywdzonego przez los i potrzebującego wsparcia, opieki, współczucia biednego uchodźcę, zagubionego w polskiej wrogiej mu rzeczywistości, a to wobec innych występował, jako energiczny, charyzmatyczny, o zdolnościach przywódczych działacz na rzecz praw człowieka; wobec jeszcze innych jako twardziel, macho, a więc dla każdego coś dobrego, w zależności od potrzeb.

Osobiście bardzo żal mi owych dziewczyn i kobiet, ale mam też do nich swój prywatny żal – że swoim postępowaniem przyczyniły się też zapewne do odebrania wiary wielu mężczyznom, czy chłopcom w szczerą, prawdziwą i czystą miłość, jakby banalnie i naiwnie to nie brzmiało. Bo tak jak bezsensowny jest cytat, o którym niedawno pisałem, brzmiący: “Kto raz zobaczył w kobiecie anioła, nigdy nie będzie chciał w niej widzieć samicy”, tak samo niemądre jest wrzucanie wszystkich mężczyzn do jednego worka i wynikające z tego przekonanie o tym, że ci są niezdolni do prawdziwej i czystej miłości. Stąd się pewnie bierze też cyniczne podejście do ludzi i świata w ogóle, w tym też do miłości.

Sentencje, o kobietach, czyli jak opisujemy sobie świat

W ostatnim numerze “Więzi” w artykule “Niegrzeczna pobudka” Jerzy Sosnowski przytacza “świetny” cytat z Wincentego Lutosławskiego – filozofa, sprzed niemal stu lat: “Kto raz zobaczył w kobiecie anioła, nie będzie chciał w niej widzieć samicy”. Przypomniały mi sie od razu sentencje na temat kobiet, które padały z ust moich kolegów, znajomych, niekiedy nawet wykładowców, które zdarzało mi się usłyszeć w filmach czy wyczytać w książkach. Te pierwsze były z reguły powtórzeniem tych wyczytanych w książkach bądź zasłyszanych w filmach. Sprowadzały się one z reguły do tego, jaka to kobieta jest zła i niedobra, a wypowiadane były w mniej lub bardziej zawoalowany sposób. Miały świadczyć o głębi przemyśleń i bogactwie przeżyć oraz świata wewnętrznego osoby je wypowiadającej. Najczęściej sprowadzały się one do stwierdzenia: “Kto zrozumie kobietę”, “Nigdy nie zrozumiesz kobiety”, itp.

Zawsze miałem bardzo sceptyczny stosunek do tłumaczenia, objaśniania sobie świata za pomocą sentencji, gotowych schematów myślowych, wyczytanych, zasłyszanych i zapamiętanych formułek, bon motów. Często takie utarte, gotowe formułki robią wrażenie w towarzystwie, można błysnąć zapamiętaną “mądrością”, błyskotliwą frazą, za którymi tak naprawdę nie kryje się głębszą treść, które nie są efektem własnych przemyśleń, doświadczeń, tylko zwykłym powtórzeniem. Słowami startymi, jak stara płyta, ale które wciąż “robią wrażenie” i mogę być kartą wstępu do dobrego towarzystwa. Ale z tym każdy z nas spotkał się już nie raz, poza tym nie o tym chciałem pisać.

Strasznie bawią mnie takie sentencje na temat kobiet, jak te przytoczone powyżej. Kilka nieudanych relacji z kobietami, a zraniony w swej dumie mężczyzna kategorycznie stwierdza, że kobiety ze swej natury są złe, że nie warto im ufać, że zawsze zdradzą, i w związku z tym – bo i takie słowa zdarzało mi się słyszeć – trzeba je w tym uprzedzać i pierwszemu uwodzić, a następnie porzucać. Dziecinne to wszystko i żałosne.

Co zaś do kobiety anioła, nie bardzo wierzę w kobietę – anioła, tak jak nie wierzę w mężczyznę – anioła. Co zaś do kobiety – samicy – zdarzają się, owszem, tak samo jak zdarzają się mężczyźni buhaje czy knury, czy jak ich tam zwać.

