- Przecież jesteś mężczyzną, – tak przemówiła do mnie pewnego razu pewna znajoma. Nic więcej, nic mniej. To krótkie zdanie niosło w sobie jakże obszerną treść. Bądź szorstki, nie okazuj słabości, gdy trzeba bądź okrutny i bezwzględny, nie odsłaniaj się, nie masz prawa choćby do jednej łzy, nie narzekaj, nie smuć się, nie poddawaj się melancholii, krocz śmiało, pewnie przed siebie…
Cóż miałem jej powiedzieć. Że zdarzyło mi się kilka razy w moim męskim życiu płakać? W tym raz za sprawą pewnej książki?
Prawdziwa literatura ma to do siebie, że wzrusza nas do bólu, aż do granic wytrzymałości, przeszywa na wylot, wywraca na zewnątrz wszystkie nasze trzewia.
Czy miałem jej powiedzieć, że płakałem jak skrzywdzone dziecko, gdy kończyłem czytać ostatnią część “Dzieci Arbatu” – o ile się nie mylę zatytułowaną “Proch i pył”. Nie pamiętam już nawet imion bohaterów, ale była to jedna z nielicznych książek – powieści, które byłem w stanie czytać całym sobą, każdym włóknem swoich nerwów. “Dzieci Arbatu”. Cykl powieści o próbie zachowania czystości, przyzwoitości, wiary w człowieka, nadziei w skrajnie nieludzkich czasach. O młodych ludziach, których życiowe wybory prowadzą w przeciwnych sobie kierunkach. Jednego, młodego ambitnego, zdolnego, choć gdzieś w głębi niepewnego własnej siły i wartości los skieruje w stronę mrocznych sił, na których opierało się totalitarne państwo, a właściwie dlaczego winą obciążać los? Pozostańmy przy tym, że był to jego świadomy wybór, nie czyńmy z niego marionetki w rękach ślepego losu. Losu, bo przecież nie Boga.
Pewnego młodego, idealistycznie nastawionego absolwenta uczelni technicznej życiowe wybory kierują w stronę przyzwoitości, nie pozwalają zgasnąć tlącej się głęboko potrzebie zachowania czystości. Inteligentny, wykształcony, odnajduje kochającą kobietę. Prawdziwa miłość w czasach niesprzyjających wszystkiemu co prawdziwie ludzkie. Miłość, skazana na śmierć. Właściwie nie tyle miłość, co ludzie, którzy udowodnili, że czysta miłość jest możliwa w każdych okolicznościach, jest niezależna od całego zewnętrznego świata, nie ulega temu, co złe, nie jest niewolnicą żadnej konieczności, żadnego pogodzenia się z losem, z realiami. W każdych czasach, w każdych warunkach, stać na nią człowieka, czy też w każdych czasach są ludzie, którzy są do niej zdolni.
Cóż miałem ze sobą począć, gdy w ostatniej ze scen powieści kończącej cykl “Dzieci Arbatu” łzy bezwiednie popłynęły mi po policzkach. Bohaterowie, którzy ocalili prawdziwą miłość zginęli w czasie wojny. Jak mogłem nie płakać?