Cud

Kiedyś wracając z Wilna samochodem, wieczorem, kiedy zaczynało już zmierzchać, a wziąwszy pod uwagę, że jechałem przez puszczę, w której zmrok zapada dużo szybciej, złapałem – jako że zbliżałem się do miasta – czy to Dwójkę czy Radio Euro – i trafiłem na dyskusję dwóch filozofów na temat kościoła katolickiego. Jeden z nich – nazwiska niestety nie znam – wypowiedział takie oto słowa: “Kościół bez wątpienia jest dumny z Chrystusa, natomiast wątpliwe by Chrystus był dumny z kościoła.” Z jednej strony kościół Jana Pawła II, kościół franciszkanów, Tischnera, dominaknów, Bonieckiego, a z drugiej ten realny, najbliższy, codzienny. I cóż z tego, że kościół jest jeden, że nie ma podziałów na kościół Jana Pawła II i kościół codzienny. Braki w wierze zawsze można tłumaczyć i usprawiedliwiać niedoskonałością samego kościoła i czynić je najważniejszą przyczyną oddalenia się od Boga. W “moim kościele”, który spotykałem na co dzień nigdy nie odnalazłem pokory i z trudem odnajdywałem miłość, i tym sobie tłumaczyłem mój codzienny brak Boga. Ale do tego niedoskonałego kościoła, kościoła spraw małych i nierzadko zwyczajnie po ludzku nikczemnych i podłych, można nauczyć się dystansu. Bóg objawia się mimo lub wbrew niemu.

Nie wiem czy to, co wydarzyło się w Sokółce jest cudem eucharystycznym, materiał dowodowy – jeśli mozna tak go nazwać – trafił do Watykanu. Kościół w podobnych sprawach jest wyjątkowo ostrożny. I całe szczęście. Kościół pod przewodnictwem kardynała Ratzingera nie pozwoli sobie na nazwanie cudem czegoś, co nim być nie może. Mam głębokie przekonanie, że to ostateczne rozstrzygnięcie stanie się pewne i prawdziwe.

Pewien dominikanin stwierdził, że cuda eucharystyczne zdarzają się, kiedy ludzie zaczynają wątpić. Czasem odnoszę wrażenie, że Bóg mi nie pozwala o sobie zapomnieć. Ostatnimi czasy często ciągnęło mnie w okolice Sokółki, które jeszcze nie tak dawno nie należały do moich ulubionych miejsc. Czy gdyby się miało okazać, że cud domniemany jest cudem rzeczywistym, to byłby to znak od Boga czy tylko zbieg przypadków?

Co Polacy wiedzą o Białorusi i Białorusinach, a co wiedzieć powinni?

“Gość Niedzielny”, którego odkryłem około roku temu wydaje się być jednym z naibardziej interesujących tygodników katolickich w Polsce; otwartym, ciekawym i niebojącym się świata, problemów społecznych z jakimi boryka się współczesny świat, słowem czasopismem, które nie lęka się dialogu z postmodernistycznym światem, nie demonizuje i nie egzorcyzmuje go. I w zasadzie moja opinia nie zmieniła się. Rozczarował mnie natomiast nieco pewien artykuł z numeru 35 z dnia 30 sierpnia 2009 r. Barbary Gruszki – Zych pod tytułem “Madonna, korona i łzy” poświęcony niedawnej – bo z 22 sierpnia – uroczystości koronacji obrazu Matki Bożej Brasławskiej, a w nim przede wszystkim taki oto passus: “Na Białorusi przeważają wyznawcy prawosławia. Wyjątek w statystykach stanowi parafia w Brasławiu. – 70 procent mieszkańców to katolicy, większość z nich ma polskie korzenie (…)” I niby wszystko jest w porządku, wielce możliwe, że większość owych 70 % stanowią osoby mające polskie korzenie. Swoją drogą warto postawić pytanie czy ktoś przeprowadził jakieś wiarygodne badania w tej materii? Inna rzecz czy takie badania prowadzić warto? Problem tkwi w czym innym. W Polsce funkcjonuje głęboko zakorzeniony stereotyp, że niemal każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie. Zabawnie o tego typu podejściu napisała jedna z moich ulubionych blogerek emieryka w poście “Wesołe (i nie zanadto wesołe) historie” z dnia 26 sierpnia 2009 r.:

“Na dniach dzwoniłam do Grodna, żeby porozmawiać z kierownikiem pewnej katolickiej organizacji. Zadaję mu pytania po białorusku i uprzejmie słucham odpowiedzi po polsku. Dzięki Bogu, rozumiemy się całkiem dobrze. Po dziesięciu minutach takiej dwujęzycznej rozmowy mój rozmówca nieoczekiwanie mówi (naturalnie po polsku):
- A teraz przejdźmy do rozmowy o Pani polskich korzeniach…”

Kiedyś o problemie nieznajomości ze strony polskich urzędników konsularnych języka białoruskiego pisał johncupala. Nie potrafię doprawdy pojąć jak można wysyłać do pracy na Białorusi osoby nie znające języka białoruskiego – aż się boję pomyśleć czy znające historię, kulturę i mające wyobrażenie o współczesnych problemach politycznych. Teraz jeszcze pojawia się problem osób mających nieszczęsne poczucie misji “przywracania polskości” Białorusinów katolików. Wielu Polaków wciąż niestety nie wie, że zbitka Polak – katolik, Białorusin – prawosławny nie ma nie tylko zastosowania do Białorusi, ale też nie musi mieć zastosowania do białostocczyzny. Całkiem niedawno w białoruskim czasopismie poświęconym sprawom społeczno – kulturalnym “Czasopis” wydawanym w Białymstoku pojawił się artykuł Krzysztofa Gosa, w języku białoruskim, o nabożeństwach katolickich odprawianych w małym białym barokowym kościółku z XVII wieku przy białostockiej katedrze. Co prawda autor przyznaje, że większość uczestniczących w nabożeństwie stanowili prawosławni Białorusini, to jednak ma nadzieję, że grono białoruskich katolików z mszy na mszę będzie się zwiększać.

Warto jednak pamiętać o tym, że na białostocczyźnie czy na Białorusi katolicy nie muszą być Polakami. Na ziemiach Wielkiego Księstwa Litewskiego wielu etnicznych prawosławnych Rusinów lub Litwinów po 1596 roku przyjmowało Unię Brzeską. Unia na ziemiach zaboru rosyjskiego została zlikwidowana w 1839 roku, wielu unitów było wówczas siłą nawracanych na prawosławie. Po wydaniu jednak ukazau tolerancyjnego w 1905 r. przez cara potomkowie unitów nie mogąc powrócić do Unii, która przecież nie została odnowiona, przechodziło na katolicyzm (dotyczy to także Podlasia południowego). Stąd też dziwić nie mogą białoruskojęzyczni katolicy w okolicach Sokółki czy Korycina (około 40 km na północny wschód i na północ od Białegostoku). Nawet jeśli ci uważają się za Polaków, to warto pamiętać o tym, że ich korzenie tkwią w etnosach białoruskich lub też litewskich.

