Polskie banki, czyli frontem do klienta

Polskie banki muszą być rzeczywiście pewne swojej pozycji. Jeszcze nie tak dawno Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zarzucał o ile się nie mylę niemal wszystkich bankom działającym w Polsce stosowanie niedozwolonych klauzul, kruczków prawnych, a jeszcze wcześniej pojawiały się informacje, że nasze banki są najdroższymi w Europie, ale to, co spotkało mnie dziś , to już zakrawa na szaleństwo, bo nawet nie kpinę.

Mając do opłacenia fakturę opiewającą na sumę 183 złotych zawitałem do Kredyt Banku, z którego usług jeszcze do niedawna byłem zadowolony. Fakturę chciałem opłacić gotówką, ale miła skądinąd pani z uśmiechem lojalnie poinformowała mnie, że od opłat wykonanych gotówką pobierana jest prowizja w wysokości 1%, ale nie mniejszej niż 20 zł, tj. gdyby nie owe zastrzeżenie, opłata za wykonanie operacji finansowej wyniosłaby 1,83 zł, ale w związku z istnieniem wspomnianego zastrzeżenia, “wyjątku”, czy jakkolwiek to zwać, musiałbym zapłacić 20 zł, nawet przy wpłacie 183 złotych. Wyszedłem niepocieszony i pojechałem do jednego z banków spółdzielczych – to była ostatnia deska ratunku, bo w innych dużych bankach komercyjnych prowizje byłyby pewnie zbliżone, jeśli nie wyższe. Nadmiernemu uszczupleniu mego portfela – całe szczęście – zapobiegła jedna z placówek Banku Spółdzielczego w Zabłudowie pobierając prowizję w wysokości bodaj jedynie 2,50 zł. A więc, jeśli się tylko chce, to można dbać o interes swój i klienta.

Postawa dużych banków może tylko zdumiewać. Czasy mamy już takie, że klient – świadomy swojej wartości – niechęć wyraża pójściem do innego banku. Wszystko jednak wskazuje na to, że na rynku finansowym mamy wciąż za małą konkurencję, a zbliżone ceny za wykonanie usług bankowych w niemal wszystkich większych bankach przypominają coś na wzór zmowy cenowej, czyli kartelu, a to zjawisko z wolnym rynkiem nie ma już nic wspólnego, i najwyższa pora, by tego typu praktykami zainteresował się UOKiK.

Santo subito!

Jeszcze tylko 10 minut do 17.00, a tu jeszcze trzeba elegancką koszulę założyć, odszukać marynarkę, czarne dżinsowe spodnie, pantofle. Starzeję się najwyraźniej, jeszcze rok temu na przesłuchania chórów w ramach Festiwalu Muzyki Cerkiewnej w filharmonii białostockiej drałowałem w jasnych dżinsach, adidasach i zwykłym tiszercie, nic w tym złego to w końcu tylko przesłuchania konkursowe, wstęp darmowy, a nie koncert galowy. Ale minął rok, i uznałem, że to już najwyższa pora wbić się w marynarkę i w pantofle, garniturową koszulę, tylko dżinsy zachowam, jak dawniej.

Tak czy owak czasu coraz mniej na rozważania, i tak się spóźnię, ale może chociaż zdążę na drugi chór – Zespół Cerkwi p.w. Wniebowstąpienia z USA. A tu jeszcze w TVN24 reportaż z Watykanu, grupka młodych Polaków na placu św. Piotra z transparentem “Jan Paweł II – santo subito!”, i podekscytowany reporter, wszyscy chcą, by papież był święty natychmiast. Prawdę mówiąc śmieszy mnie ta cała histeria, ten szum i te śmieszne żądania. Na swój sposób jestem wierzący, wierzę w świętych obcowanie, wierzę w to, że Jan Paweł II już jest świętym, a formalna pieczęć – choć dostrzegam jej wagę i znaczenie – nie interesuje mnie w najmniejszym stopniu. Nie interesuje mnie to czy Karol Wojtyła zostanie świętym za rok, za dwa lata czy za lat dwadzieścia, czy nawet nie nastąpi to za mego życia. Sprowadzanie świętości do poziomu przedszkola, rozbisurmanionych dzieci, które wrzeszczą: “Ja chcę teraz! Już! Natychmiast! Dajcie mi to czego chcę!” wydaje mi sie nie mieć nic wspólnego z chrześcijańską cnotą cierpliwości, za to przypomina tak popularną współcześnie narcystyczną postawę “chcącego Ja”. Pal licho ten reportaż, egzaltacja reportera jest z pewnością udawana, trzeba było zarobić jakiś ckliwy, sentymentalny program na Boże Ciało, no to jest, jest jak być powinno – łzawo, wzruszająco, wspomnieniowo. Szkoda na to czasu, a ja już i tak jestem spóźniony, jeszcze tylko klucze. 17.10. Żeby tylko zdążyć na 17.30. Szybki spacer przez park, po drodze jeszcze przypadkowe spotkanie z koleżanką, która wybrała się na spacer z uroczą córeczką, urocza koleżanka, to i urocze dziecko, krótka rozmowa, nie nie pójdzie na koncert, bo idą na plac zabaw, a później wracają do domu. Mąż, który ją zostawił, musi być kompletnym idiotą.

