Majewo Kościelne

300

298

285

280

Wieżę kościoła dostrzegłem przez przypadek z szosy z Janowa do Sokółki, w pobliżu Trzcianki. Do Majewa Kościelnego wiedzie dziurawa jak szwajcarski ser asfaltowa szosa. Kościół zbudowany z potężnych kamieni, w które obfitują pobliskie pola, wznosi się na niewielkim wzgórzu. Wzgórze nazywało się niegdyś Kramieniec, a świątynię zaprojektował szlachcic pochodzący z Kurlandii – Marian Behr. Prace budowlane rozpoczęto w 1907 roku, natomiast kościół oddano do użytku w 1927 roku.

Jeszcze zanim wyczytałem w historii kto był jego twórcą, stając przed kościołem po raz pierwszy miałem poczucie, że jestem gdzieś w Rydze lub Tallinie. Bez wątpienia Marian Behr musiał nasiąknąć klimatem architektury Inflant. Surowość i prostota świątyni, charakterystyczny północny rys, ściany z potężnych otoczaków, wzgórze opięte kamiennym murem, dorodne brzozy otaczające kościół, brakowało mi jedynie starych kamienic wokół, starówki z prawdziwego zdarzenia, ale nawet pofałdowane pola, lasy na horyzoncie, drewniane domki nie mąciły zdumiewającego wrażenia pobytu w nadbałtyckim mieście. Zresztą kto wie czy Majewo za 300, 400 lat nie stanie się znaczącym ośrodkiem miejskim? Czy Giedymin zakładając Wilno mógł przypuszczać, że stanie się ono po kilkuset latach tak pięknym i znaczącym ośrodkiem? Wedle legendy książę utrudzony polowaniem, usnął w sercu pierwotnej kniei w miejscu, w którym dziś stoi katedra, a wczasie błogiego wypoczynku miał mu się przyśnić żelazny wilk. Pogański kapłan objaśnił ów sen jako zapowiedź wielkości czekającej miasto, któremu początek miał dać Giedymin.

Skąd nazwa Kramieniec? Czy wzgórze było naturalnym wzniesieniem czy świątynię wzniesiono w miejscu dawnego grodziska bądź miejscu pogańskiego kultu? Do odpowiedzi na te pytania nie udało mi się jeszcze dotrzeć. Może przy następnej wizycie w Majewie spotkam kogoś kto zechce uchylić rąbka tajemnicy? Swoją drogą szkoda, że współcześnie tak trudno znaleźć ludzi, którzy potrafiliby snuć zajmujące opowieści, podania czy legendy o swoich wioskach, miastach, miasteczkach, o ważnych, tajemniczych miejscach. Te barwne, ciekawe opowieści, obyczaje, obrzędy, tradycje ustępują miejsca “wzorocom” promowanym przez kulturę masową. Jak dotychczas polska wieś modernizuje się najszybciej za sprawą anten satelitarnych, można je dostrzec na wielu skromnych, ubogich drewnianych domkach. Nikt nie ma już czasu, a pewnie i ochoty na wysłuchiwanie opowieści starszych ludzi, będących prawdziwą skarbnicą wiedzy o miejscowej historii.

Spóźniony Dzień Matki

Mama jest jak Święty Franciszek. W świetle zachodzącego słońca schyla się nad mokrą od deszczu bujną łąką, zrywa dwa ogromne listki babki lekarskiej, owija nimi brązową ropuchę siedzącą bez ruchu na drodze i przenosi ją bezpiecznie na trawę.

A jeszcze dzień wcześniej cały dzień chodziła po domu struta, bo idąc na zakupy widziała na chodniku przejechanego jeża.

I jak tu nie być wdzięcznym Mamom?

Ocalony

- Wolałbym byś zadawał mi pytania, słaby ze mnie gawędziarz, nie potrafię snuć interesujących historii, a już zwłaszcza o sobie.

Na spotkanie niemal rok temu, w deszczowy i raczej chłodny czerwcowy dzień, przyszedłem kompletnie nieprzygotowany. Byłem pewien, że moja rola sprowadzi się do wysłuchania Z., zapisania najważniejszych faktów, a następnie stworzenia z nich krótkiej historii, a tu okazuje się, że mam stawiać pytania. Z. nie zdaje sobie kompletnie sprawy, że tak jak dla niego torturą jest snucie zajmujących opowieści, tak dla mnie torturą jest stawianie sensownych pytań. To nie jest przecież zwykła rozmowa starych dobrych znajomych, dzieli nas różnica wieku, to po pierwsze, ale to chyba akurat najmniejszy problem, bo dzieli nas nade wszystko przepaść doświadczeń, przeżyć i związanego z nimi postrzegania świata. Historię Z. już znam, ale nigdy nie opowiadał mi jej osobiście, a ja obiecałem jednak Julii coś w rodzaju reportażu, więc próbujemy jakoś wyjść z tego impasu.