Pamiętam, że mając 12 lat znalazłem się pod koniec lat 80-tych na Białorusi w okolicach Głębokiego i Postaw, odwiedziliśmy wówczas pewną kuzynkę w Mosarzu. Mieszkała samotnie w urokliwym drewnianym domku nieopodal mosarskiego kościoła. To co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to to, że rozmawiała z nami w języku białoruskim, a my oczywiście po polsku. Nie wiem czy uważała się za Polkę czy Bialorusinkę. Tak jak nie wiem czy mąż innej naszej kuzynki, który określał się jako prawosławny – w czasie drugiej wojny wiernie służył w polskim wojsku – uważał siebie za Polaka czy Białorusina. Zakładanie z góry, że każdy katolik na Białorusi ma polskie korzenie wydaje mi się arogancją i ignorancją jednocześnie. Kościół katolicki jest kościołem powszechnym, w którym narodowości odgrywają rolę drugorzędną, i chyba warto o tym pamiętać.

Warszawa

Wczoraj wychodząc z Dworca Centralnego dostrzegłem między Złotymi Tarasami a Pałacem Kultury i Nauki wieże kościoła dotychczas zupełnie mi nieznanego. W żarze lejącym się z nieba, huku i zgiełku wielkomiejskim udałem się w ich stronę. Na miejscu okazało się, że jest to wspaniały, monumentalny neoklasycystyczny kościół pod wezwaniem Wszystkich Świętych; tuż przy Placu Grzybowskim, z widokiem na ulicę Próżną. Plac jak i cała Warszawa jest miejscem szalenie chaotycznym, jak ze snu szalonego architekta. Budynki socrealistyczne, szpetne, funkcjonalne aż do bólu przeplatają się z robotniczymi kamienicami czynszowymi niegdyś z czerwonej cegły i neoklasycyzmem kościoła oraz bodaj jednej niskiej kamienicy. Do kościoła przylega sześcianowaty budynek mieszczący siedzibę pewnej firmy, a od strony szerokiej ruchliwej ulicy świątynię oddziela blok mieszkalny z lat prawdopodbnie 70-tych ubiegłego wieku. Nic nie pasuje do niczego, wszystko wzajemnie się wyklucza, kąsa, drażni oko.

Warszawa zawsze budziła we mnie grozę. Nigdy nie potrafiłem na nią spojrzeć inaczej niż przez pryzmat powstania warszawskiego, gruzów, zniszczeń, krwi i śmierci. I choć miałem czas, by się z nią oswoić – przez cały niemal rok 2007 musiałem jeden dzień w tygodniu przepracować właśnie w stolicy. Wiosną, latem, wczesną jesienią w pogodne dni odkrywałem okolice ulicy Chmielnej, Nowego Świata, Krakowskiego Przedmieścia, Starówkę. I coraz bardziej przekonywałem się do jej uroku, choć duszy tego miasta odkryć nie byłem w stanie. Raził mnie zawsze chaos, jakaś przypadkowość, oderwanie od korzeni, tradycji, sztuczna ciągłość. I ta bolesna świadomość wszechobecnej śmerci, tablice pamiątkowe upamiętniające egzekucje, walki, bombardowania, każdy skrawek starego muru będący świadkiem okrutnych mordów.

Wnętrze kościoła Wszystkich Świętych przy Placu Grzybowskim jest ogromne, wyskie, powściągliwe w dekoracjach, bo przecież to nie barok, ale neoklasycyzm odwołujący się do klasycznego umiaru i ładu. Z krótkiej historii wywieszonej w kruchcie wynika, że świątynia powstała w drugiej połowie XIX wieku, została ufundowana przez hrabinę Zabiełło, w roku 1904 była świadkiem masakry protestujących przeciw poborowi do armii carskiej warszawiaków, a także miejscem schronienia ‘buntowszczików” przed kozakami i carskimi żandarmami oraz opatrywania rannych. W czasie II wojny kościół znalazł się w granicach getta. Ówczesny jego proboszcz – Marceli Godlewski miał udzielać schronienia Żydom oraz umożliwić wielu ucieczkę na aryjską stronę. Podczas powstania warszawskiego świątynia przez cały czas jego trwania znajdowała się w rękach powstańców. W podziemiach ukrywali się liczni cywile. I tu także nie obyło się bez tragedii, w czasie bombardowania 14 bodaj sierpnia 1944 r. część budowli uległa zawaleniu przygniatając śmiertelnie 30 osób.

Ze schodów kościoła roztacza się widok na Plac Grzybowski, w tym na ocalałe z wojennej pożogi ceglane kamienice, które w czaasie II wojny znalazły się na terenie getta. To słynna ulica Próżna, która ma przywoływać atmosferę dawnej Warszawy. Ale to złudne wrażenie, bo to tylko bodaj 6 kamienic, a dalej widok na socjalistyczne budownictwo, podretuszowane naszym nowym drapieżnym kapitalizmem, jednak bez większego efektu. Przy stolikach kafejki na parterze jednej z owych kamienic, stylizowanej na żydowską przesiaduje międzynarodowe towarzystwo – trójka młodych kobiet rozmawia ze sobą po francusku, na stoliku położyły profesjonalne aparaty fotograficzne, przy sąsiednim stoliku szczupły, o pociągłej twarzy z dużymi smutnymi oczami dziadek w czarnym garniturze i takim też kapeluszu, milczący, przy nim najwyraźniej trzy około osiemnastoletnie roześmiane wnuczki rozmawiające ze sobą także w języku francuskim.

Jak na tak małym skrawku można odtworzyć atmosferę dawnej Warszawy, dzielnicy robotniczej, czynszowych kamienic zamieszkałych w większości przez rodziny żydowskie? Intencje bez wątpienia wzniosłe, ale w tej próbie pobrzmiewa jakaś bezradność, bezsilność. Warszawa nowoczesna przytłacza, dominuje, nie dając najmniejszych szans tej dawnej. W Białymstoku jest o wiele więcej miejsc, które przechowały klimat drugiej połowy XIX wieku, pamiętających getto i tragedię, która działa się tu nieustannie przez kilka lat. Czynszowe kamienice, drewniane czy murowane domki z rozległymi ogrodami, brukowane ulice tworzą większe obszary, większe kompleksy, a nowoczesny, socrealistyczny Białystok nie był w stanie ich zdominować i przygnieść.