Już jestem pod filharmonią, kolega D. sie także spóźnił, nie jestem sam, ufff, co za ulga. Kriss pewnie siedzi już z Martinem i dziewczynami w pierwszym rzędzie, oni się nigdy nie spóźniają. A my nie wejdziemy, portier o powierzchowności i manierach peerelowskiego zrzędy burczy, ze wpuści nas po drugim chórze. OK, zaczekamy, to zupełnie zrozumiałe. Za drzwiami rozlegają się oklaski, można wchodzić, sala pęka w szwach, nie sądziłem, że będą takie tłumy; w ubiegłym roku takich nie było. Nie lubię tłumów, nie potrafię się wówczas wyłączyć, oddać medytacji i kontemplować nieziemsko pięknej muzyki. Jest duszno, ciasno, nie pozwolę się dziś unieść anielskim śpiewom. Nigdy nie zapomnę, jak w ubiegłym roku podczas występu jednego z chórów poczułem się tak, jakbym się wznosił ku górze, wystarczyło przymknąć oczy, by zniknęły ściany filharmonii, sufit, by poczuć dotyk nieba. Może to poczucie powtórzy się jutro, dziś już raczej nie. Jedynie mieszany chór z Łotwy wyrywa mnie ze stanu niemożności, głosy śpiewających stają się coraz mocniejsze, narastają stopniowo, by wreszcie rozbrzmieć jak potężny dzwon. Po Łotyszach decydujemy się z D. wyjść i wrócić jutro – jutro jest drugi dzień przesłuchań konkursowych w ramach XXVII Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Cerkiewnej “Hajnówka 2008″ w Białymstoku.

Polska wiernym sojusznikiem Izraela

Wszystko wskazuje na to, że Polska zalicza się w ostatnich latach do jednego z najwierniejszych sojuszników Izraela, obok Stanów Zjednoczonych i Niemiec. I to może tylko cieszyć. Najwyższy czas byśmy mieli dobre relacje z narodem, który powinien – ze względu na historię, ale też względy natury kulturowej – być jednym z najbliższych nam narodów.

Świetnego wywiadu na temat relacji polsko – izraelskich udzielił dla sobotnio – niedzielnej a “Rzeczpospolitej” prezydent RP – Lech Kaczyński. Pomimo tego całego wykształciuchowskiego jazgotu (tak, wierzę w to, że gatunek ludzki o nazwie wykształciuch istnieje, i nie ma on nic wspólnego z inteligencją), nagonek na prezydenta, trzeba przyznać, że politykę zagraniczną, zwłaszcza w odniesieniu do Izraela czy w kierunku wschodnim, prowadzi wyśmienitą. Lech Kaczyński na pytanie Piotra Zychowicza:

“W jednym z wywiadów udzielonych niegdyś izraelskiej prasie powiedział pan prezydent, że Polacy i Izraelczycy są jak bliscy krewni.”

odpowiedział w następujący sposób:

“Bo tak w istocie jest. Przez osiemset lat duża część narodu żydowskiego żyła w ówczesnej Polsce. (…) W ciągu tych ośmiu wieków Żydzi budowali tu swoją tożsamość i rozwijali swoją kulturę. Żydowskie oświecenie, żydowskie ruchy polityczne m.in. syjonizm – oraz religijne, jak chasydyzm, rodziły się właśnie w Polsce. To tutaj mieszkali najwięksi żydowscy rabini i najbardziej znani cadykowie. Żydzi zajmujący się uprawą roli, a także tacy, którzy przeszli do stanu szlacheckiego.”

Dalej prezydent mówił:

“Od XIX wieku na większą skalę rozpoczął się proces asymilacji Żydów i zwiększanie ich udziału w życiu społecznym, w tym w rodzącym się ruchu narodowo-patriotycznym.

Warto przy okazji wspomnieć o ich udziale w polskich zrywach narodowych, na przykład o słynnym Berku Joselewiczu, pułkowniku wojska polskiego, uczestniku powstania kościuszkowskiego, a następnie armii Księstwa Warszawskiego (poległ w wojnie z Austrią 1809 roku), czy o żydowskich członkach Gwardii Narodowej podczas powstania listopadowego oraz o istotnym udziale Żydów w powstaniu styczniowym. Leopold Kronenberg, przywódca stronnictwa Białych przed powstaniem 1863 r., był przecież pochodzenia żydowskiego. Ktoś mógłby powiedzieć, że tak było i w innych narodach. Zgoda. Ale nigdzie nie odbywało się to na tak dużą skalę.”
Cały wywiad opublikowany pod znamiennym tytułem “W Izraelu czuję się jak w domu” powinien być dostępny na tej oto stronie:

http://www.rp.pl/artykul/135271.html

Wydaje się, że stopniowo relacje polsko – żydowskie, w wielu wymiarach wciąż jeszcze skażone licznymi negatywnymi stereotypami, ulegają znaczącej poprawie, na szczeblu władz najwyższych już są bardzo dobre, teraz pozostaje pole dla działań obywatelskich.

Sam razem z kolegami wpadłem na pomysł, by utrwalać ślady obecności Żydów w historii Białegostoku za pomocą aparatu fotograficznego i słowa. Owoce naszej pracy opatrzone komentarzem w języku angielskim publikuję na anglojęzycznym blogu.

Żydów podobnie zresztą jak i mieszkających tu Białorusinów, Rosjan, Tatarów, potomków Niemców postrzegam może nieco naiwnie, sentymentalnie i w sposób egzaltowany, jako moich braci. Idea braterstwa narodów, choć nieco zdewaluowana przez werbalne jej nadużywanie, jest mi szalenie bliska, dlatego też mądre i ciepłe słowa wypowiedziane przez mojego prezydenta, wnoszące zupełnie nową jakość do relacji polsko – żydowskich uważam za niezwykle ważne. Najwyższa pora, by doprowadzić do prawdziwego, szczerego, uwarunkowanego względami historycznymi i kulturowymi, pojednania między tymi dwoma narodami.