Siedzimy jako jedyni w ogródku pod parasolem przy modernistycznym budynku z 1938 r., odremontowanym całkiem niedawno, mającym teraz dużo szkła i lekkości, nie straszącym już swoją peerelowską szarością. Kiedyś, w latach osiemdziesiątych kilka razy kupowałem tu z mamą zabawki. Teraz mieści się w nim bar, kafejka, cukiernia, sala konferencyjna i coś w rodzaju pubu w podziemiach. Siąpi delikatny deszcz. Po naszej lewej stronie pnie się ku górze smukła neogotycka fara, na wprost barokowy klasztor ze szpetną socrealistyczną przybudówką – blokiem, a dalej kojąca soczysta zieleń parku. Mokra jezdnia wzmaga tylko hałas przejeżdżających bez chwili wytchnienia samochodów i autobusów. Sporo ludzi w pośpiechu zmierza na pobliski przystanek, większość z nich to młode osoby, licealiści nadający miastu żywość, barwę i urok, dzięki nim jest radośniej. Potrafią się ubierać dużo lepiej niż tutejsi studenci, nie mówiąc już o dorosłych, a naszą uwagę przykuwają zwłaszcza dziewczęta, te w tym kraju podobnie, jak i kobiety – niezależnie od miasta – zawsze potrafiły ubierać się gustowniej niż mężczyźni.

Powoli przechodzimy do sedna. Właściwie tylko po to się spotkaliśmy. Z. prosi, by nie podawać jego danych osobowych.

- Napisz Zachariasz Aszer, to hebrajskie imiona. Cóż mogę ci opowiedzieć, tak naprawdę sam niewiele wiem. Przez długie lata poszukiwań, licznych spotkań z ludźmi, którzy mogliby coś wiedzieć, grzebania archiwach udało mi się zebrać kilka strzępów, kilka informacji, i ustaliłem trzy wersje mego ocalenia, nie wiedząc, która z nich jest prawdziwa. Matka dopiero na łożu śmierci potwierdziła, to czego domyślałem się już od dawna, ale nie podała szczegółów. Wedle pierwszej wersji blisko torów na Wygodzie przy ulicy Sienkiewicza ktoś mnie podał mojej “matce”. Według drugiej brat mojej przyszłej “matki” miał mnie przynieść razem ze starym Żydem do domu na Białostoczku. Na podwórku przed domem przejęła mnie “matka”. Ten dom już nie istnieje, stał w pobliżu dzisiejszych Zakładów Graficznych, tuż przy rzece, Białce. Po jego zbombardowaniu przenieśliśmy się na Wygodę, zamieszkaliśmy przy ulicy Kapralskiej. Trzecia wersja zawiera najwięcej szczegółów, chociaż to słowo “najwięcej” mogłoby sugerować, że jest ich wystarczająco dużo, by móc drążyć poszukiwania, ale niestety, nic bardziej złudnego. Pewien mężczyzna, który żył z moją “matką”, opowiadał swojej córce – z którą rozmawiałem, gdy ta była już dorosłą osobą – że przyniesiono mnie w nocy z Dworca Poleskiego. Uratowano mnie w ostatniej chwili z transportu, a miało to być we wrześniu 1941 r.

Moja matka była bardzo skrytą osobą, sam bym się pewnie nigdy nie dowiedział, gdyby nie sąsiedzi. Wszyscy wokół wiedzieli kim jestem, wystarczyło przecież na mnie tylko spojrzeć – kruczoczarne włosy, oczy jak węgliki, oliwkowa karnacja, ale nikt nie znał konkretów, nikt nie wiedział kim byli moi rodzice, nikt nie znał ich imion, nazwiska. Matka mówiła: Nie dowiaduj się, im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie. Swoją tożsamość tak zupełnie na poważnie zacząłem odkrywać dopiero w latach 90-tych, ale nic ponad to, co ci opowiedziałem, nie udało mi się ustalić, i już się pewnie nie uda…

Zamieniamy jeszcze kilka słów na zupełnie inny tematy, deszcz wciąż siąpi, na ulicy ruch, to już zupełnie inne miasto, ci którzy wracają do niego po latach, nie poznają go. Rozchodzimy się, każdy w swoją stronę.

Pokolenie M

Troszkę mnie bawią wszelkie etykietowania kolejnych młodych generacji wkraczających w świat dojrzałości. Już się nawet pogubiłem i nie jestem pewien czy oprócz pokolenia X, socjolodzy – czy też jak ktoś woli – specjaliści od marketingu stworzyli pokolenia Y, Z, czy to już tylko moje wymysły? Ale choć te szufladkowania są zabawne, czy też mają na celu zwiększenie sprzedaży określonych produktów, sam chętnie zaklasyfikowałbym siebie do Pokolenia Myslovitz. Chyba jeszcze nikt nie stworzył takiej grupy, a jeśli nawet jej istnienie zostało gdzieś zainaugurowane, to i tak nie czuję się wmanipulowany w wielką sprzedaż, bo poza koszulką z logiem zespołu i wszystkimi płytami nigdy nie byłem zainteresowany nabywaniem jakichkolwiek innych gadżetów; no jeszcze musiałbym dodać 3 czy 4 bilety na koncerty.