Na warszawskich kamienicach przy ul. Próżnej wywieszono zdjęcia rodzin żydowskich z okresu międzywojnia, zdjęcia osób nie przewidujących tragedii, która lada moment miała się wydarzyć. Twarze spokojne, uśmiechnięte, radosne, zamyślone budzą grozę, bo myśli mimowolnie biegną w przyszłość. Co się stało z tymi osobami, której z nich udało się przeżyć, a która poległa gdzieś w pobliżu? Kto został ocalony, a kto trafił do Treblinki?

Nie mogę się otrząsnąć z okropnego poczucia, że Warszawa to przede wszystkim śmierć. Nie przekounją mnie pnące się do nieba paskudne w większości szklane biurowce, centra handlowe, socrealistyczne bloki, budynki użyteczności publicznej. Całe szczęście jeszcze tego samego dnia wracam do domu.

Kościół Miłosierdzia Bożego w Wilnie

Rozkochałem się w melodii języka litewskiego i postanowiłem się go nauczyć. Wykorzystuję do tego celu każdą okazję – w kafejkach, w kościołach, w sklepach. W Kiernave zamęczałem pewną miłą dziewczynę obsługującą nas w przytulnej knajpce, serwującej tradycyjne potrawy kuchni litewskiej. Znała nieco język polski, więc wypytałem ją o wszystkie możliwe litewskie słowa i zwroty, jakie mogą być przydatne w restauracji. Dziewczyna cierpliwie i uprzejmie instruowała mnie, jak powinienem wymawiać te trudne przecież dla Słowianina bałtyjskie słowa. Innym razem okazja nadarzyła się w Wilnie we włoskim bistro przy zamawianiu ogromnego ciastka z serem i wisienkami oraz jakiejś wyśmienitej potrawy z mleka o konsystencji galaretki z dużą ilością czarnych jagód.

Ale języka litewskiego postanowiłem także uczyć się uczestnicząć w mszach w języku litewskim. W Wilnie w ciągu kilku dni bywam w kościołach częściej niż w Białymstoku w ciągu kwartału. A wszystko zaczęło się od ubiegłorocznej jesiennej wyprawy i mszy w Kościele św. Kazimierza. To właśnie od niej ta fascynacja językiem litewskim się rozpoczęła. Czymś niesamowicie przyjemnym jest wsłuchiwanie się w melodię i rytm tego języka, wychwytanie słów podobnych, a także próby odczytywania znaczenia słów z kontekstu niekoniecznie językowego, ale z gestów, intonacji osoby je wypowiadającej.

I tym razem nie potrafiłem, a raczej nie chciałem odmówić sobie przyjemności uczestncitwa we mszy w języku litewskim. Na taką trafiliśmy w Kościele Miłosierdza Bożego, w którym przechowywny jest obraz Jezusa Miłosiernego namalowany na podstawie wskazówek udzielanych przez św. Faustynę. I choć niewiele rozumiałem, to jednak łagodność, spokój, które wprowadza ten język nadają liturgii jakieś szczególne piękno, tak jak i spiew, a Litwini chętnie i ładnie śpiewają – to już moje własne spostrzeżenie, potwierdzające tylko słowa mojej Babci, mieszkającej przed wojną i w czasie niej na odległych kresach, bo aż w okolicach Postaw.

Ale język to jedno, a tymczasem w tym samym kościele spotkałem się z czymś, czego w Polsce nie zdarzyło mi się widzieć jeszcze nigdy. Po zakończonej mszy, młody ksiądz w pewnym momencie odszedł od ołtarza, zszedł po schodkach i pomaszerował pewnym i szybkim krokiem głównym przejściem między ławkami w stronę drzwi wyjściowych. Zaskoczyła mnie prędkość z jaką się to odbyło, bo wyszedł jako pierwszy, pdoczas gdy wierni jeszcze śpiewali, otworzył drzwi prowadzące z kruchty do wnętrza świątyni, a nasępnie stanął w drzwiach wyjściowych i czekał aż zgromadzeni zaczną wychodzić. Z niecierpliwością czekałem na dalszy rozwój wydarzeń. Gdy pojawiły się pierwsze osoby wychodzące – ku memu zdumieniu każdą z nich kapłąn żegnał indywidualnie – podając rękę i zamieniając kilka słów. Nie wiem sam, być może należałoby to tłumaczyć w ten sposób, że ów kościółek jest niewielki, gromadzi się w nim do kiludziesięciu osób, ale przecież w Polsce także bywałem w małych kościółkach, a jednak czegoś podobnego nie widziałem, nie widziałem podobnych zachowań księży i w kościołąch większych, w których na mszach w dni powszednie bywa mniej osób niż w tym wileńskim kościele.

Kilka dni temu usłyszałem gdzies w radiu, że pod względem stopy życia zbliżamy się do krajów Europy Zachodniej – i uwaga! – mamy podobno szansę dogonić Litwę! Już kilka dobrych lat temu słyszałem, że w wielu dziedzinach życia Litwa nas wyprzedziła, i bywając często w tym kraju, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Odnoszę wrażenie, nie tylko zresztą ja sam, że Litwini są dużo bardziej gospodarni – i tu także potwierdzają się słowa Babci – lepiej zorganizowani, a słowo solidarność nie jest tu pustym frazesem, jakim stało się u nas. U nas nie sposób wręcz uwierzyć, że istniał tu kiedyś 10 milionowy ruch społeczny, który pomimo wewnętrznych różnic stanowił wspaniałą jedność. Nic z niej wszak nie zostało, dla siebie zachowalem jedynie opowieści Mamy, która wspominała często o tym, jak do Solidarności w jej pracy wstępowały także osoby wyznania prawosłąwnego, a także i niewierzące. Solidarność rozmieniliśmy na drobne, nie pozostało z niej kompletnie nic, poza komprpmitującymi, żenującymi, małostkowymi, infantylnymi – lista epitetów powinna być dużo dłuższa – sporami i doraźnymi grami politycznymi. Tak czy owak spoleczeństwa z prawdziwego zdarzenia w Polsce nie mamy, a na Litwie owszem.