Studenckie obyczaje

Nie wiem czy to nie świadczy przypadkiem o mojej zrzędliwości, bo choć czuję się nadzwyczaj młodo, właściwie nie tylko się czuję, ale jestem rzeczywiście wciąż młody, to jednak postanowiłem napisać o pewnych zachowaniach wśród obecnych studentów, które mnie zwyczajnie oburzają. Po obejrzeniu wczoraj w TV zdjęć z juwenaliów wrocławskich, przypomniałem sobie o nie tak dawnych juwenaliach białostockich i pewnym artykule opublikowanym swego czasu w “Obywatelu” autorstwa profesora, którego imienia i nazwiska nie przypomnę sobie teraz. Otóż ów profesor pisał w rzeczonym artykule o tym, jak to niekiedy trudno jest obecnie odróżnić studenta od zwykłego żula, i pod względem języka, jakim i jeden i drugi się posługują, i pod względem zachowania. I trudno się z tą tezą nie zgodzić. Nie tak dawno trafiłem na koncert czterech narodów zorganizowany w ramach białostockich juwenaliów. Występowały na nim zespoły z Białorusi – N.R.M., Ukrainy – Flit, Polski – Bracia, i Litwy – Żalvarinis. I najwyraźniej zdecydowana większość publiczności przyszła na występ zespołu białoruskiego. Muzycy mieli jednak trudności z przekroczeniem granicy, więc przed nimi wystąpił polski zespół – Bracia. Sam stałem pod sceną zmarznięty, w błocie, w strugach deszczu, nie mogąc się doczekać występu N.R.M. Pojawiła się jednak grupka studentów – ubrania i całkiem inteligentne wyrazy twarzy zdradzały studentów – którzy nie zważając na to, że Białorusini jeszcze nie dojechali, zaczęli wykrzykiwać wielokrotnie w stronę Braci – “wypierdalać!”. Wiem, że takie okrzyki niegdyś na koncertach w Jarocinie to był chleb powszedni, mimo to szalenie mnie to zbulwersowało. Choć studia ukończyłem w 2000 r. i w czasach licealnych i studenckich zdarzało mi się dużo częściej bywać na wszelakich koncertach niż obecnie, to jednak ani mnie, ani moim kumplom nie przyszłoby do głowy, by do jakiegokolwiek zespołu wykrzykiwać “wypierdalać”, nawet jeśli był to zespół, co do którego mieliśmy tylko jedno życzenie – aby jak najprędzej zszedł ze sceny.

Rozmyślając o tych współczesnych obyczajach studenckich przypomniałem sobie także – choć było to już ponad 10 lat temu – jak znalazłem się któregoś razu na wykładzie profesor Marii Szyszkowskiej ze studentami niższego roku. I muszę przyznać, że wcale nie dziwiły mnie słowa wypowiedziane później przez panią profesor w obecności moich znajomych, że Białystok to dla niej kula u nogi. Pewnie nie tylko ten wykład o tym zadecydował, ale na moim roku takie zachowania byłyby nie do pomyślenia, choć byliśmy tylko o rok wyżej. Szum, rozmowy, zero zainteresowania treścią wykładu, ktoś popijał piwo, jakaś dziewczyna za nami podczas rozmowy ze swoją kumpelą wyznała jej, że straciła szacunek do samej siebie, jacyś panowie obok nas analizowali słowa pewnej modelki, która wedle nich miała zatracić hierarchię wartości. Momentami miałem trudności z usłyszeniem głosu profesor Szyszkowskiej.

I choć było to około 10 lat temu, to jednak wiadomości które docierają do mnie o obecnych studentach wskazują na to, że teraz jest jeszcze dużo gorzej. Nie twierdzę, że sam byłem święty, alkohol popijaliśmy nie tak wcale rzadko – najlepszym miejscem do alkoholizacji były stawy przy Mickiewicza, gdzie obecnie wznosi się galeria Biała – woda, bujna, soczysta zieleń, rozległe, ciągnące się niemal do rzeki stare opuszczone ogrody, słowem żyć nie umierać. I trawkę zdarzało mi się popalać – nie widzę w tym nic złego, wziąwszy pod uwagę, że czynił to także obecnie nam jaśnie panujący premier Rzeczypospolitej Polskiej – Donald Tusk. Były jednak granice, do których przekroczenia nigdy bym się z moimi kumplami nie posunął. Bycie studentem do czegoś jednak zobowiązywało, niosło ze sobą jakiś etos. Teraz najwyraźniej, cytując klasyka “hulaj dusza, piekła nie ma”. Apelowałbym jednak mimo to do studentów – dalej cytując klasyka – “by nie kroczyli tą drogą!”

Gusty muzyczne Polaków najwyraźniej ewoluują

W ubiegła niedzielę wybrałem się z kolegą na koncert zespołu Feel. Nie jest to, co prawda mój ulubiony zespół, ale z tej przyczyny, że w Białymstoku nieczęsto zdarzają się koncerty, więc warto wykorzystać każdą okazję. Chciałem posłuchać jak panowie brzmią na żywo. Ich muzyka puszczana w radiu, w muzycznych stacjach TV nie rzuca mnie na kolana, ale dostrzegam pewne pozytywy, które łączą się z tym zespołem. Najpierw gusty zdecydowanej większości Polaków wyznaczało disco polo, później serca mas podbiło Ich Troje, teraz niepodzielnie na scenie muzycznej jak się okazuje króluje Feel. I to mnie cieszy. Bo choć o disco polo – w sumie – nie mam złego zdania, to jednak nie jest to moja muzyka, potrafię jednak oddać jej sprawiedliwość i wbrew tej całej nagonce polskich elit na disco polo, jako muzykę prymitywną, pobudzającą agresję i chamstwo, uważam, że nie jest ona wcale gorsza od zachodniej papki popowej typu Danzel, Scooter i im podobni, a co do chamstwa i agresji nikt się jakoś nie oburza na wiele pseudohiphopowych zespołów, które są traktowane, jako głos pokolenia czy pewnej grupy społecznej wnoszący ważne przesłanie czy informacje do debaty publicznej (tak, z takimi opiniami się spotykałem). Wszystko jest w przypadku disco polo kwestią pieniędzy, dostępu do dobrego sprzętu, profesjonalnego studia nagrań i odpowiedniego marketingu. Ich Troje to już zupełnie inna półka, jak na mój gust muzycznie ciężkostrawna i zanadto pretensjonalna, a od strony tekstowej nadająca się raczej na analizy psychologiczne.