Kilka refleksji po obejrzeniu “Trzech kumpli”

Lesław Maleszka stanowi chyba najlepszy przykład agenta, który ochoczo i nadgorliwie współpracował ze służbami specjalnymi. Historie o łamaniu, szantażowaniu, groźbach wobec wszystkich współpracowników tajnych służb nie w każdym przypadku się potwierdzają. Ketman podobno nawet wychodził z własną inicjatywą w rozpracowywaniu krakowskich środowisk opozycyjnych, a gdy krakowskim ubekom zdarzało się ograniczać jego inwencję z uzasadnieniem, że oni są od myślenia, a on od dostarczania informacji, zraniony w swojej dumie, dzwonił do ich przełożonych w Warszawie ze skargą, że jego działania są sabotowane, utrudniają i uniemożliwiają skuteczną inwigilację opozycji.

Z filmu “Trzech kumpli” wyemitowanego wczoraj i przedwczoraj przez TVN nie dowiadujemy się jakie motywy kierowały Maleszką. Na ponawiane pytania reżyserki dokumentu – “Dlaczego?”, odpowiada po kilkakroć: “To doskonałe pytanie.” Na inne pytanie “Dlaczego – skoro uważa pan, że Zagajewski był najlepszym poetą – donosił pan na niego?”, nie udziela odpowiedzi w ogóle. “Czy dlatego, by nie pisał już wierszy?” …. (milczenie)

Niska zawiść niepewnego siebie człowieka, w głębi duszy uważającego się za gorszego od innych? Pieniądze? Jeden z jego znajomych twierdzi, że podejrzenia wzbudzała ilość książek posiadanych przez Maleszkę, zastanawiało skąd miał środki na regularne zakupy tylu tytułów. Bezinteresowna i psychopatyczna chęć szkodzenia innym i czerpanie z tego tytułu satysfakcji? Poczucie panowania nad losem innych? Wątpliwe byśmy poznali prawdziwe przyczyny, dla których młody student UJ poszedł na współpracę ze służbami specjalnymi i nie wycofał się z niej, nie próbował się wywikłać, a wręcz przeciwnie – donosił niemal z pasją.

Nie przekonują mnie także tłumaczenia, że to nie ludzie są źli, tylko ówczesny system stworzył im ramy do tego, by złymi się stali, bo przecież wielu – mimo identycznych warunków dla wszystkich – donosicielami się nie stało.

Istnieje obecnie tendencja do łatwego usprawiedliwiania każdej, nawet największej podłości, są ludzie, którzy wszystko potrafią uzasadnić, wyjaśnić, a wybaczenie staje się czymś banalnie prostym, jak pstryknięcie palcami. Któż z nas jest bez winy – można często usłyszeć.

Pamiętam jak swego czasu pewien znajomy psychiatra z zachwytem opowiadał o słynnym koledze z branży – o ile się nie mylę – Bercie Hellingerze, który miałby potrafić uzasadnić każdą ludzką nikczemność i zmyć winę z największego nawet oprawcy.

Usprawiedliwianie ludzkich małości, człowieczej podłości, ma świadczyć o jakiejś życiowej mądrości, rozsądku, trzeźwym i życiowym podejściu do spraw trudnych.

Wydaje się, że taki klimat panujący w naszym życiu publicznym – ale pewnie nie tylko w naszym polskim – odpowiada za fatalny stan relacji międzyludzkich, za najniższy w Europie stopnień zaufania społecznego między Polakami, za tolerowanie donosicielstwa w pracy, pomawiania, oszczerstw, bezinteresownego szkodzenia innym, a częstokroć – jak wynika z moich własnych doświadczeń, ale i doświadczeń wielu moich znajomych – także promowania osób, które wykazują się gorliwością w szkodzeniu innym, pomawianiu, donoszeniu.

Ten wszechobecny cynizm naszego życia publicznego jest nie do zniesienia, nie tylko w miejscu pracy, ale także w życiu prywatnym. Absurdem są przecież sytuacje, w których dobrzy znajomi nie ufają sobie wzajemnie i potrafią to jeszcze otwarcie manifestować, a mimo to potrzebują być razem, potrzebują drugiego człowieka, choć wiedzą dobrze o tym, że ufać mu nie można. Czy to nie jest już paranoja?

