Warszawa i moje mity

Wyjazd do Warszawy wywołuje we mnie zawsze nerwowe skurcze żołądka. Najpierw ten okropny Dworzec Wschodni, widok z okien pociągu na paskudne blokowiska, później smród Dworca Centralnego. A następnie już tylko chaos okolic Pałacu Kultury i Nauki. Sytuację ratuję odkryty niedawno kościół Wszystkich Świętych, którego wieże dumnie wznoszą się ponad socrealsitycznym blokiem i wydzierają sobie istotny skrawek w napowietrznej przestrzeni miasta. Swoje pierwsze kroki kieruję właśnie tam, na Plac Grzybowski, do monumantalnego kościoła, który w czasie wojny znalazł się na terenie getta, i w którym – w powszechnej opinii przed wojną zagorzały antysemita – ksiądz Marceli Godlewski udzielał ofiarnie pomocy Żydom, przede wszystkim Żydom – chrześcijanom, ale przecież nie tylko chrześcijanom.

Przed kościołem podchodzi do nas grupa anglojęzycznych dwudziestokilkuletnich chłopaków, ciemne włosy, śniada karnacja, mogą być równie dobrze Izraelczykami, ale też Francuzami, Włochami, Hiszpanami. Uprzejmi, skupieni, poważni, pytają o Synagogę Nożyków. Nie mamy pojęcia gdzie ona jest, więc razem udajemy się na jej poszukiwania. Z pomocą przychodzi nam ksiądz, który wskazuje na nieodległą zółtą budowlę widoczną ze schodów kościoła. Jak to zwykle w Warszawie bywa – synagoga stoi wcisnięta między paskudne peerlowskie budowle, wewnątrz palą się światła, ale wszystkie drzwi są pozamykane. Na tablicy czytam, że jest ona wzniesiona w stylu neoromańskim, mam jednak poważne wątpliwosci czy to właściwe określenie. Tu na Podlasiu nie mam problemu z określeniem stylu synagog, które przetrwały wojenną pożogę – w Orli czy Tykocinie to czysty, piękny barok.

Czas nagli, ale na wieczór planujemy wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Zwiedzanie w pośpiechu to coś czego nie lubię najbardziej. Po drodze kusi jeszcze Muzeum Woli, ale jest już po 16, jeśli chcemy odwiedzić Muzeum Powstania musimy zrezygnować z niewielkiego Muzeum Woli, czytamy tylko tablicę pamiątkową na budnyku, z której zapamiętuję przede wszystkim to, że wokół pałacyku w czasie Powstania znajdował się cmentarz. Warszawa wydaję mi się być jednym wielkim cmentarzem. Nie potrafię na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat śmierci. Zawsze mam wrażenie, że idąc chodnikami, przechodząc przez ulicę depczę po grobach, że depczę groby osób, których nie ekshumowano, których zwłok nigdy nie odnaleziono. Nie wyobrażam sobie bym mógł mieszkać w takim miejscu, tak samo, jak nie wyobrażam sobie, bym mógł meiszkać w Białymstoku na terenie dawnego getta.

W samym Muzeum Powstania przy szatni mijamy grupę ciemnoskórych dziewcząt, czasu mamy niewiele, dochodzi już 17, a Muzeum zamykane jest o 18. Już wiem, że to będzie bardziej bieg niż czas na skupienie, pomyślenie. B. twierdzi, że jak dla niej to za dużo bodźców na raz, nie wie na czym ma się skoncentrować, by nie uronić czegoś ważnego. Z góry już zakładamy, że przyjedziemy tu wkrótce na dużo dłużej. Tymczasem musimy wybierać. Wzruszające kartki zapisane przez poszkujących się członków rodzin; akty ekshumacji z 1945, 1947 roku – opisy ubrań, wyglądu zwłok – brak czaszki, spódnica w kratę, siwe włosy, braki w uzębieniu, odnalezione dokumenty tożsamości, osoby 20 – letnie, 30 – letnie, 50 – letnie. W sali niedaleko rodzinne zdjęcie generalnego gubernatora Hansa Franka – schludnie ubrane dzieci i tak kontrastująca z grozą i okrucieństwem wymowy Muzeum łagodna, spokojna, melancholijna twarz żony gubernatora, prowokująca wręcz pytaniami, gdzie się podziały jej ludzkie odruchy, o czym rozmawiała z mężem, co się stało z jej ludzkim współodczuwaniem. Zdjęcie szczęśliwej rodziny, znającej okrucieństwa, świadomej europejskiego dziedzictwa, wręcz wcielającej w codziennym życiu chrześcijańskie ideały. Słowem zgroza. To właśnie dopiero teraz odczułem czym jest owa banalność zła. Zła ludzi “porządnych”, wykształconych, kulturalnych. To zdjęcie i gdzieś w tle ogłuszające odgłosy maszerujących żołnierzy niemieckich najbardziej zapadają mi w pamięć.

A już na sam wieczór w dużo większym gronie nieunikniona dyskusja o sensie Powstania, zupełnie przewidywalna – jedni twierdzą, że nie da się i nie można uzasadnić celowości powstania, że nie można nadać sensu czemuś, co z góry było tego sensu pozbawione. Upieram się jednak, że twierdzenie, iż śmierć około 200 tysięcy osób, w większości osób cywilnych była pozbawiona sensu jest twierdzeniem ryzykownym. Nie dochodzimy do porozumienia.

