Litewska muzyka współczesna

Wedle opowieści Babci powtarzanych mi przez moją Mamę Litwini mieli mieć piękne głosy i pięknie śpiewać. Mieli też w zwyczaju często się ze sobą spotykać, a podczas owych spotkań jednym z ich ulubionych zajęć było wspólne śpiewanie. Wziąwszy pod uwagę melodykę i rytm języka litewskiego nietrudno to sobie wyobrazić. Bardzo lubię brzmienie języka litewskiego, jego łagodność, melodyjność i miękkość.

Poniżej prezentuję kilka moich ulubionych utworów litewskich wykonawców. Na ten pierwszy natknąłem się zupełnie przez przypadek. Jonas ir Rasa “Teka saule”. Inne utwory tych wykonawców nie robią na mnie większego wrażenia, choć muszę też przyznać, że niewiele ich słyszałem. Natomiast ten zaskoczył mnie ciekawym połączeniem nowoczesnego brzmienia, wyraźnego tanecznego bitu i motywu folkowego. Teledysk ma też w sobie coś z tajemniczej atmosfery ballad Mickiewicza.

Żalvarinis z kolei to zespół, który znam dużo lepiej, a który miałem okazję słyszeć i oglądać na koncercie w Białymstoku w czerwcu 2008 r. To jeden z nielicznych zespołów, które brzmią doskonale i w studiu i na żywo. W swojej muzyce Litwini harmonijnie łączą mocne rockowe brzmienia z litewską muzyką folkową, choć chyba dużo bardziej pasowałoby określenie – ludową. Nie sposób też nie ulec urokowi trzech ślicznych wokalistek.

Warto być

Kiedy miłość jest pusta jak wydmuszka. Kiedy wagi nie ma niemal nic. Kiedy chciałoby się mieć Coś tylko dla siebie, na pełną wyłączność.

Ile smutku, zdrad i rozczarowań może znieść człowiek?

Symboliczne piątkowe zdjęcie krawata, po tygodniu bez wytchnienia. Zagłuszanie smutku, które rodzi jeszcze większy smutek.

Mijany prawie każdego dnia staruszek zupełnie nie przystający do otaczającego świata. Zawsze sam, z małym pieskiem na spacerze, z którym rozmawia, jak z człowiekiem, zawsze czule, tylko czasem go skarci, ale też z troską w głosie. Mieszka w kamienicy z czasów dwudziestolecia międzywojennego, cudem ocalałej, wciśniętej między nowe bloki klasy średniej. Pożółkła, sczerniała cegła, drewniane okiennice pamiętające jeszcze II wojnę, trzy kondygnacje, przy czym trzecia dobudowana, jakby na doczepkę, bez ładu i składu, piękna w tym niewiele, a mimo to ma swój urok. Jedna z nielicznych, jakie się tu na Bojarach uchowały. Gdy ją wyburzą deweloperzy, to razem z nią zniknie także świat starszego pana – prostego człowieka, o dobrych manierach, grzecznego, kulturalnego, spacerującego zawsze z pieskiem, czasem z siatką w dłoni.

I ten dziadek, i ubogo ubrana starsza kobieta napotkana przypadkowo na zakupach z równie skromną córką, przypominają, że warto po coś jednak żyć.

Czy mężczyzna ma prawo do płaczu?

- Przecież jesteś mężczyzną, – tak przemówiła do mnie pewnego razu pewna znajoma. Nic więcej, nic mniej. To krótkie zdanie niosło w sobie jakże obszerną treść. Bądź szorstki, nie okazuj słabości, gdy trzeba bądź okrutny i bezwzględny, nie odsłaniaj się, nie masz prawa choćby do jednej łzy, nie narzekaj, nie smuć się, nie poddawaj się melancholii, krocz śmiało, pewnie przed siebie…

Cóż miałem jej powiedzieć. Że zdarzyło mi się kilka razy w moim męskim życiu płakać? W tym raz za sprawą pewnej książki?

Prawdziwa literatura ma to do siebie, że wzrusza nas do bólu, aż do granic wytrzymałości, przeszywa na wylot, wywraca na zewnątrz wszystkie nasze trzewia.