Ale wróćmy do gestu, owego młodego księdza, bo jak się okazało kraj, który o ponad 400 lat później niż Polska przyjął chrześcijaństwom wyprzedził nas także w rozumieniu istoty kapłaństwa. Niby błahy, zwykły, banalny gest – cynik pwoiedziałby, że wyreżyserwany – a ja jednak będę się upierał, że wiele mówiący. Kapłan w Polsce kojarzy mi się przede wszystkim z balonikiem, ze względu na stopień swego nadęcia – może trochę przerysowuję, ale jeśli nawet, to naprawdę tylko trochę. Znużony już jestem kapłanami w rodzaju książąt kościoła, tacy nie są mi do niczego potrzebni. Niepotrzebni mi są kapłani odbierający cześć i uwielbienie od swoich wiernych, zapatrzonych w nich bezkrytycznie, jak w obrazki. Kapłan to nie jest ktoś na piedestale, ktoś protekcjonalnie odnoszący się do swoich parafian, czy czasem z lekceważeniem lub wręcz pogardą – z tym też się niestety spotkałem. Kapłan to nie jest ktoś wyniesiony ponad ogół, tktoś stojący wyżej. A jednocześnie nie potrzebuję kapłanów – kumpli, swoich chłopów, osobników chcących być na fali, zgodnych z duchem czasu, czy jakby tego nie nazwać. Od kapłanów przede wszystkim chciałbym się uczyć miłości i pokory – jakby patetycznie to nie brzmiało, i tylko w ten sposób mógłbym uznawać ich autorytet.

Majewo Kościelne

300

298

285

280

Wieżę kościoła dostrzegłem przez przypadek z szosy z Janowa do Sokółki, w pobliżu Trzcianki. Do Majewa Kościelnego wiedzie dziurawa jak szwajcarski ser asfaltowa szosa. Kościół zbudowany z potężnych kamieni, w które obfitują pobliskie pola, wznosi się na niewielkim wzgórzu. Wzgórze nazywało się niegdyś Kramieniec, a świątynię zaprojektował szlachcic pochodzący z Kurlandii – Marian Behr. Prace budowlane rozpoczęto w 1907 roku, natomiast kościół oddano do użytku w 1927 roku.

Jeszcze zanim wyczytałem w historii kto był jego twórcą, stając przed kościołem po raz pierwszy miałem poczucie, że jestem gdzieś w Rydze lub Tallinie. Bez wątpienia Marian Behr musiał nasiąknąć klimatem architektury Inflant. Surowość i prostota świątyni, charakterystyczny północny rys, ściany z potężnych otoczaków, wzgórze opięte kamiennym murem, dorodne brzozy otaczające kościół, brakowało mi jedynie starych kamienic wokół, starówki z prawdziwego zdarzenia, ale nawet pofałdowane pola, lasy na horyzoncie, drewniane domki nie mąciły zdumiewającego wrażenia pobytu w nadbałtyckim mieście. Zresztą kto wie czy Majewo za 300, 400 lat nie stanie się znaczącym ośrodkiem miejskim? Czy Giedymin zakładając Wilno mógł przypuszczać, że stanie się ono po kilkuset latach tak pięknym i znaczącym ośrodkiem? Wedle legendy książę utrudzony polowaniem, usnął w sercu pierwotnej kniei w miejscu, w którym dziś stoi katedra, a wczasie błogiego wypoczynku miał mu się przyśnić żelazny wilk. Pogański kapłan objaśnił ów sen jako zapowiedź wielkości czekającej miasto, któremu początek miał dać Giedymin.

Skąd nazwa Kramieniec? Czy wzgórze było naturalnym wzniesieniem czy świątynię wzniesiono w miejscu dawnego grodziska bądź miejscu pogańskiego kultu? Do odpowiedzi na te pytania nie udało mi się jeszcze dotrzeć. Może przy następnej wizycie w Majewie spotkam kogoś kto zechce uchylić rąbka tajemnicy? Swoją drogą szkoda, że współcześnie tak trudno znaleźć ludzi, którzy potrafiliby snuć zajmujące opowieści, podania czy legendy o swoich wioskach, miastach, miasteczkach, o ważnych, tajemniczych miejscach. Te barwne, ciekawe opowieści, obyczaje, obrzędy, tradycje ustępują miejsca “wzorocom” promowanym przez kulturę masową. Jak dotychczas polska wieś modernizuje się najszybciej za sprawą anten satelitarnych, można je dostrzec na wielu skromnych, ubogich drewnianych domkach. Nikt nie ma już czasu, a pewnie i ochoty na wysłuchiwanie opowieści starszych ludzi, będących prawdziwą skarbnicą wiedzy o miejscowej historii.

Litewskie obrazki, jeszcze słów kilka o Wilnie

Ostani nasz pobyt w Wilnie zbiegł się ze spotkaniami modlitewnymi Taize. Na placu katedralnym chłoniemy atmosferę prawdziwie różnorodnego miasta. Katedrę cały niemal dzień okupują modlący się z Polski, Łotwy, Włoch, Francji, Litwy, Białorusi i wielu innych krajów Europy, a pewnie i świata. Znakomite nagłośnienie pozwala nam na wysłuchanie opowieści młodego litewskiego zakonnika, który tysiącom młodych ludzi opowiada w języku angielskim o doświadczeniach swojego kraju z czasów totalitaryzmu. Siedzimy na schodach przy pomniku Giedymina, zachodzące słońce bursztynowo rozświetla fragment kolumnady katedry. Takie słońce, ciepłe, łagodne, o barwie gryczanego miodu widziałem wiele razy sączące się jak balsam na pniach wiekowych sosen w lesie na Pietraszach. Ta sama barwa, ten sam sposób otulania przedmiotów kojącym, wyciszającym blaskiem.

W tym czasie, gdy w katedrze mlodzi ludzie wsłuchują się w opowieść zakonnika, snutą spokojnym głosem, na placu zbierają się młodzi wilnianie, niektórzy siadają w grupkach i grają na gitarach, obok nas 6 osobowa mieszana grupa dziewczęco – chłopięca dzieli się na dwie części – panowie o nieco dłuższych, postrzępionych włosach, oryginalnie ubrani rozpoczynają grę w zośkę, a panie koncentrują się na ożywionej rozmowie. Inni jeżdżą na deskorolkach, jeszcze inni na rowerach. A wszystko to odbywa się harmonijnie, bez wzajemnej niechęci, nie ma tu grup, które zbierałyby się przeciw innym, nikt do nikogo nie odnosi się pogardliwie, jedna grupa nad drugą nie zaznacza swojej wyższości. Dla wielu tych młodych ludzi jest to dzień, jak co dzień, spotykają się tu ciepłymi wileńskimi wieczorami, dla innych to dzień wyjątkowy – modlą się także ci na zewnątrz. Możliwość wspólnej modlitwy z ludźmi z różnych krajów to bez wątpienia jednoczące przeżycie. I tym razem katedra i plac katedralny spełniają swoją rolę, nie po raz pierwszy w swojej historii, łączą codzienność ze wzniosłością, dają “schronienie” wszystkim mieszkańcom miasta, którzy na daną chwilę go poszukują.

