No i wypełniło się to, co nieuchronnie wypełnić się musiało. Odpadliśmy z Mistrzostw Europy. Przy takim poziomie gry jak ten, który zaprezentowała polska reprezentacja, inaczej być nie mogło, choć nie ukrywam, że łudziłem się, iż stać nas na coś o wiele lepszego.
Tuż przed godziną słucham dyskusji w Polsacie i własnym uszom nie wierzę. Któż jest winny naszej klęski? Jak to kto? Holendrzy. Aż 5 Holendrów, których dobrał sobie Leo Benhaker. Holendrzy, którzy nie wprowadzili na boisko holenderskiej filozofii futbolu, holenderskiej strategii, z którymi nasi biedni zawodnicy, pełni dobrych chęci, woli walki, pełni sił fizycznych i psychicznych za nic zrozumieć nie mogli, ot po prostu – bariera językowa. Oby tak dalej! A za czasów Engela i Janasa z Mistrzostw Świata odpadaliśmy, to prawda, ale chociaż po 3 punkty zdobywaliśmy. A że trafialiśmy w tych meczach o honor na słabych wówczas przeciwników, większego znaczenia mieć nie może.
Prawdę mówiąc cieszę się, że już odpadliśmy, bo z każdym meczem, gra nam szła coraz gorzej. Pierwszy mecz z Niemcami, oglądałem jeszcze w nadziei, że w następnych będzie lepiej, ale po meczu z Austrią nie miałem już złudzeń. Gra polskiej reprezentacji stała się żałosnym spektaklem, na który nie sposób było patrzeć bez zażenowania. Braki kondycyjne, szybkościowe, brak pomysłu na grę, brak umiejętności technicznych. Jakiż sens miałoby przejście tak kiepskiej drużyny do dalszego etapu mistrzostw?
Czasem jednak lepiej jest w ogóle nie dostać się do finałów czy to mistrzostw świata czy Europy, niż z bólem patrzeć na kompromitującą grę drużyny, której się mimo wszystko kibicuje. Gdyby nawet Austria z Niemcami wygrała, a my o jedną bramkę wyżej wygralibyśmy z Chorwacją, to cóż zobaczylibyśmy dalej? Drużynę, która sięga po medal?
Przy takim poziomie gry, jakież znaczenie może mieć etap, na którym się odpada? Chyba jednak lepiej poczekać, aż naprawdę nauczymy się grać i dopiero wtedy będziemy mogli pojechać na jakiekolwiek mistrzostwa, i nawet jeśli przegramy i odpadniemy, to może wreszcie z klasą.
Może ktoś wreszcie pójdzie po rozum do głowy i wyjaśni naszym piłkarzom, że dziś futbol to albo talent albo niemiłosiernie ciężka praca, albo jedno i drugie. Może ktoś dopilnuje, by następnym razem przygotować zawodników reprezentacji do długiego biegania, do ćwiczenia szybkości, umiejętności opanowania piłki, precyzji podań i strzałów na bramkę. No i panowania nad własną psychiką, aby nie dawać się sprowokować i nie doprowadzać do sytuacji podobnych, jak te w meczu z Austrią – gdyby Bąk nie dał się sprowokować Austriakowi, nie doszłoby do powtórzenia wykonania rzutu wolnego, tuż przed którym Lewandowski sfaulował innego Austriaka. Cóż z tego, że takich sytuacji w meczach jest dużo, i że sędzia, gdyby chciał być precyzyjny, to musiałby odgwizdywać mnóstwo karnych. Należało się liczyć z tym, że sędziowie bywają przychylni gospodarzom, o tym każde dziecko przecież wie.