Wczorajszy występ zespołu w czasie białostockich juwenaliów uświadomił mi jednak, że nie potrafię już tej muzyki odbierać tak żywo, jak to było przed czterema bodaj laty w czasie koncertu akustycznego w filharmonii. Może to za sprawą miejsca – koncert pod gołym niebem z tłoczącym się pod sceną dziesięciotysięcznym tłumem nie daje takich możliwości odbioru jak granie dla kilkuset osób w zamkniętym pomieszczeniu. I choć wczorajszy koncert nie pozwolił zasnąć – jak się dziś dowiedziałem – niemal całemu Białemustokowi (muzyka była słyszalna w najodleglejszych zakątkach miasta), to jednak nie miał w sobie tej siły i energii, jakie zapamiętałem z koncertu w filharmonii. Ten ostatni, któregoś razu zdarzyło mi się określić w pewnej rozmowie – w sposób nieco egzaltowany – przeżyciem prawie mistycznym. Rzeczywiście jednak odczułem go wówczas całym sobą, każdym swoim nerwem, głos wiązł mi w krtani, a opuszczając salę miałem wrażenie, że wychodzę odmieniony i jestem kimś nieco lepszym. Może tak właśnie wygląda katharsis?

Myslovitz, było dla mnie i wciąż jest czymś więcej niż zwykłym zespołem, grającym interesującego rocka. Zawsze obok muzyki, a zaczynali przecież mało ambitnie od powielania – tak na dobra sprawę – brytyjskiego rocka, uwodziła mnie skromność, pokora, łagodność i wyjątkowa mądrość muzyków, których postrzegałem, jako zwykłych ludzi, którzy gdzieś już mi kiedyś mignęli w tłumie na ulicach śląskich miast. Do tej pory jestem pod wrażeniem ich przepoczwarzania się w grupę poszukującą własnego, niepowtarzalnego brzmienia.

Artur Rojek był zawsze prawdziwy w wyśpiewywanych przez siebie prostych i mądrych tekstach. W tej ich prostocie dostrzegałem swego czasu niemal głębię powieści Dostojewskiego, którym się jeszcze do niedawna zachwycałem.

Nic złego nie dostrzegałem też i nadal nie dostrzegam w komercyjnym sukcesie płyty “Miłość w czasach popkultury”, a utwór z niej pochodzący – “Długość dźwięku samotności” mógłby właściwie stać się hymnem tego mojego wyimaginowanego pokolenia Myslovitz. Nie jestem jednak pewien czy ci wszyscy, którzy na każdym koncercie zamiast Rojka odśpiewują cały tekst z frazą “i nawet kiedy będę sam, nie zmienię się, to nie mój świat”, do końca zdają sobie sprawę ze znaczenia tych prostych przecież słów? O jakich wyborach jest w nim mowa i z jakimi wiążą się konsekwencjami?

Z tym pokoleniem Myslovitz jest chyba jednak tak, jak z pokoleniem JP II, funkcjonuje ono raczej w umysłach tych, którzy chcieliby, by ono istniało, niż w świecie rzeczywistym. Bardziej wierzę w jednostki, które nauczanie Jana Pawła II ukształtowało niż w realnie istniejącą liczną grupę zdolną wpływać na bieg życia i świata, ale z drugiej strony “lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach”. Miejmy zatem nadzieję, że ludzi potrafią także zmieniać proste i piękne utwory sympatycznych chłopaków ze Śląska.

Nowi nadwrażliwcy

Czym są quady w lesie, a dokładnie w puszczy, miałem okazję przekonać się po raz pierwszy dokładnie rok temu podczas pierwszej wiosennej wyprawy do Rezerwatu Budzisk w Puszczy Knyszyńskiej. To właśnie wtedy cały mój zachwyt nad budzącą się do życia po długotrwałej zimie puszczą zburzył wygolony osiłek jadący quadem z największą jaką tylko można było prędkością i najgłośniej, jak się tylko dało. W tym roku okazało się, że quady stały się niemal sportem narodowym, narodową rozrywką, taką jaką jeszcze niedawno było grillowanie. Swego czasu cała Polska ruszyła z kopyta z grillowaniem, na działkach, w lesie, na łąkach, nad rzekami, nad jeziorami, w przydomowych czy przyblokowych ogródkach, a nawet na balkonach. Tak, tak, właśnie na balkonach. Wynajmujący obok mnie mieszkanie studenci regularnie urządzali jeszcze w ubiegłym roku grillowanie na balkonie.

Czy wówczas mógł ktoś przewidzieć, że z równie wielkim nabożeństwem społeczeństwo zacznie się oddawać quadomanii? Na quadach jeżdżą jak się okazuje nawet 4 – letnie dzieci! O skrajnej nieodpowiedzialności rodziców, braku wyobraźni, głupocie może świadczyć – o ile się nie mylę, chyba już kilka – przypadków śmiertelnych po zderzeniu z drzewami.

Dziś niestety sam miałem okazję doświadczyć czym jest ta nowa rozrywka niemałej części społeczeństwa. Po południu postanowiłem zapakować kilka książek do plecaka i wybrać się na łąkę pod przepięknym lasem koło Skrybicz (około 7 km na południe od Białegostoku). Skrybicze są malowniczą wioską, zamieszkałą niegdyś, to jest tak mniej więcej w XIV – XV wieku, przez skrybów z dworu Chodkiewiczów w nieodległym Zabłudowie. Skrybowie sporządzali zapewne ważne dokumenty hetmańskie, i jak to w Wielkim Księstwie Litewskim wówczas bywało w języku rusińskim, pierwowzorze obecnego języka białoruskiego. Musieli być więc ludźmi światłymi i wykształconymi i pewnie wściekłość i żałość wielka ich ogarnia, gdy gdzieś tam z nieba spoglądają na swe włości i widzą sterty śmieci w lasach, miejscowych kradnących drzewo, a jeszcze na dodatek rozbijających się niemiłosiernie głośnymi i smrodliwymi wehikułami.