Następnego dnia na wzgórzu tuż przy dawnym klasztorze wizytek – obecnie wiezięniu, w kafejce przy tarasie z pięknym widokiem na wileńską starówkę z białą cerkwią w stylu gruzińskim na pierwszym planie, dostrzegam dwóch około 20-letnich chłopców w zielonkakwych tiszertach, sztruksach, z dłuższymi włosami, siedzących przy stoliku i namiętnie czytających książki o pożółkłych kartkach. Już nie pamiętam kiedy po raz ostatni zdarzyło mi się widzieć w Białymstoku kogokolwiek czytyającego książkę w miejscu publicznym.

Różanystok, Uganda i chasydzi

Wiosenna droga do Różanegostoku, tuż za Białymstokiem w stronę Wasilkowa zaczyna się krajobraz, który nazywam litewskim – falujące soczyście zielone wzniesienia i wijąca się jak wąż asfaltowa droga do Grodna. Gdyby nie ta idiotyczna granica po drodze, jadąc przez Grodno do Wilna, mielibyśmy o dobrych 50 – 60 kilometrów krócej. Dlatego z ogromną nadzieją będę śledzić dalsze losy Partnerstwa Wschodniego, zobaczymy co też ono przyniesie. Tymczasem tuż za Wasilkowem zaczyna się moja ulubiona Puszcza Knyszyńska z całym jej bogactwem fauny, flory i prawdziwym rajem dla archeologów. Po parunastu kilometrach mijamy zjazd do Czarnej Białostockiej, która kiedyś wydawała mi się bajkowym miasteczkiem położonym w sercu puszczy, w którym z którejkolwiek strony by nie wyjrzeć przez okno zawsze będą widoczne wierzchołki smukłych sosen i świerków. Po prawej miniemy bladą cerkiewkę o żółtych kopułach, wspaniale komponującą się z wieloodcieniową zielenią lasu. Dalej znowu zielony tunel, do którego dołączają jeszcze drzewa liściaste, porastające pagórki, spośród których w co czwartym, no może co piątym dostrzegam grodziska albo kurhany, wiedząc, że gdyby było tak naprawdę, to gmina Czarna Białostocka musiałaby mieć największą gęstość grodzisk i kurhanów w Europie! A kto wie, może tak jest naprawdę?

Straż leży już na skraju puszczy, tu pradawna knieja ustępuje miejsca polom i licznym zagajnikom na szczytach równie licznych pagórków. Sokółka mignie nam tylko w oknach i wjedziemy na trasę wiosek, które uporządkowała jeszcze sama Bona Sforza w czasie swojej słynnej reformy agrarnej w Wielkim Księstwie Litewskim. Wioski zachowały taki układ, jaki nadała im królowa, która jak się okazuje przywiozła do tego – z jej punktu widzenia – nieco ponurego kraju nie tylko nieznane tutaj wówczas gatunki warzyw, ale też wniosła nieco europejskiego porządku w te na pół jeszcze pewnie pogańskie ziemie. Wszystkie domy w owych ulicówkach stoją szczytem do drogi, a stykając się z nimi ciągną się w stronę pól zabudowania gospodarcze. Makowlany, Sokolany, Słomianka, Bierwicha. W Bierwisze prawdziwa perełka – kamień z krzyżem z wygrawerowanym napisem: “1655 – Moskal Litwę splądrował złamawszy mir wieczny”. Ten “wieczny” już się prawie zapadł pod ziemię, ale jeszcze można się go domyślić bardziej niż przeczytać.

Gdzieś na skraju Słomianki mignie w oknie samochodu kapliczka z rusińską inskrypcją, z której uda mi się odczytać słowo “sohrani” (uchroń).

To prawdziwy zlepek etnosów, kultur i religii o czym nie po raz pierwszy przekonam się w kościele w Różanymstoku. Przez moment poczuję się w nim jak w Wilnie. Barokowa, ogromna świątynia, fundacji Tyszkiewiczów, wyrastająca ni stąd, ni zowąd w zieloności pól i zagajników brzozowych. Z jej wież widać podobno Grodno! To tylko przecież 20 kilometrów w linii prostej, a może i mniej. Wracając zaś do tego zlepku etnosów, to w kościele mam prawdziwy przegląd różnych typów urody, dokładnie tak jak w Wilnie. Czarnowłosi panowie i czarnowłose panie, o mlecznej albo też śniadej karnacji, jasnowłose dziewczęta o malinowych ustach, płowowłose, kasztanowłose, lnianowłosi chłopcy. Ale dziś stało się coś czego w Różanymstoku się raczej nie spodziewałem. Gdy tylko przeszliśmy przez furtkę w murze z polnych kamieni, moim oczom ukazał się niewiarygodny wręcz widok. Grupka 6, może 7 ubranych w czerwone spodnie dresowe i niebieskie bluzy czarnoskórych chłopców tworzyła iście akrobatyczną piramidę na trawniku przed kościołem, a licznie zebrany tłum ludzi nagradzał ich gromkimi oklaskami. Spodziewałem się – to prawda – różnych typów urody, ale doprawdy nie aż takiej różnorodności! To wszystko wyglądało jak scena jednego z filmów z nurtu kina agroturystycznego typu “U pana Boga za piecem” albo “U pana Boga w ogródku”. Czarnoskórzy chłopcy przedstawiają niewiarygodne wręcz akrobacje, a wierni zgromadzeni przed kościołem, przyglądają im się z zachwytem, i z uśmiechami od ucha do ucha każdą ich figurę głośno oklaskują. Ze zdumienia wyrwała mnie dopiero ulotka wręczona mi przez malutkiego Murzynka, z której wyczytałem, że chłopcy są z Ugandy, a opiekują się nimi salezjanie. Ci zakonnicy przebywający na misji m.in. w Ugandzie wyrywają kilkuletnich i kilkunastoletnich chłopców prosto z objęć wojny. Dzieci te często są sierotami, które poznały już smak wojny, albo smak której niechybnie by poznały, gdyby nie pomocna dłoń misjonarzy.