Mit Powstania Warszawskiego był zawsze w domu żywy, książki o Powstaniu w bibliotece rodziców, opowieści mamy o częstych wizytach na cmentarzu powstańczym na Woli w czasie jej studiów w Warszawie. Osobiście jako swój mit wybrałem mit Wielkiego Księstwa Litewskiego, ale tym drugim scalajacym jest jednak mit Powstania. To państwo, które rzeokomo od 20 lat jest niepoedległe, nie bylo mi w stanie zaproponwać żadnej wizji, żadnej idei jednoczącej. Mit solidarnosci został zbrukany, zmieszany z błotem, skompromitowany doszczętnie. Mit Wielkiego Księstwa Litewskiego może mieć jedynie jakieś znaczenie tu na wschodzie. Mit Powstania ma szansę stać się mitem scalającym, właściwie już nim się stał. Mit, z którego jednakże wciąż jeszcze należy wyciągnąć jakieś konstruktywne wnioski na trudne, chaotyczne dziś, ale to już temat na zupełnie inny wpis.

Ms. No One

Istnienie prawdziwego radia może dawać prawdziwe chwile szczęścia. Prawdziwego radia, to jest radia, które odróżna się od innych stacji radiowych, które nie gra w kółko, do zdarcia tych samych “hitów”, w którym można usłyszeć interesujące audycje, rozsądne rozmowy, pobudzające wyobraźnię słuchowiska.

Wczoraj zupełnie przez przypadek trafiłem w Trójce na audycję, w której prezentowano muzykę młodego zespołu ze Szczecina – Ms. No One. Wspaniała, zachwycająca, melancholijna, niosąca łagodność i spokój. I choć wokalistka przyznaje się do swoich fascynacji Islandią, to ja w tej muzyce – w jej nastroju, kimacie – odnajduję pewne podobieństwa z twórczością litewskich wokalistek – Ievy Narkute, Jurgi, Aliny Orlovej. Rzecz oczywiście nie w naśladownictwie, czerpaniu wzorców, inspiracji, stylu czy gatunku muzycznym, ale w zbieżności, a może raczej bliskości wrażliwości wszystkich pań, ich ciepłej barwie głosu.

Co Polacy wiedzą o Białorusi i Białorusinach, a co wiedzieć powinni?

“Gość Niedzielny”, którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki – Zych pod tytułem “Madonna, korona i łzy” poświęcony niedawnej – bo z 22 sierpnia – uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: “Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. – 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (…)” I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście “Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie” z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

“Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach…”

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego – aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji “przywracania polskości” Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak – katolik, Białorusin – prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno – kulturalnym “Czasopis” wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny – w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku – uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie

Rozkochałem się w melodii języka litewskiego i postanowiłem się go nauczyć. Wykorzystuję do tego celu każdą okazję – w kafejkach, w kościołach, w sklepach. W Kiernave zamęczałem pewną miłą dziewczynę obsługującą nas w przytulnej knajpce, serwującej tradycyjne potrawy kuchni litewskiej. Znała nieco język polski, więc wypytałem ją o wszystkie możliwe litewskie słowa i zwroty, jakie mogą być przydatne w restauracji. Dziewczyna cierpliwie i uprzejmie instruowała mnie, jak powinienem wymawiać te trudne przecież dla Słowianina bałtyjskie słowa. Innym razem okazja nadarzyła się w Wilnie we włoskim bistro przy zamawianiu ogromnego ciastka z serem i wisienkami oraz jakiejś wyśmienitej potrawy z mleka o konsystencji galaretki z dużą ilością czarnych jagód.

Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.

I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają – to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.

Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące – ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie – podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.

Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej – i uwaga! – mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni – i tu także potwierdzają się słowa Babci – lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi – lista epitetów powinna być dużo dłuższa – sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.

Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest – cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany – a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia – może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą – z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów – kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory – jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.

W drodze do Wilna. Korycin, sierpień 2009

Początek ubiegłego tygodnia, kolejny wyjazd w tym roku na Litwę. Wyruszamy o 13, spokojnie, ze świadomością, że to tylko niecałe 4 godziny jazdy z centrum Białegostoku do centrum Wilna. Z dużą nonszalancją pzowalamy więc sobie na krótki postój w Korycinie, 37 km na północ od Białegostoku, stąd już tylko 270 km do Wilna, a gdyby można byłoby jechać przez Grodno, to tylko 200 km. Senne, ciche, przytulne, zawsze jasne miasteczko z przeważnie drewnianą zabudową, ze zgrabnymi domkami o dwuspadowych dachach w radosnych barwach, strzelistymi wieżami neogotyckiego kościoła na wzgórzu ze świętym źródełkiem – niegdyś miejscem kultu pogańskiego. Ziemie te we wczesnym średniowieczu zamieszkiwali Bałtowie, przodkowie późniejszych Litwinów albo Jaćwingów. To wzgórze zawsze miało w sobie coś tajemniczego, o tym, że było miejscem kultu pogańskiego, dowiedziałem się całkiem niedawno, dzięki artykułowi P. Boriwika i G. Ryżewskiego “Korycin - historia i zabytki” opublikowanemu w “Biuletynie Konserwatorskim Województwa Podlaskiego”. Niby nie wierzę w miejsca mocy, a jednak miejsca dawnych gajów pogańskich, świętych źródeł, mają w sobie coś wyjątkowego – tak jak to tutaj w Korycinie lub miejsce dawnego kultu pogańskiego w Supraślu, w którym w XV wieku stanęła cerkiew i monastyr.

Ryneczek w Korycinie tonie w zieleni. Za sprawą pomnika Zygmunta III Wazy ustawionego przed współczesnym urzędem gminy dowiadujemy się, że to właśnie ten król ufundował tu w 1601 roku pierwszą parafię.