Co zaś do Feela to mam wrażenie, że jest to zespół całkiem niezłych muzyków, potrafiących – gdyby tylko chcieli – grać dużo bardziej skomplikowaną i ciekawą muzykę, niż to robią obecnie. Ich przedsięwzięcie przypomina mi raczej działanie biznesowe, obliczone na zarabianie pieniędzy, a nie spontanicznie uformowaną kapelę, mającą coś szczerego i ważnego do powiedzenia. Mimo to nie widzę w tym nic złego, ponieważ panowie prezentują dobry warsztat i wznieśli polską muzykę popularną o kilka poziomów wyżej, a tym samym kształtują gusty masowego odbiorcy. To już nie jest discopolowe umpa umpa, bum tara rara, czy muzykoterapia Michała Wiśniewskiego, tylko porcja solidnego grania, nawet jeżeli jest to granie dla kasy, a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie jest – świadczy o tym choćby występ zespołu w reklamie banku Millenium. Jeszcze kilka lat temu każdy szanujący się zespół prawdziwe rockowy poczytywałby to za ujmę i dyshonor.

Wracając do koncertu – największe wrażenie zrobiło na mnie wykonanie utworu bodaj “Jest już ciemno” w wersji nieco jazzującej, spokojniejszej, wyciszonej, brzmieniowo znacznie odbiegające od oryginału. Gdyby panowie w tej konwencji nagrali płytę, pewnie bym znalazł się wśród jej nabywców, ale z drugiej strony na ich koncerty nie przychodziłyby wówczas takie tłumy, jak w ubiegłą niedzielę na placu przed teatrem Węgierki w Białymstoku. Takich tłumów ten plac jeszcze nie widział, nawet podczas ubiegłorocznego koncertu Kayah. Dobrze się jednak stało, że dzięki swojej popularności panowie na koncertach potrafią przemycić kawałek całkiem przyzwoitej muzyki, to też jest kształtowanie gustów i windowanie polskiej muzyki na wyższy szczebel, wolnymi i małymi kroczkami, ale jednak zawsze.

Rodzinna historia o polsko – żydowskich relacjach

Są takie wydarzenia, opowieści, które zapisują się w świadomości człowieka i kształtują jego postawy już na całe życie. Do dziś pamiętam historię opowiedzianą mi przez mamę dobrych kilkanaście lat temu. Dotyczyła ona jeszcze czasów przedwojennych, a choć mama urodziła się w czasie wojny, znała ją od swojej mamy. Rzecz działa się bodaj w roku 1938 czy 1939 w Warszawie, bo choć cała rodzina ze strony mamy wywodziła się z okolic Postaw i Głębokiego, to dziadek postanowił kupić dom w Warszawie. Dziadek, tj. tata mojej mamy był sprawnym gospodarzem, miał ogromny sad, z którego owoce wysyłał nawet do stolicy. To mieszkanie w warszawskiej kamienicy dziadkowie nabyli być może z myślą o swoich dzieciach, wnukach, prawnukach; zastanawia też dlaczego wybór nie padł na Wilno? Ale dziś już odpowiedzi na te pytania niestety nie poznamy. Zdarzało się czasem, że babcia pomieszkiwała w tym warszawskim mieszkaniu razem ze swoim synkiem, przyszłym bratem mojej nienarodzonej jeszcze mamy.

Któregoś razu podczas jednego z takich pobytów do drzwi mieszkania w warszawskiej kamienicy ktoś zastukał. Babcia byłą święcie przekonana, że to pewna uboga sąsiadka, która choć przychodziło jej to z trudem, to jednak czasem zdobywała się na odwagę i prosiła o pożyczenie zapałek. Tym razem jednak była to inna sąsiadka, mieszkająca w kamienicy Żydówka. Nie wiem czy w owej kamienicy mieszkało kilka czy tylko jedna rodzina żydowska, ale z opowieści należałoby wyciągnąć wniosek, że większość stanowiły jednak rodziny polskie.

Żydówka stała w drzwiach zapłakana, była kobietą cichą, nieśmiałą, lękliwą i bardzo poczciwą, babcia ją szalenie lubiła i szanowała. Owa kobieta, której imienia nie poznam już pewnie nigdy, która z dużym prawdopodobieństwem podzieliła los większości swoich rodaków w czasie wojny, choć miejmy nadzieję, że może jednak jacyś dobrzy Polacy pomogli jej przeżyć ten czas pogardy; przyszła do babci, by prosić ją o zwrócenie uwagi swemu synkowi, by ten razem ze swoimi kolegami nie dokuczał i nie bił jej synka (na imię miał chyba Szymek). Babci zrobiło się ogromnie wstyd i przykro, żal jej było tej dobrej kobiety i jej kilkuletniego synka, który próbował dołączyć się do zabaw swoich polskich kolegów, ale ci najwyraźniej nie mieli ochoty na przyjmowanie go do swojej paczki.

- Pani Szpakowa, niech pani porozmawia ze swoim synkiem, by nie bił mego Szymusia. – takie mniej więcej słowa miała wypowiedzieć zapłakana matka.

Babcia była nie tylko zasmucona i zawstydzona, ale także zła na swego pierworodnego, w rodzinie nie było żadnych antysemickich tradycji, żadnych antysemickich wybryków. W Adamowcach, w których po wyjściu za mąż mieszkała babcia ludzie byli przyzwyczajeni do tego, że w nieodległej wiosce mieszkali Tatarzy, gdzieś troszkę dalej Litwini, tuż za miedzą Łotysze, nieco bliżej prawosławni, a więc pewnie Białorusini, w miasteczkach spotykało się Żydów. Nie było czasu i nie było miejsca na pogardę wobec osób innej narodowości, innej religii, innego języka. Tak więc, choć babcia była osobą o łagodnym usposobieniu i raczej skłonną do wybaczania, to tego wydarzenia nie mogła ot tak po prostu puścić w niepamięć. Jej synek, choć wówczas jeszcze jedynak, oczko w głowie mamusi, 6 może 7 – letni smyk dostał tęgie lanie, gdy wrócił do domu, a historia ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, jako ważna bądź co bądź nauka.