W czasie mszy kazanie wygłasza jeden z zakonników, który opowiada o ugandyjskiej rzeczywistości. O dzieciach wyrzucanych na ulice, jeśli pochodzą z pierwszego małżeństwa kobiety, o kobietach, które po śmierci mężów są przez ich rodziny pozostawiane samym sobie razem z dziećmi, często także wypędzane. Pod koniec homilii kapłan zapowiada wstęp małych Ugandyjczyków po ogłoszeniach parafialnych, tym razem nie na trawie przed kościołem, ale w barokowych wnętrzach świątyni. Jednak zanim to nastąpi chłopcy jeszcze w czasie mszy zaśpiewają i zagrają na bębnach, co wywoła wśród wiernych ogromne poruszenie i wszyscy stojący w bocznych nawach jak jeden mąż je opuszczą i z błyskiem zainteresowania w oczach przejdą pośpiesznie do nawy głównej, by zobaczyć muzykujących chłopaków. No ale to, co się wydarzy pod koniec mszy trudno będzie nawet nazwać euforią! Wszyscy ścisną się w nawie głównej, by podziwiać akrobatyczne figury zwinnych maluchów – piramidy składające się z 7 osób, niektóre nawet “3 – piętrowe”, ze śmiałkiem stającym na rękach na samym jej szczycie, salta wykonywane przez pół długości nawy głównej między rzędami ławek i inne cuda, których opisać nawet nie sposób. A to wszystko nagradzane gromkimi brawami głośno rozbrzmiewającymi w kościele o świetnej akustyce.

I choć moja wiara jest raczej letnia niż gorąca, to dziś uczyniłem kolejny krok na drodze zrozumienia czym jest kościół powszechny i co mieli na myśli chasydzi twierdząc, że Boga można chwalić pieśnią i tańcem, a jak się okazuje także akrobatyką. Jak bańka mydlana pękł spór między Gaonem z Wilna a chasydami, spośród których ten pierwszy twierdził – w największym uproszczeniu – że Boga można poznać tylko intelektem, a ci drudzy, że raczej emocjami. To jasne przecież jak słońce, że Bóg objawia się na różne sposoby, a dziś akurat razem z innymi poznawałem Boga tylko i wyłącznie poprzez zachwyt, tak jak chasydzi!

Widok ze wzgórza

Zdarzają się chwile, kiedy Miasto wydaje się być zupełnie nierealne, a jego kontemplowanie z wałów kościoła świętego Rocha wzniesionych na wzgórzu, na którym w XIX wieku rozlokowano cmentarz, staje się niemal mistycznym przeżyciem. Co jakiś czas odczuwam potrzebę wspięcia się na nie i wpatrywania się z wysokości w Miasto, które zdaje się fatamorganą, zwodzi, oszukuje, przybiera oblicze, którego tak naprawdę nie ma. To właśnie wtedy wpatrując się w niebo nad Miastem, w las Pietrasze na horyzoncie, na wieżowce otaczające śródmieście z każdej strony, w ocalałe jeszcze gdzieniegdzie kominy starych fabryk, mieszczańskie kamienice – zwodnicze, tak samo jak miasto widziane ze wzgórza – ozdobione od strony ulicy misternymi gzymsami, pilastrami i pastelowymi tynkami, a od strony podwórka brutalnie odsłaniające jedynie czerwone cegły i okna z widokiem na brud i błoto; wpatrując się w snujący się nieustannie u podnóża wzgórza sznur samochodów, w zieleń skweru Dziekońskiej, w parterowe murowane XIX-wieczne domy niegdyś należące do żydowskich fabrykantów, hurtowników, właścicieli magazynów, w socrealistyczne bloki, w kopułę cerkwi na Lipowej, odległe wieże kościoła Farnego i jeszcze bardziej odległa świętego Wojciecha, można dostrzec Wszystko.

Chwila taka, jak dziś, w której widok nieba tuż przed zachodem słońca, już szarzejącego przed nadchodzącym deszczem, ale jeszcze z przebłyskami rozległej jasności, szum ulic, stare kamienice sprawiają, że na krótki czas można dostrzec miasto, którego nie ma, miasto gwarnych ulic rozbrzmiewających językiem jidisz, polskim, rosyjskim, białoruskim, niemieckim. Miasto, przez którego błotniste i brukowane ulice ciągną furmanki z podmiejskich wsi wypełnione towarami na targ, a między nimi przedzierają się ze swoimi wózkami drobni handlarze materiałami żelaznymi, brodaci w chałatach i czapkach z daszkiem podobnych do maciejówek. A nad tym wszystkim czuć obecność wspólnego Boga, tego samego wtedy i teraz, którego istnienie było dla dawnych mieszkańców Miasta tak oczywiste, jak dla mnie teraz, kiedy stoję na wałach.

Ni stąd ni zowąd odzywa się dzwon ze smukłej wieży kościoła, na jego dźwięk nakłada się wygrywany na dzwonach koncert z wieży w supraskim monastyrze, który słyszałem jakieś pół roku temu. Dzwony, od dźwięku których przeszywają dreszcze, a świat wydaje się jasny, zrozumiały, przyjazny i można przez moment odczuć prawdziwą wolność i szczęście.

Zlepek wrażeń, który daje poczucie, że świat jest uporządkowany i pewność, że żadne życie ludzkie nie jest przegrane – ani staruszki, która papieską windą wjechała przed chwilą na mszę, ani dziadka o przerażająco smutnej twarzy, który ciągnął wózek z torbą, gdy wsiadałem do samochodu, a on był zupełnie sam, ani starszej kobiety, która w galerii handlowej potknęła się o kosz i zawstydzona obróconymi na nią zewsząd spojrzeniami nie wiedziała, gdzie ma się ukryć.

Zlepek wrażeń, który daje pewność, że każdy człowiek ma Znaczenie, i nikt nie musi żałować swoich wyborów, a raczej ich braku, że spotykane w życiu konieczności dokądś prowadzą i w ostatecznych rozrachunku muszą okazać się czymś dobrym.

Okopy

Filmu o Jerzym Popiełuszce jeszcze nie oglądałem, choć zamierzam. Brakuje mi jedynie czasu na wybranie się do kina, a gdy czas już mam to wolę wyruszyć gdzieś za miasto. W ubiegłą niedzielę wybór padł na Okopy, niewielką wieś w pobliżu Suchowoli.

Jadąc prostą drogą z Białegostoku, nie byłoby to więcej niż 50 – 60 kilometrów, ale postanowiliśmy jechać nieco dookoła – przez Knyszyn, Jasionówkę, Korycin i Janów – jedne z bardziej interesujących miejscowości na północ od Białegostoku.