Tak więc rozkoszując się ciszą i spokojem miejsca, na delikatnym wzniesieniu, z widokiem na stary las sosnowo – świerkowy, obrębiony białymi smukłymi brzozami, ze zgrozą zacząłem wsłuchiwać się w dobiegające od strony wsi Halickie odgłosy wyjącego wniebogłosy silnika, przy którym warkot traktora wydaje się być śpiewem ptaków. Nadsłuchiwałem i ku memu przerażeniu okazało się, że ryk motoru zaczął się do mnie zbliżać, już go słyszałem na drodze, którą sam przyjechałem, a po chwili mignął przede mną czarny potwór ujarzmiany przez około 40 – letniego mężczyznę wiozącego ze sobą, gdzieś na jakimś tylnym siedzeniu dzieciątko malusieńkie, nie wiem czy miało 3 latka! Czarny potwór minął mnie w wielkim pędzie, by wtargnąć z rozrywającym bębenki w uszach łoskotem do nieodległego lasu. Już pal go licho, pomyślałem, niech tylko odjedzie jak najszybciej i jak najdalej. Ale nic z tego, ryczący maszkaron nie oddalił się zanadto. Przez około 30 minut wściekle warczał, jeżdżąc w kółko po leśnych bezdrożach tuż przy skraju lasu, bo wyraźnie słyszałem trzask łamanych gałęzi. Nie mogłem pojąć jak przez niemal 30 minut można zataczać kółka na przestrzeni kilkuset metrów!!! I co to za przyjemność dla niespełna 3 – letniego malca?! Bo, że ojciec był kretynem, co do tego nie miałem wątpliwości.

W ogóle quadomania, to osobliwa rozrywka, nowa klasa średnia najchętniej buszuje na tych maszynach właśnie po lasach, po puszczach, po rezerwatach, a kto wie może i po parkach narodowych. Wiadomo przecież, że mężczyźni nasi, to prawdziwi nadwrażliwcy, przyobleczeni w skórę nosorożców tylko dla niepoznaki. Nieobojętni na uroki natury, pięknej polskiej przyrody. Któż by nie chciał podziwiać budzącego się do życia wiosennego lasu, smukłych, sięgających nieba sosen, podmokłego lasu, żeremi bobrowych. A quad im tylko umożliwia obcowanie z prawdziwym pięknem. Gdyby nie quad, leśne licho, by ich nie przygnało do żadnego rezerwatu, no bo niby i jak? Pieszo? Na rowerze? Wszak to rozrywka dla frajerów!

Całe szczęście, jak się okazało nie tylko głośny, ale i smrodliwy quad odjechał. Las w okolicach Skrybicz jest pozostałością dawnej Puszczy Błudowskiej, nie jest zanadto rozległy, ale wiele razy zdarzyło mi się w nim widzieć sarny, lisy, zające, kuny, ktoś gdzieś kiedyś na jego skraju widział łosia. Wyobrażam sobie, jaki popłoch wśród tych prawowitych mieszkańców lasu musi wywoływać wtargnięcie takiego bezmyślnego osobnika na quadzie. Gdybyż to jeszcze był zwykły przejazd przez las, wymuszony jakąś koniecznością, ale nie to było idiotyczne jeżdżenie w kółko, wytwarzające hałas, który zmarłych mógłby pobudzić ze snu wiecznego!

Ta quadomania, odzwierciedla też ogólniejszą prawdę o niemałej chyba części naszego społeczeństwa. Obrazuje ona chama. Chama, dla którego ważny jest tylko on sam, tylko jego potrzeby i zachcianki, chama, który nie zauważa innych, i się z nimi nie liczy. Chama, który nie ma wyobraźni, albo z niej nie korzysta, nie dostrzega innego wokół siebie, a właściwie nie tylko innego, ale i niczego. Że komuś przeszkadzam? Że niepokoję zwierzynę? Że zanieczyszczam las? Mam do tego prawo, to korzystam. Czy jest to zabronione? Jest to też odzwierciedlenie zwykłych codziennych relacji międzyludzkich w innych sferach życia – brak uważności wobec innych i otaczającego świata, brak empatii i życzliwości.

Podzamczysk i Aulakowszczyzna. Szlakiem litewskiego pogranicza. Zdjęcia

Dwa pierwsze zdjęcia poniżej przedstawiają grodzisko w okolicach Podzamczyska, usypane najprawdopodobniej w XII wieku przez Litwinów na pograniczu litewsko – mazowieckim, wszystkie pozostałe natomiast są wariacją na temat grodziska w Aulakowszczyźnie – prawdopodobnie także litewskiego, z tego samego okresu. Ale na pograniczu, jak to na pograniczu, pewności chyba nigdy mieć nie można, bo być może owe usypiska były dziełem Jaćwingów, a może Słowian? Jaki los spotkał ich mieszkańców nie wiadomo, choć jak wspominał nasz przewodnik (o którym mowa w poprzednim poście) wykopywane przez niego i przez innych mieszkańców Aulakowszczyzny zwęglone bale wskazywałyby na to, że nieszczęśnicy ci zostali zaatakowani przez… No właśnie, przez kogo? A to już zależy od tego kto je zamieszkiwał. Jeśli Litwini bądź Jaćwingowie, to możliwe, że agresorami byli Krzyżacy z nieodległego przecież zamku w Ełku, a może Mazowszanie? Jeśli zamieszkiwali je Słowianie to atakującymi mogli być Bałtowie, tj. Litwini lub Jaćwingowie. A kto wie może nawet sami Wikingowie. Wykopaliska przeprowadzone w 2007 r. na grodzisku z IX – XI wieku w Trzciance (odległej około 15 – 20 km na wschód od Aulakowszczyzny) dowodzą, że napadającymi mogli być właśnie przybysze ze Skandynawii. O Trzciance wspomnę w jednym z następnych postów, bo to także wielce interesujące miejsce. Tak czy owak ta archeologiczna niepewność pozostawia pole do popisu dla wyobraźni, ale z drugiej strony tak korci, by wiedzieć na pewno!