Po schodkach wspinam się do siedziby wójta. Jeszcze w kwietniu jeden z gospodarzy z Aulakowszczyzny poinformował mnie, że będę mógł tu nabyć książkę zawierającą historię gminy Korycin, a w niej opis grodziska w Aulakowszczyźnie. Teraz wreszcie nadarzyła okazja! W budynku urzędu na parterze panuje głucha cisza, ani żywej duszy, dostrzegam schody prowadzące na piętro, m.in. do biblioteki. W bibliotece dwie panie bibliotekarki toczą namiętne debaty dnia codziennego, które muszę im brutalnie przerwać, realizując swój egoistyczny cel, który zrealizować muszę, bo następnym razem nieprędko tu zawitam w dniu powszednim. Panie uprzejmie odpowiadają mi, że owszem mają książki o historii Korycina, ale tylko do wypożyczenia, i na dodatek dwie właśnie zostały wypożyczone, ale w pokoju obok urzęduje pewna pani, u której być może będę mógł dokonać tak bezcennego zakupu. Jedna z biblotekarek, prowadzi mnie do wspomnianej pracownicy urzędu gminy. Ta zaś zupełnie zdumiona, patrząc na mnie, jak na przybysza z innej planety, informuje mnie, że żadnej książki mi nie sprzeda, ale ma jeszcze kilka egzemplarzy, które były kiedyś rozdawane bezpłatnie przy okazji różnych promocji gminy. Niemniej jednak sprzedać żadnej z nich mi nie może, bo przecież pieniędzy do kieszeni nie weźmie, a poza tym książki te nie mają ceny – tak jak wspomniałem wcześniej są całkowicie bezcenne! Może mi natmiast dać broszurki, na które troszkę się krzywię, bo historii w nich mało, tylko suche, podstawowe informacje, przeważnie praktyczne. Widocznie wzbudzam litość, bo widząc moję skwaszoną minę kobieta wreszcie proponuje mi wypożyczenie tej właściwej książki, ale ja się znowu wzbraniam, bo przecież kiedy ją oddam? Tak więc zrezygnowana pani, z uśmiechem decyduje się wreszcie wręczyć mi ją w prezencie. Robi mi się strasznie wstyd, bo czuję się teraz tak, jakbym tę książkę wyłudzał, wręcz wymuszał na bezbronnej niewieście taki podarunek. Ale dostrzegając błyski w moich oczach, kiedy trzymam wreszcie książkę w dłoniach, uśmiecha się życzliwie i teraz ona z kolei wzbrania się przed jakąkolwiek obietnicą z mojej strony odwdzięczenia się za tak wielkie uszczęśliwienie mnie. Radośnie, jak dziecko, jak mały chłopiec zbiegam po schodach na dół, wychodzę uskrzydlony na przytulny ryneczek. Dopiero teraz możemy spokojnie jechać do Wilna!

Dodam jeszcze tylko, że książka, którą otrzymałem w prezencie, nosi tytuł “Świat dawnego Korycina”, a jej autorami są następujące osoby: Jolanta Muszyńska, Urszula Wróblewska i Artur Konopacki. O samej książce napiszę więcej, gdy zakończę jej czytanie, a to nie taka prosta sprawa, bo nie jest to przecież zwykłe czytanie, ale smakowanie 120 -stronicowego opracowania poświęconego historii Korycina i okolic, zbioru podań i legend, opowieści mieszkańców gminy. Zwyczajnie perełka!

Krajowcy 2009

Krajowcy, o których tak chętnie rozpisywał się Miłosz, i o których można przeczytać w esejach Tomasza Venclovy wydawali mi się zawsze sympatycznym i wyjątkowo ciekawym środowiskiem, choć nielicznym, grupą marzycieli, Don Kichotów oderwanych nieco od rzeczywistości. Nie mieli poparcia ani w masach, ani w eilicie, bo te w przedwojennym Wilnie miałyby być w większości raczej nastawione nacjonalistycznie, a i same mniejszości podchodziły do nich nieufnie. Litwini, których w Wilnie było wówczas niewielu, pewnie nie więcej niż 2 – 3 %, a przede wszystkim Litwini z Litwy tzw. Kowieńskiej stawiali na państwo niezależne, samodzielne, a nie jakieś mgliste koncepcje federacyjne czy odrodzeniowe odnośnie Wielkiego Księstwa Litewskiego. Piłsudskiemu marzyła się federacja Litwy, Białorusi i Ukrainy z Polską, wszystkie te kraje miałyby w niej być równorzędnymi podmiotami, ale jego marzenia spełzły na niczym. Nie warto wspominać o sprzeciwie endeków, bo ten był oczywistym, ale ilu tak naprawdę zwolenników podobnej idei znalazłoby się w samym obozie tzw. piłsudczyków? Jak wpływ na poparcie społeczne wobec Piłsudskiego miałaoby konsekwentne forsowanie jego marzeń? Nie warto o tym dywagować, bo i tak pokój ryski z 1921 r. przekrełśił możliwość tworzenia takiej federacji. Krajowcy w tej nowej rzeczywistości rozważali jakąś autonomię dla dawnych ziem Wielkiego Księstwa Litewskiego, część z nich poczuła się bardziej Litwinami niż Polakami, inni dostrzegali lokalny koloryt, a lokalną tożsamość postrzegali jako dużo bardziej wartościową od tej z ziem dawnej Korony.

Czy dziś krajowcy znaleźliby kontynuatorów swoich idei? Czy ma sens mówienie współcześnie o krajowcach? Kim mieliby być?

Gdyby tacy się znaleźli to z pewnością musieliby uszanować prawo Litwinów do posiadania własnego państwa z pełnoprawną stolicą w Wilnie, nie powinni roić żadnych marzeń o federacji, co innego o sojuszu, jakby go nie nazywać czy strategicznym czy jakimkolwiek innym. Podobnie rzecz się ma z Białorusinami czy Ukraińcami.

Współcześni krajowcy dostrzegaliby wartość i piękno kultury, krajobrazu oraz tego, co dobre i nowe, a co wyrosło na gruzach dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Nie wyobrażam sobie by mogli nie uczyć się języków swoich sąsiadów, którzy niejednokrotnie świetnie znają ich rodzinny język. Poza tym czy można zachwycać się historią i kulturą Litwy czy Białorusi i nie próbować nawet poznać melodii tych pięknych języków?