Na drodze między Janowem a Suchowolą mijamy drogowskazy i wioski o litewsko i rusińsko brzmiących nazwach, a właściwie posiadających litewskie i rusińskie rdzenie. Do tych litewskobrzmiących bez wątpienia należą: Skidlewo, Dryga, Kizielany, Dubasiewszczyzna, a te z rusińskim rdzeniem to: Nowe Stojło czy Trofimówka. Krajobraz tych okolic jest charakterystyczny dla północnych obrzeży Puszczy Knyszyńskiej – lekko falujący niewysokimi morenowymi wzgórzami, gdzieniegdzie tylko porośniętymi niewielkimi laskami sosnowymi, przepiękny wczesną wiosną rozkwitającą wszystkimi soczystymi odcieniami zieleni.

Przed samymi Okopami, przy zjeździe ze wzgórza tuż za Suchowolą roztacza się niewiarygodny wręcz widok, podobny widziałem gdzieś tuż przed Alytusem na Litwie – rozległa panorama z granatowym lasem na horyzoncie, w dole dolina z lasem jeszcze skwapliwie kryjącym zwały śniegu, a dalej kolejne wzgórza, za nimi jeszcze następne. W lesie na dnie kotlinki skręcamy w lewo, po drodze mijamy jakby sztucznie usypane wzgórza, przypominające średniowieczne grodziska, bo nie mogą być to przecież szańce, które oglądał Sienkiewicz przed napisaniem “Potopu”, choć z drugiej strony nazwa wsi – Okopy mogłaby wskazywać, że były tu jakieś umocnienia, czy to jednak te, na których rozegrała się bitwa w czasie potopu szwedzkiego pewności nie mam. Asfaltowa droga, dziurawa jak szwajcarski ser wije się serpentynami u podnóża tych wzgórz. Być może za sprawą braku słońca, porozrzucanych jeszcze gdzieniegdzie płatów brudnego śniegu, ogólnej szaroburej tonacji, odnoszę wrażenie, że jest to miejsce ponure, budzące swego rodzaju trudną do wyjaśnienia grozę, choć nie wątpię, że wiosną czy latem musi być tu dużo bardziej urokliwie.

Wreszcie dojeżdżamy do wioski. Tablica Okopy.  Mijamy kilka opuszczonych drewnianych chałup, kilka zamieszkałych, niektóre odnowione wyglądają bardziej na domki letniskowe niż miejsce stałego zamieszkania.

Prawdę powiedziawszy nie przyjechaliśmy tu po to, by zobaczyć dom, w którym urodził się ksiądz Jerzy, ledwie raz widziałem go na zdjęciu w gazecie i na dodatek nie jestem w stanie go rozpoznać wśród tych, które mijamy. Bardziej zależało nam na atmosferze samego miejsca. Głęboko wierzę w to, że otoczenie czysto zewnętrzne – krajobraz, klimat, architektura kształtują człowieka, który na takie kształtowanie jest otwarty. Chciałem zobaczyć jak wygląda miejsce, w którym urodził się człowiek bez wątpienia święty.

dscn0152

Wjazd do wsi Okopy od strony Laudańszczyzny

Wieś wywarła na mnie wrażenie przygnębiające. Po przejechaniu na jej drugi kraniec – widoczny na zdjęciu powyżej – wyszliśmy z samochodu, by się nieco rozejrzeć.

Przy polnej drodze dostrzegamy dość ciekawy stary krzyż.

dscn0153

W czasie, gdy kontemplujemy ów przydrożny zabytek, podchodzi do nas mężczyzna w średnim wieku, w niedbale nałożonej czapce, rozpiętej kurtce, gumowcach.W jego spojrzeniu czai się nieufność, pozdrawiamy go pierwsi, nawiązujemy rozmowę. Alkoholowy oddech, kilka zamienionych zdań i wszystko wskazuje na to, że mężczyzna jest tak typowym dla wsi ściany wschodniej starym kawalerem, który smutki topi w duchu puszczy albo podobnym trunku. Młode kobiety hurmem uciekają ze wsi, młodzi mężczyźni także, ale mimo wszystko nie słyszy się o zjawisku staropanieństwa na wsi, a starokawalerstwo jest dość poważnym problemem. I choć podejrzliwość do końca się nie rozpierzcha, to można odnieść wrażenie, że naszego rozmówcę na wsi trzyma swego rodzaju ze wszech miar pożądany sentymentalizm. Ożywia się i rozrzewnia, gdy opowiada nam o swoich dziadkach i pradziadkach, mających, kiedyś chałupę na wzgórzu, które wskazuje nam skinieniem głowy. Naszą rozmowę przerywają dwie jadące na skuterze nastoletnie dziewczyny. Później pojawia się jakiś samochód i mężczyzna, jakby nieco spłoszony żegna się z nami. Więcej osób już w Okopach nie spotkamy.

Wrażenie posępności miejsca potęguje jeszcze kapliczka wyglądająca jak nagrobek przy jednym z opuszczonych domostw z inskrypcją informującą, o tym, że w tym miejscu w 1999 r. zginał śmiercią tragiczną jakiś młody człowiek, oraz dwa krzyże nieopodal ustawione między asfaltową drogą a porośniętymi zeschniętą trawą fundamentami nieistniejącego już domostwa, w tym jeden z tabliczką z napisem, iż w tym miejscu spoczywa rodzina bodaj Pacewiczów pochowana w 1908.

dscn0155

Ksiądz Staś a System 09

Zupełny zbieg okoliczności, sobotnie popołudnie z przebijającym się z trudem przez szare ponure chmury słońcem, przez 2 godziny będzie jeszcze widno, chwytam aparat, wbijam się w samochód i jadę przed siebie, bez konkretnego celu, być może do Pasynek koło Zabłudowa, być może do Kudrycz, Skrybicz, aby na południe, bo to wydaje się najbardziej słoneczne.

Kościół w Dojlidach, przyspyany śnigiem park z bezlistnymi drzewami, obok ruchliwa trasa z Białegostoku do Lublina. W architekturze tego kościoła zawsze mnie coś intrygowało, to ze względu na niego, na zapuszczony niegdyś stary park i popadający w ruinę pałac, potrafiłem na całe dnie przyjeżdżać tu z drugiego końca miasta, pakować do plecaka książki, z czasem podręczniki studenckie, od których odrywała mnie jedynie błoga cisza, przez którą nie był w stanie przedrzeć się hałas nieodległej przecież szosy. Teraz park jest uporządkowany, okupowany przez tabuny studentów WSAP. Kiedyś poza kilkoma wędkarzami, miejscowymi pijaczkami nie zaglądał tu chyba nikt. Stary park i klasycystyczny pałac z widokiem na staw, jak z opowiadań Turgieniewa.