Okopy

Filmu o Jerzym Popiełuszce jeszcze nie oglądałem, choć zamierzam. Brakuje mi jedynie czasu na wybranie się do kina, a gdy czas już mam to wolę wyruszyć gdzieś za miasto. W ubiegłą niedzielę wybór padł na Okopy, niewielką wieś w pobliżu Suchowoli.

Jadąc prostą drogą z Białegostoku, nie byłoby to więcej niż 50 – 60 kilometrów, ale postanowiliśmy jechać nieco dookoła – przez Knyszyn, Jasionówkę, Korycin i Janów – jedne z bardziej interesujących miejscowości na północ od Białegostoku.

Na drodze między Janowem a Suchowolą mijamy drogowskazy i wioski o litewsko i rusińsko brzmiących nazwach, a właściwie posiadających litewskie i rusińskie rdzenie. Do tych litewskobrzmiących bez wątpienia należą: Skidlewo, Dryga, Kizielany, Dubasiewszczyzna, a te z rusińskim rdzeniem to: Nowe Stojło czy Trofimówka. Krajobraz tych okolic jest charakterystyczny dla północnych obrzeży Puszczy Knyszyńskiej – lekko falujący niewysokimi morenowymi wzgórzami, gdzieniegdzie tylko porośniętymi niewielkimi laskami sosnowymi, przepiękny wczesną wiosną rozkwitającą wszystkimi soczystymi odcieniami zieleni.

Przed samymi Okopami, przy zjeździe ze wzgórza tuż za Suchowolą roztacza się niewiarygodny wręcz widok, podobny widziałem gdzieś tuż przed Alytusem na Litwie – rozległa panorama z granatowym lasem na horyzoncie, w dole dolina z lasem jeszcze skwapliwie kryjącym zwały śniegu, a dalej kolejne wzgórza, za nimi jeszcze następne. W lesie na dnie kotlinki skręcamy w lewo, po drodze mijamy jakby sztucznie usypane wzgórza, przypominające średniowieczne grodziska, bo nie mogą być to przecież szańce, które oglądał Sienkiewicz przed napisaniem “Potopu”, choć z drugiej strony nazwa wsi – Okopy mogłaby wskazywać, że były tu jakieś umocnienia, czy to jednak te, na których rozegrała się bitwa w czasie potopu szwedzkiego pewności nie mam. Asfaltowa droga, dziurawa jak szwajcarski ser wije się serpentynami u podnóża tych wzgórz. Być może za sprawą braku słońca, porozrzucanych jeszcze gdzieniegdzie płatów brudnego śniegu, ogólnej szaroburej tonacji, odnoszę wrażenie, że jest to miejsce ponure, budzące swego rodzaju trudną do wyjaśnienia grozę, choć nie wątpię, że wiosną czy latem musi być tu dużo bardziej urokliwie.

Wreszcie dojeżdżamy do wioski. Tablica Okopy.  Mijamy kilka opuszczonych drewnianych chałup, kilka zamieszkałych, niektóre odnowione wyglądają bardziej na domki letniskowe niż miejsce stałego zamieszkania.

Prawdę powiedziawszy nie przyjechaliśmy tu po to, by zobaczyć dom, w którym urodził się ksiądz Jerzy, ledwie raz widziałem go na zdjęciu w gazecie i na dodatek nie jestem w stanie go rozpoznać wśród tych, które mijamy. Bardziej zależało nam na atmosferze samego miejsca. Głęboko wierzę w to, że otoczenie czysto zewnętrzne – krajobraz, klimat, architektura kształtują człowieka, który na takie kształtowanie jest otwarty. Chciałem zobaczyć jak wygląda miejsce, w którym urodził się człowiek bez wątpienia święty.

dscn0152

Wjazd do wsi Okopy od strony Laudańszczyzny

Wieś wywarła na mnie wrażenie przygnębiające. Po przejechaniu na jej drugi kraniec – widoczny na zdjęciu powyżej – wyszliśmy z samochodu, by się nieco rozejrzeć.