Przy takim stanie nieufności, jaki panuje w naszym kraju, sądzę, że nie ma co liczyć na zbudowanie uczciwego, zdrowego klimatu w życiu publicznym. Czy możliwy jest cud na miarę Irlandii w polskiej gospodarce, gdy ludźmi kieruje podejrzliwość? Czy możliwe jest prawidłowego funkcjonowanie wielu firm, instytucji, organizacji pozarządowych, uczelni, przy niemożności czy nieumiejętności prawdziwej kooperacji, która bez zaufania obejść się nie może?

O obojętności. Kilka refleksji wywołanych filmem “Trzech kumpli”

Nie wyobrażałem sobie nawet, że ludzka ignorancja, bezideowość, obojętność może sięgać aż takich rozmiarów. We wczorajszym filmie “Trzech kumpli” wyemitowanym przez TVN najbardziej wstrząsnęła mną scena, w której przez kilka minut wypowiada się była miss juwenaliów 1977 roku, roku w którym zamordowano Pyjasa, i roku w którym tuż po jego śmierci, przyjaciele i znajomi opozycjonisty apelowali o bojkot juwenaliów. Mimo tych apeli, wielu studentów wzięło udział w oficjalnych uroczystościach. Na Rynku odbyły się wybory najpiękniejszej studentki – długowłosej, wysokiej, szczupłej dziewczyny, która w filmie tłumaczy dlaczego nie zbojkotowała uroczystości. A właściwie nie tyle tłumaczy, co jest zdezorientowana faktem zaproszenia jej do udziału w filmie. Sprawiała wrażenie osoby nie wiedzącej, kim był Pyjas, nie zdającej sobie sprawy, co się wówczas stało, wyjaśniała, że nie interesowała jej polityka, nie angażowała się w nią. Podobnie jak i pozostali studenci uczestniczący w zabawie na Starym Rynku. – Tak, być może coś takiego było… (cytat nie dosłowny, ale oddający sens wypowiedzi studentki).

W takiej postawie, jest coś, co morzi krew w żyłach. Może jest to skojarzenie na wyrost, ale stanęły mi wówczas przed oczami obrazy z wiersza Czesława Miłosza “Campo di fiori”. Obrazy przedstawiające ludzi bawiących się na karuzeli tuż przy murze getta po aryjskiej stronie, w czasie, gdy za murami trwają walki i giną ludzie, giną w zupełnej samotności.

Nie wstrząsnęły mną tak bardzo cyniczne wypowiedzi byłych ubeków, współpracowników służby bezpieczeństwa, jak właśnie te sceny z juwenaliów i wypowiedź byłej miss, dla której czymś zupełnie naturalnym był udział w uroczystościach, zabawa przy okazji jej wyboru, która jakby żyła do dziś w całkowitej nieświadomości tego, co się wówczas działo. Czy jest to obojętność, cynizm, ignorancja, brak wrażliwości…?

Piątkowy poranek z Andrzejem Celińskim

Mam wolną chwilę, więc oglądam w TVN24 wywiad z Andrzejem Celińskim poświęcony niemal w całości Lechowi Wałęsie i rozważaniom wokół lustracji, prawdy i wiedzy. Andrzeja Celińskiego cenię jako polityka, nie wyczuwam w nim koniunkturalności, braku ideowości czy uczciwości, wręcz odwrotnie wydaje mi się być politykiem głęboko przekonanym do głoszonych idei, zawsze starającym się zachowywać przyzwoicie, szczerym i konsekwentnym, słowem gatunek na wymarciu w życiu publicznym.

To jednak, że jakiegoś polityka szanuję nie musi oznaczać, że zawsze i we wszystkim się z nim zgadzam.

Nie mogę zrozumieć, jak Celińskiego może nie boleć to, że Lesław Maleszka – który swego czasu w Warszawie korzystał z gościnności Andrzeja Celińskiego – okazał się być agentem, zupełnie świadomym, czerpiącym ze współpracy wymierne korzyści, a nawet satysfakcję. Celińskiemu cierpienie miało sprawiać tylko to, że posiadł o tym wiedzę, wiedzę w jego przekonaniu zbędną, która do niczego nie jest mu potrzebna, wiedzę, bez której żyłoby mu się dużo lepiej.