A może dziś nie warto już zabawiać się w takie sentymentalne stowarzyszenia, środowiska, grupy? Jesteśmy odrebnymi narodami, tworzymy odrębne państwa, realizujące twardo swoje cele i interesy? A przeszłość, jakieś historyczne czy kulturowe więzy to tylko mgliste mrzonki, które na chwilę obecną nie stanowią żadnej wartości? Podążamy swoimi drogami i na własną rękę? A jeśli się sobą interesujemy to tylko powierzchownie, w celach ekonomicznych lub turystycznych. W zależności od kursu waluty przyjeżdżamy do siebie wzajemnie na zakupy, zatrzymujemy w uzdrowiskach, kurortach, zachwycamy architekturą, ale już niekoniecznie tym, co się u nas dzieje współcześnie, albo tym co się między nami działo w historii? Nie znamy naszych kultur, naszych obecnych problemów, bo te nas zwyczajnie nie interesują.

Kim więc by byli dziś krajowcy? Jak by zmieniły się ich idee? Czy w ogóle warto kontynuować ich myśl?

Litewskie obrazki, jeszcze słów kilka o Wilnie

Ostani nasz pobyt w Wilnie zbiegł się ze spotkaniami modlitewnymi Taize. Na placu katedralnym chłoniemy atmosferę prawdziwie różnorodnego miasta. Katedrę cały niemal dzień okupują modlący się z Polski, Łotwy, Włoch, Francji, Litwy, Białorusi i wielu innych krajów Europy, a pewnie i świata. Znakomite nagłośnienie pozwala nam na wysłuchanie opowieści młodego litewskiego zakonnika, który tysiącom młodych ludzi opowiada w języku angielskim o doświadczeniach swojego kraju z czasów totalitaryzmu. Siedzimy na schodach przy pomniku Giedymina, zachodzące słońce bursztynowo rozświetla fragment kolumnady katedry. Takie słońce, ciepłe, łagodne, o barwie gryczanego miodu widziałem wiele razy sączące się jak balsam na pniach wiekowych sosen w lesie na Pietraszach. Ta sama barwa, ten sam sposób otulania przedmiotów kojącym, wyciszającym blaskiem.

W tym czasie, gdy w katedrze mlodzi ludzie wsłuchują się w opowieść zakonnika, snutą spokojnym głosem, na placu zbierają się młodzi wilnianie, niektórzy siadają w grupkach i grają na gitarach, obok nas 6 osobowa mieszana grupa dziewczęco – chłopięca dzieli się na dwie części – panowie o nieco dłuższych, postrzępionych włosach, oryginalnie ubrani rozpoczynają grę w zośkę, a panie koncentrują się na ożywionej rozmowie. Inni jeżdżą na deskorolkach, jeszcze inni na rowerach. A wszystko to odbywa się harmonijnie, bez wzajemnej niechęci, nie ma tu grup, które zbierałyby się przeciw innym, nikt do nikogo nie odnosi się pogardliwie, jedna grupa nad drugą nie zaznacza swojej wyższości. Dla wielu tych młodych ludzi jest to dzień, jak co dzień, spotykają się tu ciepłymi wileńskimi wieczorami, dla innych to dzień wyjątkowy – modlą się także ci na zewnątrz. Możliwość wspólnej modlitwy z ludźmi z różnych krajów to bez wątpienia jednoczące przeżycie. I tym razem katedra i plac katedralny spełniają swoją rolę, nie po raz pierwszy w swojej historii, łączą codzienność ze wzniosłością, dają “schronienie” wszystkim mieszkańcom miasta, którzy na daną chwilę go poszukują.

Następnego dnia na wzgórzu tuż przy dawnym klasztorze wizytek – obecnie wiezięniu, w kafejce przy tarasie z pięknym widokiem na wileńską starówkę z białą cerkwią w stylu gruzińskim na pierwszym planie, dostrzegam dwóch około 20-letnich chłopców w zielonkakwych tiszertach, sztruksach, z dłuższymi włosami, siedzących przy stoliku i namiętnie czytających książki o pożółkłych kartkach. Już nie pamiętam kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się widzieć w Białymstoku kogokolwiek czytyającego książkę w miejscu publicznym.

Trzcianka

Północne obrzeża Puszczy Knyszyńskiej stały się moim odkryciem tego roku. Dotychczas – jak to zwykle w takich przypadkach bywa z powodu ignorancji – wydawały mi się tą częścią pogranicza, której nie warto poświęcać większej uwagi. Jak bardzo się myliłem przekonałem się ledwie kilka miesięcy temu. Wszystko zaczęło się od litewskiego grodziska w pobliżu Podzamczyska, Zamczyska i Niemczyna. Błądząc po bezdrożach, pokonując wąskie całkiem niezłe drogi asfaltowe, przemierzając żwirówki i niezanadto solidnie wyjeżdżone drogi piaskowe odkryłem wiele niezwykłych miejsc o nazwach będących przepięknym świadectwem współistnienia litewskich, rusińskich, polskich, a pewnie też i jaćwieskich mieszkańców tego skrawka ziemi. Gilbowszczyzna, Szyndziel, Aulakowszczyzna przenosiły mnie w czasie, gdy okolice te musiały być zamieszkane przez Bałtów. Lasy łączące się z Puszczą Knyszyńską, ciągnące się wąskim pasem od okolic Dąbrowy Białostockiej i zlewające się płynnie z puszczą gdzieś w okolicach Rozedranki, tak odmienne w swoim charakterze od samej puszczy, jakby przebiegała tu gdzieś granica występowania gatunków drzew i krzewów, wywarły na mnie wrażenie pierwotnej kniei pamiętającej polowania Giedymina czy Witolda. Mroczne i tajemnicze ze smukłymi aż do nieba świerkami i sosnami, rozłożystymi dębami i innymi licznymi tu gatunkami drzew liściastych. Lasy z baśni Lewisa, MacDonalda, z litewskich legend.