Przy polnej drodze dostrzegamy dość ciekawy stary krzyż.

dscn0153

W czasie, gdy kontemplujemy ów przydrożny zabytek, podchodzi do nas mężczyzna w średnim wieku, w niedbale nałożonej czapce, rozpiętej kurtce, gumowcach.W jego spojrzeniu czai się nieufność, pozdrawiamy go pierwsi, nawiązujemy rozmowę. Alkoholowy oddech, kilka zamienionych zdań i wszystko wskazuje na to, że mężczyzna jest tak typowym dla wsi ściany wschodniej starym kawalerem, który smutki topi w duchu puszczy albo podobnym trunku. Młode kobiety hurmem uciekają ze wsi, młodzi mężczyźni także, ale mimo wszystko nie słyszy się o zjawisku staropanieństwa na wsi, a starokawalerstwo jest dość poważnym problemem. I choć podejrzliwość do końca się nie rozpierzcha, to można odnieść wrażenie, że naszego rozmówcę na wsi trzyma swego rodzaju ze wszech miar pożądany sentymentalizm. Ożywia się i rozrzewnia, gdy opowiada nam o swoich dziadkach i pradziadkach, mających, kiedyś chałupę na wzgórzu, które wskazuje nam skinieniem głowy. Naszą rozmowę przerywają dwie jadące na skuterze nastoletnie dziewczyny. Później pojawia się jakiś samochód i mężczyzna, jakby nieco spłoszony żegna się z nami. Więcej osób już w Okopach nie spotkamy.

Wrażenie posępności miejsca potęguje jeszcze kapliczka wyglądająca jak nagrobek przy jednym z opuszczonych domostw z inskrypcją informującą, o tym, że w tym miejscu w 1999 r. zginał śmiercią tragiczną jakiś młody człowiek, oraz dwa krzyże nieopodal ustawione między asfaltową drogą a porośniętymi zeschniętą trawą fundamentami nieistniejącego już domostwa, w tym jeden z tabliczką z napisem, iż w tym miejscu spoczywa rodzina bodaj Pacewiczów pochowana w 1908.

dscn0155

Alytus i o litewskich krajobrazach

Lesiste i pofałdowane tereny na północ i na północny wschód od Białegostoku zawsze kojarzyły mi się z litewskim krajobrazem. Naczytawszy się o styku kultur, nie znając jeszcze Litwy właściwej, byłem pewien, że tutejszy krajobraz ma w sobie coś litewskiego – w swoim wyglądzie i w atmosferze, którą tworzy. Morenowe wzgórza porośnięte puszczą i zagajnikami z pewnością pamiętają dawnych mieszkańców tych ziem - Bałtów, czy to Litwinów, czy Jaćwingów. Na ich bytnośc tutaj wskazywałyby także nazwy wielu miejscowości – Sokołda, Trejgle, Szudziałowo, Jaświły, Jatwież Duża, by wymienić tylko kilka. Ślady po dawnych grodziskach w postaci sztucznie usypanych wzgórz, tajemnicze nie zbdane przez archeologów wzgórza, które mogą być pozostałościami po grodziskach, ale też kurhanami. Pozostałości po dworze myśliwskim Wielkiego Księcia Witolda, po którym pozostało tylko usypane ludzkimi rękami, o regularnym kształcie wzniesienie w okolicach Knyszyna, na skraju Puszczy Knyszyńskiej. Dziecięca wyobraźnia zaludniała te wszystkie gaje, puszcze, wzgórza wyobrażonymi postaciami z mitologii bałtyjskiej, rycerzami, bóstwami, duchami.

I to charakterystyczne słońce, tak nieodłączne od tych miejsc – ile razy bym nie wyruszył na północ czy na północny wschód, owe wzgórza, lasy, zawsze toną w jasnym, raz to nieco mglistym, innym razem wyraźnie i ostro podkreślającym kontury słońcu.

Droga na Litwę właściwą wiedzie przez ten charakterystyczny krajobraz, najpierw prosto na północ w stronę Korycina, przez puszczę, która później okaże się być tak typową dla lasów litewskich, dalej do Suchowoli, Sztabina, Augustowa, by wreszcie odbić na północny wschód w strone Sejn, wąską asfaltową drogą przez kolejna puszczę, tym razem Augustowską, jakże odmienną od Knyszyńskiej, ale też charakterystyczną dla litewskich lasów, gdzie między smukłymi jak maszty sosnami przebijają gładkie tafle błękitnych jezior. Przed Sejnami krajobraz się zmienia, wzgórza stają się wyższe, lasów ubywa i tak jest do Ogrodnik. Po litewskiej stronie krajobraz nieco łagodnieje, ale tylko nieznacznie, i jest to jedynie pozorny spokój. Tuż za Lazdiai otwiera się ogromna przestrzeń, której prózno szukać po polskiej stronie, może jedynie w okolicach Lipska w drodze do Dąbrowy Białostockiej, ale to też nie to. Krajobraz w drodze z Lazdiai do Alytus ma dużo większy rozmach, po wspięciu się na wzgórze z szosy roztacza się widok zapierający dech w piersiach, w dole rozpościera się długa i szeroka kotlina, obramowana na horyzoncie wzgórzami - jak tylko okiem sięgnąć -porośniętymi lasem nie mającym ani początku, ani końca. Tej przestrzeni i tego rozmachu nie sposób uchwycić żadnym aparatem, żadną kamerą, każda taka próba przyniesie w rezultacie tylko jego mizerną karykaturę. Wszyscy znajomi, z którymi zdarzyło mi się jechać do Wilna, oniemieli w tym miejscu, tu rzeczywiście można zrozumieć i poczuć czym jest prawdziwy zachyt. Głęboko wierzę w to, że zapierający dech w piersiach krjobraz i piękna architektura są w stanie czynić ludzi lepszymi, tych ludzi oczywiście, którzy są na to gotowi. Nie bez przyczyny wilnianie – bez wnikania w ich narodowość, czy to Litwini, czy Polacy, czy Rosjanie, czy Białorusini – odznaczają się ogromną życzliwością, opanowaniem i spokojem.