Mama opowiedziała mi ją po raz pierwszy, gdy byłem jeszcze uczniem szkoły podstawowej, nie pamiętam ile mogłem mieć lat, i w której mogłem być klasie. Pamiętam natomiast, że gdy mama mi ją opowiadała żywo sobie wyobrażałem wszystkie obrazy z tej opowieści. Widziałem kilkukondygnacyjną kamienicę z podwórkiem studnią, biegające po podwórku i wydzierające się wniebogłosy dzieciaki, grupkę urwisów, która przypiera do ściany zapłakanego Szymka i małymi piąstkami okłada go po brzuchu i po głowie, a później z wilgotnymi zlęknionymi oczami Żydówkę, która z wielkim trudem przemogła strach, ból i wstyd i przyszła prosić babcię o pomoc.

Można powiedzieć łzawa, sentymentalna historia, ale to właśnie przede wszystkim ona dużo bardziej niż przeczytane później książki, artykuły, obejrzane filmy, wysłuchane audycje ukształtowała moje postrzeganie świata. I szalenie się cieszę, że miałem taką babcię.

Odradzanie się Rosji

Pewna znajoma Rosjanka wysłała mi jakiś czas temu pozdrowienia z Londynu. Nie pojechała tam bynajmniej w poszukiwaniu pracy, lecz jako dobrze zarabiająca specjalistka do spraw marketingu w jednej z moskiewskich firm na wycieczkę turystyczną. Jeszcze kilka lat temu zdarzało jej się podróżować jedynie po bezkresnej Rosji, czasem odwiedzić rodzinę w Finlandii, a teraz cały świat stoi przed nią otworem. Oczywiście młodzi, wykształceni, pracujący w renomowanych firmach i świetnie zarabiający Rosjanie nie są reprezentatywni dla całej Rosji. Różnice między Moskwą, Petersburgiem, oraz innymi dużymi miastami a rosyjską prowincją są wciąż ogromne. Jednak i ci Rosjanie z prowincji nawet jeśli utrzymują się dzięki nader skromnym pensjom czy jeszcze niższym emeryturom chwalą sobie sam fakt ich otrzymywania – co jeszcze pod koniec lat 90-tych nie było rzeczą taką oczywistą (wielu Rosjan znakomicie pamięta kilkumiesięczne przerwy w wypłatach pensji czy emerytur) i ich otrzymywanie na czas.


Polacy, którym często zdarza się bywać w Rosji, mieszkający przez jakiś czas w Rosji, którzy poznali kulturę, tradycje i obyczaje Rosjan twierdzą, że ci nade wszystko cenią sobie stabilność. Stabilność polityczną, społeczną i ekonomiczną.

Wolność w rozumieniu mojej znajomej to poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego, możliwość podróżowania po całym świecie – nie czysto teoretyczna, stanowiąca suchy zapis prawny, ale przede wszystkim faktyczna – gwarantowana prawem i sytuacją materialną. Wolność dla wielu młodych Rosjan to w ostatnich latach także możliwość odkrywania i wyznawania prawosławia, nie wiążąca się z żadnymi negatywnymi konsekwencjami ani dla nich samych, ani dla ich najbliższych. Po ponad 70 latach komunizmu, wyjałowienia duchowego, niszczenia Cerkwi prawosławnej, spenetrowania jej przez KGB, uśmiercenia niemal całkowitego wartości chrześcijańskich w życiu publicznym, możność otwartego i wolnego wyznawania prawosławia dla wielu Rosjan stanowi niezwykle ważny wymiar ich życia.


Któregoś razu wspomniana znajoma zapytała mnie czy wiem, co jest w Rosji najpiękniejsze. Miałem wymienić jedną jedyną rzecz, a to przecież wcale nie takie proste zadanie. W moim przekonaniu najpiękniejsza w Rosji jest literatura – „Idiota” Dostojewskiego, „Pierwsza miłość Turgieniewa”, „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Okazało się, że najpiękniejsze są w Rosji cerkwie.

Rosyjska Cerkiew wydaje się być skrajnie zróżnicowana. Popełniłby jednak błąd ten, kto chciałby wyciągać ogólniejsze wnioski na jej temat na podstawie dostępnych w Internecie czasopism prawosławnych: „Фома” (www.foma.ru), „Нескучный сад” (www.nsad.ru), „Истина и Жизнь” (www.istina.religare.ru). To właśnie w czasopiśmie „Нескучный сад” przeczytałem po raz pierwszy artykuł pewnego rosyjskiego duchownego, który stanowczo przekonywał, że rolą Cerkwi nie jest wspieranie idei nacjonalistycznej, ale głoszenie nauki Jezusa Chrystusa. Z kolei nowoczesna, prezentująca pogłębioną duchowość, pisana żywym i barwnym językiem „ Фома” oprócz spraw stricte religijnych zajmuje się także ważkimi problemami społecznymi nękającymi współczesną Rosję – np. marcowy numer był poświęcony problemowi alkoholizmu w Rosji. „Истина и Жизнь” prezentuje pogłębione prawosławie, często odwołując się do nauczania ojca Aleksandra Mienia – prawosławnego duchownego zamordowanego w 1990 r. Wymienione czasopisma są chętnie czytane przez otwartych i ciekawych świata młodych Rosjan. Ale Cerkiew Prawosławna ma niestety także swoje drugie oblicze. Rosyjski pisarz i prawosławny dziennikarz – Siergiej Putiłow w artykule „Chrześcijańska wolność i polityczna dyktatura” zamieszczonym w portalu Baznica.info (http://www.baznica.info/index.php?name=Pages&op=page&pid=4820) pisze o Cerkwi Prawosławnej z goryczą: „Wielu ludzi odstrasza (od Cerkwi – przyp. aut.) obecny państwowy status prawosławia, kiedy to Cerkiew przekształca się w ideologiczne narzędzie „Jednej Rosji”, a przestaje być miejscem, w którym można otrzymać odpowiedzi na najważniejsze duchowe pytania.” Bez wątpienia zasmucać muszą informacje o duchownych Cerkwi Prawosławnej, którzy są w stanie usprawiedliwiać zbrodnie Stalina. Z jednej strony Cerkiew otrzymuje we władanie teren dawnego poligonu Butowo – miejsce, w którym tylko w okresie „wielkiego terroru” od sierpnia 1937 r. do października 1938 r. rozstrzelano 20.765 osób (informacj za portalem Blagoviest info – http://blagovest-info.ru/index.php?ss=2&s=3&id=18702) – na którym w 2004 r, wznosi świątynię upamiętniająca pomordowanych tu mieszkańców Moskwy i Podmoskowia, których Cerkiew uznała za męczenników; a z drugiej strony w tejże samej Cerkwi zdarzają się duchowni zaprzeczający zbrodniom komunistycznym, bądź je usprawiedliwiający.