Wielce możliwe, że bez świadomości krzywd wyrządzanych nam przez bliźnich żyłoby się nam lepiej i łatwiej, choć z drugiej strony, są ludzie, do których sam się zaliczam, tak skonstruowani psychicznie, że chcą wiedzieć czy mogą polegać na ludziach podających się za ich przyjaciół.

Nie wątpię w to, że Celińskiemu jest trudno żyć ze świadomością zdrady osoby w pewnym sensie bliskiej, ale to nie może być argumentem przeciw lustracji. Nie chcę tu wchodzić w rozważania dotyczące sensu i celowości lustracji, bo musiałbym pisać esej, ale moja intuicja podpowiada mi, że budowanie relacji międzyludzkich na tak głębokim fałszu, kiedy to donosiciel podaje się za przyjaciela, jest nie do przyjęcia.

Nie mogę się także zgodzić z twierdzeniem Andrzeja Celińskiego, jakoby to nie człowiek był zły, tylko system, w którym żyje, zmuszał go do złego postępowania, tj. system polityczno – społeczny ma stwarzać takie ramy, w których budzą się w człowieku złe instynkty, niskie motywy i pobudki. Słowem, to system zmusza człowieka do donosów, do szkodzenia innym, do torturowania bliźnich, mordowania. Zatem ci wszyscy gorliwi kaci Hitlera, mieliby być dobrymi ludźmi, których garstka degeneratów, psychopatów w rodzaju Hitlera “zachęciła” do zbrodni, stworzyła warunki, w których ci biedni, dobrzy ludzie postępować inaczej nie mogli.

Zastanawia mnie tylko, jak to możliwe, że w okresie 8 lat mojej pracy spotykałem się z donosami, pomówieniami, oszczerstwami, zawiściami, bezinteresowną (tak, właśnie bezinteresowną, a nie będącą efektem wyścigu szczurów, niezdrowej rywlizacji) chęcią szkodzenia innym. I nie miało to wcale miejsca w korporacjach, lecz w instytucjach powołanych do niesienia pomocy innym ludziom. Przecież nie żyjemy w państwie totalitarnym, które “zmusza” kogokolwiek do takich zachowań, to się dzieje w podobno demokratycznym państwie prawa, gwarantującym każdej jednostce szeroki zakres wolności. Można powiedzieć, że takie zachowania mogą być uwarunkowane strukturą danej firmy, organizacji, ale skro tak, to każda struktura będzie stwarzała człowiekowi ramy do złego postępowania. Wszędzie tam gdzie są skupiska ludzkie wcześniej czy później pojawią się złe namiętności, złe instynkty i podłe motywacje.

Człowiek nie jest z natury ani dobry, ani zły. Możemy mówić jedynie o konkretnym człowieku, a nie o człowieku abstrakcyjnym, a człowiek konkretny może być albo dobry, albo zły, albo któryś z tych elementów może w nim dominować, nie istnieje natura ludzka wspólna dla wszystkich, tak podpowiadałoby mi przynajmniej moje doświadczenie i obserwacja ludzi.

Dlatego też bez względu na to czy żyjemy w państwie totalitarnym czy demokratycznym, bez względu na to, w jakich strukturach byśmy nie funkcjonowali, u jednych wyjdą na jaw złe instynkty, u innych dobre. Czy w nazistowskich Niemczech wszyscy byli zbrodniarzami? Czy w państwach komunistycznych wszyscy byli współpracownikami służb specjalnych? Oczywiście, że nie. zatem to nie wina struktur, lecz skomplikowanej struktury jednostki rozpatrywanej całkowicie indywidualnie, zawsze konkretnie. Czas już odłożyć do lamusa oświeceniowe bajki o człowieku dobrym ze swej natury, zepsutym przez społeczeństwo, o szlachetnych dzikusach i tym podobne. Społeczeństwo może uczynić człowieka i złym i dobrym.

« Starsze wpisy