Około 2 godzin i 45 minut jazdy samochodem i dojeżdżamy do największego miasta w drodze do Wilna. Alytus. Szóste co do wielkości miasto Litwy, 70 tysięcy mieszkańców. Malowniczo rozłożone na wzgórzach wtulających się w szeroko płynący niemal przez centrum miasta Niemen. Jadąc do Wilna można Alytus zupełnie zignorować, widząc z okien samochodu socrealsityczne budowle z wielkiej płyty, sporą blaszną Maximę i kilka stacji beznzynowych. Warto jednak na drugich bodaj światłach przed pojechaniem prosto w stronę Wilna, skręcić w lewo, do centrum. Tutaj zaczyna się inny świat, ulica wysadzona z jednej i drugiej strony szpalerem drzew, zabudowę tworzą znośne posowieckie budynki przeplatane cudem ocalałymi urkoliwymi drewnianymi domkami o dwuspadowych dachach. I  znowuż cudowne, jasne, intensywne słońce, zupełnie odmienne od słońca warszawskiego, lubelskiego, krakowskiego, koszyckiego czy budapesztańskiego, słońce dużo bardziej “północne”, albo z mgiełką, albo ostro wydobywające wszelkie kontury, słońce inspirujące, olśniewające, czy wręcz uduchawiające. Po prawej stronie w samym centrum miasta wyrasta piękny sosnowy las. Las w centrum miasta nie jest właściwie niczym zdumiewającym, podobnie jest w Augustowie, tylko bez tego uroku, podobnie też w Białymstoku, ale tu las jest mieszany. Parkujemy samochód przy kilkukondygnacyjnej szarej budowli, która przypomina siedzibę urzędu. W odległości kilkunastu metrów zaczyna się szeroki deptak ze stojącym na środku nowoczesnym ratuszem, wzniesionym prawdopodbnie jeszcze w schyłkowych czasach ZSRR, ale mającym w sobie coś z budowli, którą widziałem kiedyś na jakiejś pocztówce z Finlandii. Budynek niewysoki, w kształcie prostopadłościanu, ze stanowiącą jego integralną część, nienachalnie przyklejoną wieżą o krótkiej, ostrej iglicy. Naprawdę ciekawa architektura. W przeciwległym końcu deptak zamyka sosonowy las, w którym pewnie mieszczą się sanatoria i ośrodki wypoczynkowe.

Z przewodnika wynika, że w mieście nie ma wielu zabytków, ale nam wystarczają tonące w słońcu malownicze drewniane domki i odbijające słoneczne promienie bursztynowe pnie sosen. W pobliżu ma być XIX – wieczna synagoga. W sklepie z armoatycznymi herbatami i czekoladami, jasnowłosa sprzedawczyni w białej zwiewnej letniej sukience tłumaczy nam – przeplatając słowa rosyjskie polskimi - jak do dojść do dawnej bożnicy. Wychodzi nawet z nami przed sklep, by dokładnie wskazać drogę. Ceglana budowla wtula się w stok zielonego wzgórza, wokół nowe domki jednorodzinne, a gdzieś w dole płynie niewdoczny z tego miejsca Niemen. Najbardziej malowniczo jednak rzeka płynie na skraju miasta po dordze do Wilna, otoczona wzgórzami porośniętymi mieszanym lasem, najpiękniej wyglądającym wczesną jesienią, rozświetlonym w słońcu wszystkimi odcieniami czerwieni, żółci i brązu. Drzewa stromymi zboczami schodzą ku rzece, tworząc razem z nią przepiękny widok, wywołujacy obok zachwytu uczucie niezrozumialej grozy.

dsc00222

dsc00223

dsc00224

dsc00225

dsc00226

Litewska muzyka współczesna

Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze sobą spotykać, a podczas owych spotkań jednym z ich ulubionych zajęć było wspólne śpiewanie. Wziąwszy pod uwagę melodykę i rytm języka litewskiego nietrudno to sobie wyobrazić. Bardzo lubię brzmienie języka litewskiego, jego łagodność, melodyjność i miękkość.

Poniżej prezentuję kilka moich ulubionych utworów litewskich wykonawców. Na ten pierwszy natknąłem się zupełnie przez przypadek. Jonas ir Rasa “Teka saule”. Inne utwory tych wykonawców nie robią na mnie większego wrażenia, choć muszę też przyznać, że niewiele ich słyszałem. Natomiast ten zaskoczył mnie ciekawym połączeniem nowoczesnego brzmienia, wyraźnego tanecznego bitu i motywu folkowego. Teledysk ma też w sobie coś z tajemniczej atmosfery ballad Mickiewicza.

Żalvarinis z kolei to zespół, który znam dużo lepiej, a który miałem okazję słyszeć i oglądać na koncercie w Białymstoku w czerwcu 2008 r. To jeden z nielicznych zespołów, które brzmią doskonale i w studiu i na żywo. W swojej muzyce Litwini harmonijnie łączą mocne rockowe brzmienia z litewską muzyką folkową, choć chyba dużo bardziej pasowałoby określenie – ludową. Nie sposób też nie ulec urokowi trzech ślicznych wokalistek.