Wiekowe świerki z ciężkimi, niemal czarnymi gałęziami zwieszającymi się nisko nad dziurawą jak szwajcarski ser, ale jakże urokliwą asfaltową drogą z Kładziewa do Szyndziela. Samo Kładziewo położone na skraju starego ciemnego lasu jawi się jakby bramą do baśniowego świata. Jadąc od Trzcianki mijamy po lewej stronie wiekowy żeliwny krzyż zatopiony w kamieniu, który wygląda tak jakby stał tu kilkaset lat, i pewnie tyle lat już tu stoi. Przycupnął przy nim mniejszy krzyż, zatknięty bezpośrednio w ziemię, przy nim delikatny kopczyk, obsadzony kwiatkami. Dopiero później uda nam się ustalić z dużym prawdopodobieństwem, że jest to grób rosyjskiego żołnierza, który zginął w czasie II wojny śwaitowej. Ktoś wciąż o nim pamięta, ktoś wciąż dba o kwiatki na skromnej mogiłce. Dla miejscowych człowiek, to człowiek, któremu pamięć i troska należą się jeszcze długo po śmierci bezwarunkowo.

W Kładziewie jeszcze nigdy nie uraczyłem żywej duszy, stara wioska o drwnianej w większości zabudowie kryje skrzętnie swoje tajemnice. O mogiłce opowie nam mieszkaniec nieodległej Trzcianki, wracający z podziemnej piwnicy w szczerym polu z koszem kartofli. Zagadnięty nie wie, gdzie jest grodzisko, którego szukamy, ale zapytany o zamek, ze szczery uśmiechem wskazuje nam pobliską piaszczystą polną drogę tuż za sosnowym zagajnikiem. Za laskiem ma stać niebieski drewniany domek, a w nim mieszka babcia, która dużo wie o zamku, na jej polu archeolodzy rozbili kiedyś namioty, to z nimi babcia miała toczyć niekończące się rozmowy. Urokliwy domek otoczony owocowym sadem odnajdziemy, ale nie ośmielimy się zakłócać babci spokoju, gdyby chociaż krzątała się gdzieś na podwórku. Pól i łąk babci też deptać nie zamierzamy, nie jesteśmy przecież archeologami, a zwykłymi ciekawskimi mieszczuchami z wielkiego świata, bo przecież z samego Białegostoku! Nasycimy się widokiem grodziska – ledwie dostrzegalnego usypanego ludzkimi rękami wzgórza na tle sosnowego wiekowego lasu – z daleka, no może nie tak daleka, bo z odległości 200 może 300 metrów.

To grodzisko nie da mi już spokoju. Mogło ono powstać w IX albo X wieku. Siedzibę urządzili tu sobie Słowianie, wykopane dirhamy świadczyłyby o tym, że prowadzili ożywioną wymianę z kupcami aż z krajów arabskich. Czyli przez tę urokliwą puszczę musiały ciągnąć karawany kupieckie. Czy zachwycały ich tam samo, jak nas smukłe, sięgające nieba sosny i świerki? Czy puszcza wyglądała wówczas tak, jak teraz? Którędy przebiegał szlak handlowy? Czym handlowali nasi przodkowie? Skórami, miodami, sprzedawali swoich współplemieńców w niewolę? Byli ludźmi łagodnymi czy okrutnymi? Na te pytania pewne nie poznamy odpowiedzi, ale jedno jest pewne – nie zaznali tu spokoju na dłuższy czas. W XI wieku nadszedł kres grodziska. Od strony północnego zachodu zaatakowali ich prawdopodobnie Bałtowie, co śmielsze teorie mówią nawet o Wikingach! Groty strzał wykopane przez archeologów, które utkwiły w przysypanych ziemią balach palisady jednoznacznie wskazują, że napastnicy zaatakowali od strony północno – zachodniej. Zaatakowani nieszczęśnicy nie spodziewali się napadu, próbowali uciekać w kierunku południowo – wschodnim, wielu musiało zginąć, ale do dziś nie udało się odkryć kurhanu, w którym spoczęli. To już pewnie kwestia czasu, tylko trzeba rozmawiać z miejscowymi. Ileż już zdarzyło mi się widzieć na Podlasiu, gdzieś w szczerym polu niezaorywanych, ledwie wyrastających ponad powierzchnię pola kopczyków, o których z pokolenia na pokolenie przekazuje się wiedzę, że są to miejsca święte, miejsca spoczynku, których kosztem nie powiększa się stanu swego posiadania. Któreś z rzędu pokolenia już nawet nie wiedzą dlaczego nie można niszczyć tych sztucznie usypanych wzgórków, ale przez uszanowanie dla próśb swoich ojców czy dziadków nie niszczą miejsc świętych. Ojcowie, a już na pewno dziadkowie rozumieli, że miejsc ludzkiego spoczynku z zamierzchłej nawet przeszłości zrównywać z ziemią nie przystoi.

W tej małej krainie ludzi mądrych i dobrych, jakoś tak zwyczajnie po ludzku robi mi się żal tych nieszczęśników, którym nie udało się zbiec przed atakiem wojowniczych Bałtów czy Wikingów. To dobry znak, wspaniałe poczucie, że nie można zobojętnieć na śmierć nawet tę odległą, nie tylko w przestrzeni, ale też w czasie. Rodzi się swego rodzaju poczucie więzi między ludźmi, którym przytrafiło się tu być przede mną około 1000 lat temu, nie poczucie więzi etnicznej, plemiennej, kulturowej, ale takiej zwykłej międzyldzkiej. Co za szczęście!