Czy miałem jej powiedzieć, że płakałem jak skrzywdzone dziecko, gdy kończyłem czytać ostatnią część “Dzieci Arbatu” – o ile się nie mylę zatytułowaną “Proch i pył”. Nie pamiętam już nawet imion bohaterów, ale była to jedna z nielicznych książek – powieści, które byłem w stanie czytać całym sobą, każdym włóknem swoich nerwów. “Dzieci Arbatu”. Cykl powieści o próbie zachowania czystości, przyzwoitości, wiary w człowieka, nadziei w skrajnie nieludzkich czasach. O młodych ludziach, których życiowe wybory prowadzą w przeciwnych sobie kierunkach. Jednego, młodego ambitnego, zdolnego, choć gdzieś w głębi niepewnego własnej siły i wartości los skieruje w stronę mrocznych sił, na których opierało się totalitarne państwo, a właściwie dlaczego winą obciążać los? Pozostańmy przy tym, że był to jego świadomy wybór, nie czyńmy z niego marionetki w rękach ślepego losu. Losu, bo przecież nie Boga.

Pewnego młodego, idealistycznie nastawionego absolwenta uczelni technicznej życiowe wybory kierują w stronę przyzwoitości, nie pozwalają zgasnąć tlącej się głęboko potrzebie zachowania czystości. Inteligentny, wykształcony, odnajduje kochającą kobietę. Prawdziwa miłość w czasach niesprzyjających wszystkiemu co prawdziwie ludzkie. Miłość, skazana na śmierć. Właściwie nie tyle miłość, co ludzie, którzy udowodnili, że czysta miłość jest możliwa w każdych okolicznościach, jest niezależna od całego zewnętrznego świata, nie ulega temu, co złe, nie jest niewolnicą żadnej konieczności, żadnego pogodzenia się z losem, z realiami. W każdych czasach, w każdych warunkach, stać na nią człowieka, czy też w każdych czasach są ludzie, którzy są do niej zdolni.

Cóż miałem ze sobą począć, gdy w ostatniej ze scen powieści kończącej cykl “Dzieci Arbatu” łzy bezwiednie popłynęły mi po policzkach. Bohaterowie, którzy ocalili prawdziwą miłość zginęli w czasie wojny. Jak mogłem nie płakać?

Cmentarz na Rossie



















Cmentarz na Rossie w Wilnie, na który ciągną obowiązkowo wszystkie wycieczki z Polski. Sam byłem na nim dwa razy, jednak żaden z tych pobytów nie trwał dłużej niż 2 godziny, więc nie mogę powiedzieć bym Rossę poznał tak, jakbym poznać ją chciał.

Bardzo lubię stare cmentarze i nie uważam ich za miejsca ponure, wręcz przeciwnie postrzegam je jako miejsca obcowania z przodkami i bliskimi, którzy odeszli nie tak dawno, ale przecież nie odeszli cali, czekają na nas gdzieś w lepszym świecie, w którym mogli zaznać i zaznają prawdziwego szczęścia.

Zatrzymanie się przy nagrobku, odczytanie imienia i nazwiska osoby pod nim spoczywającej, daty jej urodzenia i śmierci, rzut oka na zdjęcie – jeśli takie się jeszcze zachowało – automatycznie uruchamiają wyobraźnię do konstruowania obrazów z życia tej osoby. Chciałbym móc zatrzymać się tak przy każdym nagrobku, ale jest to niestety nierealizowalne.

Wielkim odkryciem na Rossie był dla mnie grób Franciszka Olechnowicza – o którym pisałem przed kilkoma dniami – białoruskiego dramaturga, pisarza, działacza społecznego. Jest w tym jakaś szczególna symbolika – jednanie Polaków i Białorusinów po śmierci, a gdy dodać do tego jeszcze groby zasłużonych dla litewskiej kultury i państwowości działaczy – których jeszcze nie udało mi się odnaleźć – Rossa będzie się jawić jako miejsce ważne i jednoczące te trzy narodowości zamieszkujące Wilno.