Piątkowy poranek z Andrzejem Celińskim

Mam wolną chwilę, więc oglądam w TVN24 wywiad z Andrzejem Celińskim poświęcony niemal w całości Lechowi Wałęsie i rozważaniom wokół lustracji, prawdy i wiedzy. Andrzeja Celińskiego cenię jako polityka, nie wyczuwam w nim koniunkturalności, braku ideowości czy uczciwości, wręcz odwrotnie wydaje mi się być politykiem głęboko przekonanym do głoszonych idei, zawsze starającym się zachowywać przyzwoicie, szczerym i konsekwentnym, słowem gatunek na wymarciu w życiu publicznym.

To jednak, że jakiegoś polityka szanuję nie musi oznaczać, że zawsze i we wszystkim się z nim zgadzam.

Nie mogę zrozumieć, jak Celińskiego może nie boleć to, że Lesław Maleszka – który swego czasu w Warszawie korzystał z gościnności Andrzeja Celińskiego – okazał się być agentem, zupełnie świadomym, czerpiącym ze współpracy wymierne korzyści, a nawet satysfakcję. Celińskiemu cierpienie miało sprawiać tylko to, że posiadł o tym wiedzę, wiedzę w jego przekonaniu zbędną, która do niczego nie jest mu potrzebna, wiedzę, bez której żyłoby mu się dużo lepiej.

Wielce możliwe, że bez świadomości krzywd wyrządzanych nam przez bliźnich żyłoby się nam lepiej i łatwiej, choć z drugiej strony, są ludzie, do których sam się zaliczam, tak skonstruowani psychicznie, że chcą wiedzieć czy mogą polegać na ludziach podających się za ich przyjaciół.

Nie wątpię w to, że Celińskiemu jest trudno żyć ze świadomością zdrady osoby w pewnym sensie bliskiej, ale to nie może być argumentem przeciw lustracji. Nie chcę tu wchodzić w rozważania dotyczące sensu i celowości lustracji, bo musiałbym pisać esej, ale moja intuicja podpowiada mi, że budowanie relacji międzyludzkich na tak głębokim fałszu, kiedy to donosiciel podaje się za przyjaciela, jest nie do przyjęcia.

Nie mogę się także zgodzić z twierdzeniem Andrzeja Celińskiego, jakoby to nie człowiek był zły, tylko system, w którym żyje, zmuszał go do złego postępowania, tj. system polityczno – społeczny ma stwarzać takie ramy, w których budzą się w człowieku złe instynkty, niskie motywy i pobudki. Słowem, to system zmusza człowieka do donosów, do szkodzenia innym, do torturowania bliźnich, mordowania. Zatem ci wszyscy gorliwi kaci Hitlera, mieliby być dobrymi ludźmi, których garstka degeneratów, psychopatów w rodzaju Hitlera “zachęciła” do zbrodni, stworzyła warunki, w których ci biedni, dobrzy ludzie postępować inaczej nie mogli.

Zastanawia mnie tylko, jak to możliwe, że w okresie 8 lat mojej pracy spotykałem się z donosami, pomówieniami, oszczerstwami, zawiściami, bezinteresowną (tak, właśnie bezinteresowną, a nie będącą efektem wyścigu szczurów, niezdrowej rywlizacji) chęcią szkodzenia innym. I nie miało to wcale miejsca w korporacjach, lecz w instytucjach powołanych do niesienia pomocy innym ludziom. Przecież nie żyjemy w państwie totalitarnym, które “zmusza” kogokolwiek do takich zachowań, to się dzieje w podobno demokratycznym państwie prawa, gwarantującym każdej jednostce szeroki zakres wolności. Można powiedzieć, że takie zachowania mogą być uwarunkowane strukturą danej firmy, organizacji, ale skro tak, to każda struktura będzie stwarzała człowiekowi ramy do złego postępowania. Wszędzie tam gdzie są skupiska ludzkie wcześniej czy później pojawią się złe namiętności, złe instynkty i podłe motywacje.

Człowiek nie jest z natury ani dobry, ani zły. Możemy mówić jedynie o konkretnym człowieku, a nie o człowieku abstrakcyjnym, a człowiek konkretny może być albo dobry, albo zły, albo któryś z tych elementów może w nim dominować, nie istnieje natura ludzka wspólna dla wszystkich, tak podpowiadałoby mi przynajmniej moje doświadczenie i obserwacja ludzi.

Dlatego też bez względu na to czy żyjemy w państwie totalitarnym czy demokratycznym, bez względu na to, w jakich strukturach byśmy nie funkcjonowali, u jednych wyjdą na jaw złe instynkty, u innych dobre. Czy w nazistowskich Niemczech wszyscy byli zbrodniarzami? Czy w państwach komunistycznych wszyscy byli współpracownikami służb specjalnych? Oczywiście, że nie. zatem to nie wina struktur, lecz skomplikowanej struktury jednostki rozpatrywanej całkowicie indywidualnie, zawsze konkretnie. Czas już odłożyć do lamusa oświeceniowe bajki o człowieku dobrym ze swej natury, zepsutym przez społeczeństwo, o szlachetnych dzikusach i tym podobne. Społeczeństwo może uczynić człowieka i złym i dobrym.

« Starsze wpisy