Cerkiew Prawosławna we współczesnej Rosji, podobnie jak za czasów carów, stała się też znakomitym narzędziem ułatwiającym administracji prezydenckiej sprawowanie władzy. Nie bez przyczyny Władimir Putin w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Time” przy okazji uznania go za człowieka 2007 roku opowiadał o tym, jak w długie podróże zabiera ze sobą Biblię, którą czytuje na pokładzie samolotu: „(…) Biblię mam w samolocie. Wiecie o tym, że często zdarza mi się latać. Mam w samolocie także ikonę. Odbywam często długie loty. Rosja jest rozległym krajem, więc bez problemu znajduję czas, by czytać Biblię.” W tym samym wywiadzie Putin także mówi: „Powiedzmy, że to jest moje głębokie przekonanie, że moralne wartości bez których rodzaj ludzki nie może przetrwać nie mogą być inne niż tylko religijne.”


Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej dzięki istnieniu w silnej symbiozie z państwem i za jego pośrednictwem zdarza się także wykorzystywać swoją uprzywilejowaną pozycję do ograniczania prężnie działających na terytorium Federacji Rosyjskiej Kościołów Protestanckich czy Kościoła Katolickiego. W przywołanym wyżej artykule Siergieja Putiłowa czytamy: „Działalność tych, którzy głoszą rzeczywiste prawdy wiary chrześcijańskiej w społeczeństwie – a zwłaszcza protestantów, jest tłumiona. Ograniczenia w głoszeniu Słowa Bożego spotykają także Kościół Katolicki.”

Rosjanie znajdują się obecnie na etapie powrotu bądź odkrywania piękna liturgii prawosławnej i nauczania zawartego w Ewangelii. Cerkiew na nowo staje się jednym z filarów ich tożsamości narodowej. Można czasem nawet usłyszeć czy przeczytać – jakby paradoksalnie to nie brzmiało – o „prawosławnych ateistach” w Rosji, tj. ludziach niewierzących w Boga, ale uznających wagę wychowania młodych Rosjan w kulturze prawosławnej. W ich opinii, ale także w opinii ludzi szczerze i głęboko wierzących, dobry obywatel to osoba wyznająca wartości chrześcijańskie przekazywane przez Cerkiew Prawosławną. Wydaje się, że jeszcze nie nastał w Rosji czas, w którym pełna wolność religijna byłaby równie ważna jak możliwość otwartego wyznawania prawosławia. Dotychczas Rosjanie byli przekonywani o istnieniu „terytorium kanonicznego” Cerkwi Prawosławnej, które pokrywa się z terytorium Federacji Rosyjskiej. Prawo federalne uznaje istnienie czterech tradycyjnych religii na terytorium Federacji Rosyjskiej: Cerkwi Prawosławnej, Judaizmu, Islamu i Buddyzmu. Kościoły protestanckie i Kościół Katolicki, jak to zostało już wyżej wspomniane mają utrudnioną działalność.

Nie sposób zaprzeczyć, że zainteresowaniu religią sprzyja poprawa sytuacji społeczno – ekonomicznej w Rosji, która sprawia, że wielu Rosjanom nie wystarczają jedynie dobra materialne, zaczynają stawiać pytania odnoszące się do sfery duchowej. I większość z nich odpowiedzi na nie szuka właśnie w Cerkwi Prawosławnej, ale też i innych Kościołach chrześcijańskich. Z pewnością jest to odwrotny trend niż ten obserwowany od dłuższego czasu w Europie Zachodniej, w której dobrobyt zdecydowanie oddala ludzi od religii. Rosjanie po ponad 70 latach komunizmu, przymusowej ateizacji, całkowitej kompromitacji głoszonych przez komunizm idei, są spragnieni wartości budujących i wzmacniających więzi międzyludzkie, dających im nadzieję i wiarę w drugiego człowieka. Po latach komunistycznego wyjałowienia w sferze duchowości, wartości, powszechnego cynizmu, obojętności, nieufności, rozbicia więzi międzyludzkich, proces ten wydaje się być w pełni zrozumiały.

Ograniczenia wolności religijnej nie są jedynymi obserwowanymi w Rosji. Przy okazji niedawnych wyborów prezydenckich, i nieco wcześniejszych wyborów do Dumy cały demokratyczny świat krytykował ograniczenia wolności odnoszących się do sfery politycznej. Odnotowywano liczne nadużycia, wśród nich kupowanie głosów, zmuszanie do wzięcia udziału w wyborach ze wskazaniem kandydata, na którego należy oddać głos. Odmowa rejestracji jedynego rzeczywistego kandydata opozycji – Michaiła Kasjanowa – w wyborach prezydenckich z uzasadnieniem nieważności tysięcy podpisów spośród 2 milionów, jakie kandydaci są zobowiązani zebrać, by uzyskać rejestrację dokonywaną przez Centralną komisję wyborczą, skłania do zastanowienia czy rzeczywiście opozycja nie ma poparcia społecznego na tyle istotnego, by móc zagrozić kandydatowi namaszczonemu przez Władimira Putina? Jeśli owe poparcie miałoby być rzeczywiście tak znikome, to dlaczego jednak władze uciekają się do odmowy rejestracji?