I ten niepokojący kontrast, miejsce z widokiem na plebanię, w której 30 stycznia 1989 roku zamrodowano księdza Suchowolca. Niewiarygodne wręcz, że w tak urzekającym otoczeniu mogła się dokonać zbrodnia. Drewniany domek koloru orzechowego, z dwuspadowym dachem, tak typowy dla Białegostoku, będący uosobieniem spokoju, ciszy i ładu, wbrew swej naturze musiał stać się świadkiem śmierci brutalnej.

W zimowe sobotnie słoneczne popołudnie ów domek wciąż roztacza aurę przeczącą całkowicie temu, co wydarzyło się w nim 20 lat temu. Zupełnie zapomniałem o tej rocznicy, i gdybym nie pamiętał słów swego znajomego, który twierdzi, że przypadków nie ma, powiedziałbym, że znalazłem się tu przez przypadek, z aparatem w zmarzniętej dłoni.

Pierwsze kroki kieruję w stronę grobu, ktoś przy nim zamiata resztówkę śniegu. Starsza, niska kobieta. Jest mi jakoś niewytłmaczalnie niezręcznie, mimowolnie pytam czy mogę wykonać zdjęcia. W odpowiedzi dowiaduję się, że powinienem spytać księdza, ale wyjaśniwszy, że nie jestem fotoreportem z gazety, a zdjęcia chcę wykonać do celów prywatnych, uzyskuję zgodę. Kobieta wydaje mi się być antypatyczna i na sposób białostocki podejrzliwie – nieufna. Wciąż cięzko mi się wyzbyć tej maniery powierzchownego i pochopnego oceniania ludzi.

Nawiązujemy jednak rozmowę, kobieta powoli nabiera do mnie przekonania, ciążyła mi strasznie jej nieufność. A może to, że nie chciała bądź nie potrafiła być miła. Znowu łapię się na swoim egoistycznym podejściu do ludzi, które wymusza na nich, by byli uprzejmi, mili i zawsze kulturalni. Bez niuansowania, taka mała prywatna niedojrzałość.

- Jest pan z tego samego rocznika, co mój syn.

- A co pan robił, kiedy był pogrzeb księdza Stasia?

- Miałem ledwie 13 lat.

- Mogę mieć do pana prośbę? Pomódlmy się razem, zmówmy Anioł Pański…

- Anioł Pański zwiastował Pannie Maryi i poczęła z ducha świętego…

- Zdrowaś Mario…

Rzeczywiście modlimy się razem, kiedy ostatni raz odmawiałem Anioł Pański?  Staram się by głoś brzmiał pewnie.

- Dziękuję panu za modlitwę. A pan to chyba wierzący jest?

- Różnie bywa z tą moją wiarą, proszę pani.

- Po głosie słyszę, że pan wierzący. Proszę przyjechać jutro, o godzinie 11.30 mają być uroczystości poświęcone pamięci księdza Stasia. Dziękuję jeszcze raz za wspólna modlitwę. A jeszcze proszę powiedzieć czy czuł pan obecność ksieza Stasia w czasie naszej modlitwy?

Przed odejściem jeszcze rzut oka na zdjęcia księdza Suchwolca. 31 lat, wygląd nader poważny jak na tak młody wiek, kręcone włosy, oklary, i pewny siebie uśmiech.

Sprawców do dziś nie wykryto. 5 miesięcy przed Okrągłym Stołem, 30 stycznia, tak niewiele brakowało, by żyć. Badanie krwi denata wykazało oczywiście obecność alkoholu, sprawcy nieznani, a i też ksiądz miał – o ile sobie dobrze przypominam – skręcić kark spadając bodaj z łóżka.

Po powrocie do domu natykam się w Rzepie na interesujący artykuł Wojciecha Klaty i Andrzeja Horubały “System 09. Zapiski skandalu“. O zdradzie, o manipulacji, o porzuceniu, o wykorzystaniu, o klęsce rewolucji sierpniowej, o klęsce solidarnościowego karnawału. O zdradzie milionów anonimowych członków ruchu, o zdradzie też takich osób jak ksiądz Suchowolec – kapelan Solidarności.

Jeszcze kilka lat temu z uśmiechem pobłażania odniósłbym się do podobnych artykułów. Nie mieszkam w kraju wolnym, obywatelskim? Śmiechu warte, przecież jeszcze na studiach argumentowałem podczas kłótni z wujkiem, że mamy państwo wolne i prawdziwie praworządne, bo przecież w swoich esejach na zajęcia z prawa międzynarodowego swobodnie wyrażam swoje myśli, przekonania, bez obawy o negatywne tego konsekwencje, bez obawy, że trafię do więzeinia, że ktoś założy mi podsłuch, że ktoś na mnie doniesie. Trzeba było kilku dobrych lat, by polską rzeczywistością rozczarować się dokumentnie. By trafiać na brudy w każdym miejscu, w którym zacznie się kopać. Z początku jeszcze w sposób pełen wiary i nadziei, z umiarem, w obawie przed genralizowaniem. Ile jednak rozczarowań jest w stanie znieść człowiek?

Najpierw wieści o najniższym kapitał zaufania społecznego w Europie, później coraz bardziej doskwierająca powszechna nieufność, obojętność, agresja, pogarda wobec tych gorzej wykształconych, niemajętnych, niezaradnych, dziecięco niemal nieporadnych. Świat, w którym prawie każdy każdemu wilkiem. Spotykane osoby, które powinni być elitą wykazujące się mentalnością drobnych cwaniaczków. Pomieszanie z poplątaniem, zagmatwanie wszelkich pojęć i wartości. Wartości będące antywartościami. Niezbędność funkcjonowania w określonych kontekstach, by cokolwiek osiągnąć, czy to towarzyskich, czy to politycznych – i nie ma tu znaczenia czy peowskich, pisowskich, czy eseldowskich.

Oferta pracy w Warszawie w instytucji stojącaj na straży praw i wolności za 1.800 – 1.900 zł miesięcznie netto, bez szans na jej przyjęcie, gdy kawalerka na obrzeżach stolicy kosztuje 1.400 pelenów.

A co z tymi, którzy tyrają za 900 pelenów miesięcznie, poniżani, wykorzystywani na wszelkie możliwe sposoby. Kto nie potrafi sobie radzić, kto się nie uczył, kto nie potrafi pracować… Ileż razy to słyszałem. Albo – “tak już jest”, “taki jest świat”, “taka jest rzeczywistość”, “mniej inteligentni musza odpaść”. Prymitywny darwinizm społeczny?

Co z tymi, którzy nie mogą sobie pozwolić na pójście na zwolnienie lekraskie, na urlop macierzyński?

System 09, rewolucja, która została przejęta, zmanipulowana, wykorzystana, zaprzepaszczona.

dscn0029

dscn00271

« Starsze wpisy