Litewskie obrazki – Zułów, Powiewiórka, Niemenczyn

Z urokliwego Kiernowa – o którym innym razem – pierwszej stolicy Litwy przedzieramy się wąskimi asfaltowymi drogami w stronę Niemenczyna. Przed Mejszagołą krajobraz jest nieznacznie pofałdowany, z rzadka mijamy lasy, za Majszagołą pojawiają się jeziora, gęstsza zabudowa, domy mieszkalne i letniskowe, o ciekawej drewnianej w większości architekturze, wspaniale wkomponowane w tutejszy krajobraz, tak jakby z niego naturalnie wyrastały. Do Niemenczyna wjeżdżamy, gdy ten zalany jest słońcem. Podjeżdżamy pod biały zabytkowy kościół, na parkingu stoi kilka samochodów na litewskich numerach, ale osoby przy nich stojące rozmawiają po polsku. Kilka babć pieszo zmierza na mszę, nikt ich nie podwozi, może nie ma kto, bo to już południowo – wschodni skrawek Litwy, kto wie czy nie najbiedniejszy? Młodzi wyjechali pewnie do Wilna albo jeszcze dalej w świat. Przy drzwiach wejściowych do świątyni wmurowana tablica z zatartymi, trudnymi do doczytania nazwiskami żołnierzy poległych w walkach z bolszewikami w 1920 r. Nie mamy zbyt wiele czasu na kontemplację wnętrza, jest już po 16, a przed nami jeszcze kawałek drogi do Zułowa, a na 20.00 chcemy być z powrotem w Wilnie. A tu jeszcze warto rzucić okiem na pięknie szeroko płynącą Wilię, wtuloną z dwóch stron w tunel soczyście zielonego lasu. Po drodze mijamy polski dom kultury z szyldami w dwóch językach, chłopczyk z tornistrem na plecach przygląda nam się z zainteresowaniem siedząc na murku przy wejściu do budynku. Pod dom kultury zajeżdża samochód, z którego wysiada młoda mama z dwiema córeczkami – rozmawiają po polsku; mama prowadzi swoje pociechy na jakieś zajęcia pozalekcyjne. Na moście miniemy jeszcze dwóch około 20 – letnich chłopaków z dredami, i ruszamy dalej do Zułowa. Ale zanim do Zułowa, zatrzymamy się jeszcze w Powiewiórce, po litewsku zwanej – Pavoverė. Tu oglądamy kościół z drugiej połowy XVIII wieku, ze starą z zatartymi napisami tablicą informującą o tym, że jest to zabytek chroniony prawem. Chroniony prawem, ale nie ludzką ręką, wydaje się być mocno zaniedbany, miejscowej społeczności polskiej nie stać na jego odnowę najwyraźniej, a Litwini nie są tym zainteresowani – w końcu był tu chrzczony Józef Piłsudski, zdrajca Litwy i Litwinów i sprawy litewskiej. Dziwna to sprawa, w tej części Europy – nie potrafimy szanować wzajemnie swoich pamięci, swoich wrażliwości, zwłaszcza tych historycznych. Wileńszczyzna to bez wątpienia integralna część Litwy, do której w Polsce nikt rozsądny, pozostający przy zdrowych zmysłach rościć pretensji terytorialnych nie może, nie warto się więc chyba boczyć na Piłsudskiego, że kazał się zbuntować Żeligowskiemu i w zamierzchłym już przecież dwudziestoleciu przyłączyć ją do Polski i mścić na zabytkach. Litwinów jednak z drugiej strony rozumieć też trzeba, ale nie usprawiedliwiać w każdym przypadku.

Marcin chyba najbardziej z naszej trójki przeżywa wizytę w Powiewiórce, zmusza nas do filozoficznej zadumy nad tym, co musiała czuć matka przynosząca do chrztu niemowlę, które miało później wyrosnąć na jednego z największych ludzi w historii Polski. W moim domu, w rodzinie ze strony Mamy, wywodzącej się z Wileńszczyzny panował prawdziwy kult Piłsudskiego, ale dzięki Bogu nie fanatyczny.

Z Powiewiórki jedziemy już do Zułowa – po litewsku Zalavas. Przedzieramy się samochodem zupełnie nieterenowym przez remontowaną i niemiłosiernie rozkopaną w związku z tym drogę, światła, dziury, wyboje, żwir, odpryskujące kamienie, jadące z ogromną prędkością nie zważające na ograniczenia prędkości – całe szczęście nieliczne – TIRy. Wreszcie tablica Zalavas, krajobraz wokół jakbym już gdzieś kiedyś widział, jest zupełnie płasko, wioska położona na dużej polanie, a wokół sosnowe lasy. Trochę mi to miejsce przypomina oddalone około 30 km na wschód od Białegostoku okolice Załuk i Radunina. Jesteśmy ponad 300 km od Białegostoku, a mam wrażenie jakbyśmy wyjechali po pracy na wycieczkę gdzieś w okolice Gródka, i że zaraz będziemy wracać nie do Wilna, ale właśnie do Białegostoku.

Ale jak tu znaleźć miejsce, w którym stał dwór – miejsce narodzin Piłsudskiego; przy domach ani żywej duszy, z asfaltowej drogi zjeżdżamy w piaszczystą, w stronę zabudowań ciągnących się w stronę lasu. Wreszcie pojawiają się ludzie – dwóch chłopców bawiących się przy drodze w piasku i prawdopodobnie ich mama. Zatrzymujemy się i pytamy – po polsku mając pewność, że mieszkają tu Polacy – o miejsce, w którym stał dwór Piłsudskiego. Kobieta śpiewną polszczyzną każe nam zawrócić, wyjechać na asfaltową drogą i skręcić w lewo, w brukowaną drogę w lesie. Tak też zrobimy, ale zanim znajdziemy fundamenty dworu, jeszcze trochę pobłądzimy, będziemy jeszcze raz pytać starsze małżeństwo pracujące w ogrodzie przy drewnianym starym domku, gdzie jest to słynne miejsce. Aż w końcu ci nam wytłumaczą tak, że trafimy doń bez problemu.