Obserwując rosyjską scenę polityczną można czasem odnieść wrażenie, że jedyna naprawdę opozycyjna partia w rosyjskim parlamencie – Partia Komunistyczna Federacji Rosyjskiej – stanowi dla obecnej władzy wygodne alibi, którym może uzasadnić rację swego istnienia. W takiej sytuacji niejako automatycznie uruchamia się myślenie usiłujące usprawiedliwić wszelkie poczynania administracji Putina obawą przed powrotem do władzy komunistów – jeśli nie wygra „Jedna Rosja”, to władzę mogliby przejąć komuniści, którzy mieli już okazję udowodnić do czego są zdolni. Inny schemat myślowy podpowiada, że „Jedna Rosja” czy Władimir Putin, a obecnie Dymitrij Miedwiediew są mniejszym złem niż nieprzewidywalna opozycja nazywająca siebie demokratyczną. Choć z drugiej strony sam jestem wielce sceptycznie nastawiony wobec rosyjskiej opozycji demokratycznej i wydaje mi się ona być wielką niewiadomą.


Kolejny zarzut stawiany przez świat zachodni Rosji dotyczy przejęcia całkowitej kontroli nad mediami w Rosji przez administrację Władimira Putina, uzasadnianego obawą przed wrogimi wpływami zachodnimi w mediach rosyjskich, zagrażającymi państwu i narodowi. To właśnie pod koniec swojej drugiej kadencji Władimir Putin powrócił do retoryki przypominającej tę z czasów „zimnej wojny”. Zgodnie z nią Rosja jest oblężoną twierdzą, a na jej dobrobyt, surowce naturalne i inne bogactwa czyhają wrogie siły, przede wszystkim Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone. Wydaje się, że to kolejny zręczny chwyt kremlowskich specjalistów od pijaru. Naród łatwo zjednoczyć, zmobilizować przedstawiając mu wroga, który za wszelką cenę chce ograbić i zniszczyć państwo, a którego powstrzymać może tylko silna władza. Bez wątpienia ta antyzachodnia retoryka ma także za zadanie spotęgować wrażenie bycia liczącym się graczem na scenie międzynarodowej, ma wywołać w społeczeństwie przekonanie, że świat zachodni ponownie – jak za czasów Związku Radzieckiego – boi się Rosji, że Rosja jest imperium, z którym należy się liczyć. Swoją drogą trudno tej taktyce odmówić skuteczności. W uzasadnieniu do przyznania Putinowi tytułu człowieka roku 2007 przez tygodnik ‘Time” pojawił się m.in. argument przywrócenia Rosji przez Putina silnej pozycji na arenie międzynarodowej, odnowienia postrzegania jej jako mocarstwa, z którego zdaniem muszą się liczyć nawet Stany Zjednoczone nie wspominając już o krajach Europy Zachodniej. Faktem jednak jest, że ze stanowiskiem Rosji świat zachodni musi się liczyć choćby w sprawie Iranu, Stany Zjednoczone w sprawie rozmieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Największą porażką w polityce zagranicznej Rosji stało się jednak ogłoszenie i uznanie przez wiele państw niepodległości Kosowa. Mimo zdecydowanego sprzeciwu Rosjan nie udało się zapobiec utracie kolebki serbskiej państwowości. Choć i w tym przypadku Rosjanie uzyskali „na pocieszenie” kontrolę nad serbskim sektorem energetycznym. Najwyraźniej Serbowie sprzedali kontrolne udziały w nadziei na skuteczne poparcie Rosji w sprawie Kosowa, które tym razem okazało się jednak być niewystarczające.


W polityce odzyskiwania pozycji mocarstwowej dużą rolę odgrywają rosyjski gaz i ropa naftowa, od których w znacznym stopniu uzależniona jest Europa Zachodnia. Surowce te stały się istotnymi instrumentami prowadzenia polityki zagranicznej przez Rosję. Jest to oczywiście polityka swoistego szantażu, przynosząca jednakże oczekiwane przez Rosjan rezultaty.


Za sprawą gazu Rosjanom udało się nawet podzielić państwa członkowskie Unii Europejskiej, czego jesteśmy najlepszym przykładem – wbrew protestom Polski, Niemcy i Rosjanie postanowili o budowie rurociągu północnego, który ma być poprowadzony po dnie Bałtyku.