Z daleka widzimy już dąb posadzony przez Ignacego Mościckiego i bodaj jedną z córek Piłsudskiego, ale wokół rosną chaszcze, chwasty, rozciągają się nieużytki. Widać też, że na fundamentach dworu w czasach ZSRR próbowano stawiać jakieś gospodarcze budynki. Tuż obok urządzono wówczas gnojówkę. W piwnicach – już nie wiadomo czy dworu czy budynków pokołchozowych leżą stare ubrania, plastikowe miski i inne śmieci. Nieopodal stoi stary budynek, wyglądający na czworak, duży drewniany zamieszkały przez kilka albo nawet kilkanaście rodzin. W czasie, gdy oglądamy, to co pozostało po dworze, w naszą stronę zmierza od strony lasu terenowy samochód z kogutem na dachu. Jedzie wolno, jest barwy brązowej, na pewno nie jest to litewska policja, ale prawdopodobnie straż graniczna. Gdy z daleka dostrzegają nasze aparaty i samochód na polskich numerach, nawracają i odjeżdżają. Możliwe, że to przypadek, ale podobno litewskie władze nieprzychylnym okiem spoglądają na turystów z Polski w tym miejscu. Co innego Wilno, Kowno, Połąga tu proszę bardzo, jak najbardziej, ale nie tu, na tym odludziu już nie ma co oglądać. Nie dowiemy się jakie były intencje owych strażników.

W międzyczasie w naszą stronę biegną umorusane, biednie ubrane dwie może 8 – letnie dziewczynki. Najstarsza z nich trzyma w rękach ogromną bordową księgę pamiątkową. Jej mama została poproszona przez przedstawicieli związku Polaków na Litwie o odbieranie od gości podpisów w owej księdze. Więc my także się wpisujemy, dzień przed nami wpisała się jakaś grupa z Bydgoszczy. Z przepastnych kieszeni wydobywamy garść litów i przekazujemy je dziewczynce prosząc ją by podzieliła się z pozostałymi koleżankami, i by wszystkie razem oddały je swoim mamom. Dzieciaki odbiegają w stronę domu wniebowzięte, z radości zapominają o daniu nam folderów o Zułowie. Pal licho foldery! Po kilku chwilach wraca jedna z dziewczynek ze swoją młodszą siostrą. Tacy z nas znakomici pedagodzy i psycholodzy, że próbujemy z dzieciakami rozmawiać o szkole, o stopniach, o nieodległych wakacjach, ale dziewczynki choć odpowiadają grzecznie, to jednak widzimy, że to nie w tym celu, by z nami porozmawiać tutaj przybiegły. Być może ta dziewczynka, której daliśmy pieniądze nie podzieliła się ze swoją towarzyszką. Głupio więc pytam czy może chcą jeszcze pieniędzy. Ale z opresji przytomnie ratuje nas Marcin, który przypomina, że w samochodzie mamy jeszcze cukierki przywiezione z Polski. Na dźwięk słowa “cukierki” w oczach dziewczynek pojawiają się błyski szczęscia! Niewiele tych cukierków zostało, ale dzieciaki są wniebowzięte.

A wokół obraz nędzy i rozpaczy, pod lasem straszą pozostałości kołchozowej obory, przy dawnym czworaku, na wydeptanym skrawku ziemi w kółko kręci się czarny misiek przywiązany do łańcucha, by nam się lepiej przyjrzeć wskakuje na dach budy, ale nawet szczeknąć mu się nie chce. Nastrój jak w polskiej popegieerowskiej wsi, tylko nędza chyba dużo większa. Żal nam tych małych dziewczynek, oby im się udało stąd wyrwać, oby się sytuacja tutaj zmieniła. Może to płonna nadzieja, ale jeśli sytuacja ekonomiczna Litwy będzie się stale polepszać, jeśli Litwa wyjdzie obronna ręką z tego kryzysu, to może i tutejsi Polacy coś na tym zyskają. Bez pomocy z Polski jednak się nie obejdzie. I nie są rozwiązaniem jedynie paczki świąteczne ze słodyczami i ubraniami wysyłane co roku, nie są rozwiązaniem zakupowane podręczniki, wakacje i ferie zimowe w Polsce, choć to też jest bardzo ważne. Może warto byłoby zainwestować tutaj w rolnictwo, w agroturystykę, w edukację z prawdziwego zdarzenia, trochę poprowadzić tych ludzi za rękę? Sami na pewno nie dadzą sobie rady. Wydaje się, że w znacznej części ci najbardziej zaradni wyjechali do Polski, lub dużo wcześniej zostali wywiezieni na Syberię, elita została wymordowana przez Niemców i Sowietów, a jej niedobitki przeniosły się po wojnie do Polski – spora cześć tworzyła Uniwersytet w Toruniu, część Akademię Medyczną w Białymstoku.

Mój pierwszy kontakt z Polakami na Litwie był zasmucający – jeszcze w ubiegłym roku w sierpniu, gdy pytałem w Wilnie o drogę do Rostynian zniszczonych alkoholem ludzi – jedynych, jakich mi się udało wówczas późnym wieczorem znaleźć – okazało się, że rozmawiali po polsku. Mężczyzna i kobieta, którzy mogli mieć nie więcej niż 40 lat, a wyglądali na 50 lub więcej, nieśli zakupione na stacji benzynowej piersiówki z alkoholem, a nad nimi unosiły się opary nieprzetrawionej jeszcze wódki. Szedł z nimi kilkuletni chłopczyk. Byli mili, kulturalni i niezłą polszczyzną bezbłędnie wytłumaczyli nam, jak mamy jechać dalej.

Litwini postrzegają tamtejszych Polaków, jako społeczność biedną, niezaradną, słabo wykształconą, co jednak dużo bardziej zasmucające – Polacy z ich ojczyzny odnoszą się częstokroć do swoich rodaków, jak do uboższych krewnych, z pewną pogardą, zażenowaniem, niechęcią. Polak ze wschodniej Polski, to taki Polak gorszego sortu, a cóż dopiero mówić o tych mieszkających na Litwie, Białorusi czy Ukrainie. To jeszcze pośledniejszy gatunek bliźniego. W czasach, w których w tym ponurym kraju, nie potrafiącym się uczyć na własnych błędach, nie potrafiącym wyciągać wniosków z własnej historii, bo jej zwyczajnie nie znającym, w kraju, który jak to ujął mój pewien znajomy z Białorusi “odpoczywa” – tryumfy święci darwinizm społeczny – jeśli są biedni, to są sami sobie winni, należy ich zostawić samym sobie, nie łożyć na darmozjadów i nierobów, słabość jest zawsze stanem zawinionym, i zasługuje tylko na pogardę. Ale może jednak mimo tego najniższego w Europie kapitału zaufania społecznego, mimo fatalnych relacji międzyludzkich w samej Polsce uda się podjąć akcję na rzecz Polaków na wschodzie, która nie będzie tylko pomocą doraźną, ale trwalszą, edukacyjną, inwestycyjną, która w przyszłości przełoży się na kapitał nie tylko materialny i to zarówno tam, jak i tu. Oby.

Litewskie obrazki, zamek w Miednikach, maj 2009

Już z daleka dostrzegamy pozostałości zamku, kamienne i ceglane mury, a właściwie pozostałości murów, częściowo pewnie zrekonstruowane. Dopiero po powrocie do B. udało mi się odnaleźć krótki artykuł w litewskim czasopiśmie archeologicznym poświęcony historii zamku, zawierający dla laika może nie do końca istotne informacje, bo czy może mieć dla niego znaczenie to czy zamek zbudowano w pierwszej czy drugiej połowie XIV wieku? Większe już znaczenie na pewno ma – jaki cel przyświecał inicjatorom jego wzniesienia – bo jak się okazuje nie pojawia się on zbyt często na kartach krzyżackich kronik, co daje asumpt do twierdzenia, że odgrywał raczej większą rolę w walkach dynastycznych o władzę na Litwie w XIV wieku niż w czasie walk z krzyżakami.

W popołudniowym słońcu i w otoczeniu zielonych łąk i pól, w krajobrazie raczej nizinnym, tylko delikatnie pofałdowanym, z drewnianymi domkami o dwuspadowych dach bez wyjątku krytych nieszczęsnym eternitem mury zamku widoczne już z daleka wywierają wrażenie.

Dojechawszy do miejsca, w którym niegdyś była najprawdopodobniej brama wjazdowa, zostawiamy samochód i wspinamy się wąską ścieżką na wał, na którym została wzniesiona zachodnia część murów, ścieżka jest wąska, piaszczysta i choć jest niemiłosiernie sucho, to nie trudno ześlizgnąć się z niej po stromym zboczu na samo dno okalającego zamek rowu, który jeszcze kilkaset lat temu był fosą. Oprócz nas nie ma tu nikogo, gdzieś w oddali słychać głosy bawiących się dzieci, żadnych turystów. Marcin twierdzi, że mury przypominają mu zamek w Lidzie. I nic w tym dziwnego, powstały mniej więcej w tym samym okresie i wzniesiono je przecież w tym samym państwie.

W koronach kilkusetletnich drzew, o ledwie rozwiniętych wątłych listkach, słychać już głośne buczenie pszczół, z początku mamy wrażenie, jakby zbliżał się niedostrzegalny jeszcze rój owadów, które za chwilę nas zaatakują.

Na dziedziniec dawnego zamku wejść nie można, zresztą tak naprawdę nie pozostało na nim nic interesującego, od południowej strony, gdzie jest dobry punkt widokowy i wyrwa w murze, dostrzegamy pozostałości spalonej drewnianej chałupy stylizowanej na średniowieczną, a zbudowanej pewnie w latach 80-tych albo 90-tych ubiegłego wieku. Okrążenie całego zamku zajmuje wcale nie mało czasu, trzeba wziąć też pod uwagę to, że ścieżka jest wąska i łatwo w niektórych miejscach po stromym zboczu zsunąć się do wysuszonej wieki temu fosy.

Wiejskie zabudowania i spokojna, leniwa atmosfera wiosennego, gorącego popołudnia, oraz łagodny krajobraz przypominają mi wioskę Szuniowce na Białorusi, w której znalazłem się bodaj w 1988 roku. Te same odgłosy, te same zapachy, te same barwy, ten sam nastrój.

Jeszcze tylko drewniany kościółek, niedaleko od zamku, o architekturze może nie nazbyt urzekającej, w swoim obecnym kształcie wzniesiony bodaj w dwudziestoleciu międzywojennym, jednakże w miejscu, w którym pierwsza świątynia powstała w 1391 roku! A więc był to jeden z pierwszych kościołów na Litwie!

Spod zamku wyruszamy w dalszą drogę – w stronę przejścia granicznego między Litwą i Białorusią, w którym w lipcu 1991 roku Omonowcy w barbarzyński sposób zamordowali funkcjonariuszy suwerennego już nowo powstałego Państwa Litewskiego.

CDN

(w wolnej chwili opublikuję także zdjęcia)

« Starsze wpisy