Istnieją też jednak poważne zagrożenia rosyjskiej potęgi budowanej w znacznym stopniu na gazie i ropie naftowej. Eksperci do spraw ekonomii wskazują na poważnie niebezpieczeństwo opierania gospodarki jedynie na eksporcie surowców naturalnych. Rosja od dłuższego już czasu korzysta z bardzo dobrej koniunktury na te bogactwa, z wysokich cen, ale pewnego dnia ten rynek może się załamać, a ceny poszybują na złamanie karku w dół. Wówczas rosyjska gospodarka znalazłaby się w ogromnych tarapatach, być może porównywalnych nawet do tych z końca lat 90-tych. Państwo znalazło się wówczas na skraju bankructwa. W pewnym sensie to właśnie w tamtych wydarzeniach należałoby szukać źródeł sukcesu Putina. Stały się one dla Rosjan swoistym punktem odniesienia. Rosja Borysa Jelcyna wydawała się być państwem słabym ekonomicznie i politycznie, państwem, które całkowicie utraciło swoją mocarstwową pozycję na arenie międzynarodowej. Rosjanie poczuli się upokorzeni i ośmieszeni, wielokrotnie musieli odczuwać zażenowanie z powodu wybryków swego prezydenta, ewidentnie mającego problemy z alkoholem. Ogromne niezadowolenie Rosjan wywoływało także otoczenie się przez Borysa Jelcyna oligarchami, którzy wsparli finansowo jego drugą kampanię prezydencką, bynajmniej nie bezinteresownie. Fortuny oligarchów zdobywane w sposób często niezgodny z prawem i głęboko nieetyczny, rosnące rozwarstwienie społeczne i szalone kontrasty między najbiedniejszymi a najbogatszymi, gwałtowny i wysoki wzrost przestępczości, zwłaszcza zorganizowanej, to wszystko stało się dla Rosjan nie do zniesienia. Właśnie wówczas pojawił się Władimir Putin, jako człowiek namaszczony przez Jelcyna najpierw na premiera, a następnie na prezydenta. W zamian za tę nominację Putin miał po objęciu funkcji prezydenta chronić rodzinę Jelcyna, która odgrywała znaczącą rolę na Kremlu. Putin okazał się być człowiekiem lojalnym i nie dopuścił do jakichkolwiek rozliczeń, ale sukcesywnie odsuwał rodzinę byłego prezydenta od wpływów na Kremlu. Z czasem umocnił swoją pozycję na tyle, że zaczął wprowadzać reformy gospodarcze, centralizować państwo. Putin do wzmocnienia swojej władzy wykorzystał zręcznie odczucia i przekonania zdecydowanej większości Rosjan, dla których synonimami demokracji stały się chaos, bezprawie i anarchia. Rosjanie uznali, że wszystkie te negatywne zjawiska mające miejsce pod koniec lat 90-tych stanowiły nieodłączną część składową demokracji, jej istotę i naturę. Putin umiejętnie zdyskontował te nastroje i przekonał Rosjan, że demokracja w rozumieniu zachodnim nie jest im do niczego potrzebna, a wręcz odwrotnie – jest niebezpieczna i przywiodła państwo na skraj bankructwa, a narodowi odebrała poczucie godności. Przekonał, że Rosjanie potrzebują własnej drogi, własnej odmiany demokracji, uwzględniającej rosyjską specyfikę, dla której nazwy szukają dziś politolodzy na całym świecie, a najpopularniejszą stała się chyba „demokracja sterowana”, choć niektórzy nazywają obecny ustrój Rosji wprost autorytaryzmem. Ze swej strony dodałbym, że jeśli jest to autorytaryzm, to bez wątpienia oświecony.


Wydaje się, że wielu Rosjan pogodziło się z tym, że nie są im potrzebne w pełni wolne wybory parlamentarne czy prezydenckie, w pełni niezależne media, wolność zgromadzeń, wolność działania partii politycznych. Te wszystkie wartości wywołują w nich skojarzenia właśnie z kryzysem lat 90-tych i w nich doszukują się jego przyczyn. Poparcie dla Władimira Putina nie jest rzeczą wydumaną, ono istnieje rzeczywiście, stąd mało zrozumiałe są te wszystkie wyborcze nadużycia. Różne mogą być motywacje owego poparcia, ale nie sposób go podważyć i nie sposób zaprzeczyć jego istnieniu. W artykule „Econimic revival has Russians yearning for what the West has” opublikowanym 15 marca 2008 r. w „The New York Times” Stephen Kotkin stwierdza: „Większość Rosjan nie kocha Putina dla niego samego, oni kochają Rosję Putina. Kochają być klasą średnią. Kochają planowanie przyszłości. (…) Miliony właścicieli nieruchomości, turystów i inwestorów wydają się być gotowymi, by poprzeć autorytaryzm lub pozostać apolitycznymi. Z pewnością cenią sobie silnego rubla, umiarkowaną inflację, dostępne kredyty hipoteczne, dostęp do wyższej edukacji, telewizji satelitarnej, Internetu, paszportów, wiz zagranicznych – i nade wszystko – brak ekonomicznych wstrząsów.”


Obecnie rosyjska gospodarka odnotowuje wysoki wzrost, PKB za rok 2007 wyniósł ponad 7%, wartość rosyjskiej giełdy za prezydentury Putina (od grudnia 1999 r. do końca 2007 r.) wzrosła z 60 miliardów dolarów do ponad 1 tryliona dolarów; średnie wynagrodzenie w Rosji wzrasta o 10% każdego roku. Standard życia wzrósł niepomiernie. Nie należy jednak zapominać o wciąż istniejących sporych różnicach między dużymi miastami a prowincją. Wciąż jeszcze wielu Rosjan nie stać na to, by podróżować po świecie, wciąż jeszcze są tacy, którzy żyją w biedzie, ale z drugiej strony towarzyszy im nieodłączna i w pełni uzasadniona nadzieja na poprawę ich losu.


Wielu młodych, wykształconych Rosjan brak pełnej wolności mediów rekompensuje sobie dostępem do Internetu, który daje im możliwość czytania tego na, co w danej chwili mają ochotę.


Wielkie nadzieje wyzwolone przez Putina, Rosjanie przenieśli teraz na Dymitrija Miedwiediewa. Przed wyborami cały świat demokratyczny okrzyknął go liberałem i również wiązał z nim, i wydaje się, że nadal wiąże, ogromne nadzieje. Niektórzy Rosjanie uważają, że Putin postawił państwo na nogi, a Miedwiediew wprowadzi rzeczywistą wolność. Czy tak się stanie w rzeczywistości przekonamy się zapewne już wkrótce. Tymczasem o współczesnej Rosji można powiedzieć z całą pewnością, że jest krajem, który odzyskał silną pozycję na arenie międzynarodowej, a jej obywatele odzyskali poczucie dumy narodowej.

autor – M.D.

**** Artykuł ten napisałem w końcówce marca, nie rości on sobie bynajmniej prawa do bycia rozprawą naukową.