Od poczucia wspólnoty do prawdziwej wspólnoty droga daleka

Od poczucia wspólnoty do prawdziwej wspólnoty droga jeszcze daleka, to prawda, ale mimo wszystko warto nią kroczyć.

Pamiętam jak w ubiegłym roku w Wielką Sobotę wracając do domu około północy odczułem potrzebę wstąpienia do parafialnego kościoła, w którym często nie bywam, na pewno już nie co niedzielę. W przyjaznym półmroku i chłodzie surowej, z szarej cegły nawy głównej uklęknąłem w drewnianej ławce obok kilku zupełnie nieznanych mi osób.

W nawie bocznej kilkanaście osób modliło się na głos przy grobie Chrystusa. W nawie głównej w sumie około kilkudziesięciu osób modliło się indywidualnie, w ciszy i skupieniu. W rzędzie ławek po mojej lewej stronie młoda - co najwyżej 25 - letnia dziewczyna, o zjawiskowej niemal urodzie - proste ciemne gęste włosy opadające miękko na ładną twarz o szlachetnych rysach, oczy w ciemnej oprawie, jasna karnacja, w dżinsach i ciemnej kurtce, cała zatopiona w modlitwie wydawała się nieziemsko tajemnicza. Tuż przed nią starszy pan o siwych włosach, łysiejący, o twarzy naznaczonej bólem, siedział w ławce samotnie, wspierał się na kuli, przez malujący się na jego twarzy ból jakby przebijała się radość z obcowania z Bogiem i innymi ludźmi, wielce możliwe, że za czas jakiś powrócił do pustego domu.

Sam intensywnie poczułem wówczas przeszywające i prawdziwe szczęście bycia z innymi ludźmi, bycia we wspólnej modlitwie, choć każdy z nas modlił się indywidualnie i w milczeniu. To są te chwile, których trwanie chciałoby się przedłużyć, zatrzymać, by nie opuszczały nas jak najdłużej, nie mówię, że chciałbym je zatrzymać na zawsze, bo życie nabiera barwi i smaku wówczas, gdy jest różnorodne, gdy po chwilach bólu i cierpienia nadchodzą chwile takie jak ta. Wszystko jest oczywiście kwestią proporcji i rodzaju cierpienia. Jestem w stanie wyobrazić sobie cierpienie, którego nie zrównoważą żadne chwile szczęścia.

Dziś wiem, że też zajrzę do mojego kościoła. Przed chwilą mijałem ludzi idących ze świecami na mszę o godzinie 19.00. Ale tłumne msze nie są dla mnie, przynajmniej nie zawsze, na pewno nie dziś. Potrzebuję dużo bardziej kameralnej atmosfery, by móc się modlić, by poczuć wspólnotę.

Czym innym jest jednak poczucie wspólnoty, a czym innym rzeczywista wspólnota oparta na wzajemnym szacunku, bezinteresownej życzliwości, chęci zrozumienia, dobrej woli, ufności, przebaczeniu, szczerej chęci pomagania innym. Zdaję sobie sprawę, że być może ci sami ludzie, z którymi odczuwam w kościele silną więź, na co dzień są zwyczajnymi kanaliami, bezinteresownie szkodzą swoim kolegom/koleżankom w pracy, być może zżera ich bezmyślna zawiść i cieszy cudze nieszczęście, i być może nie odczuwają w najmniejszym stopniu potrzeby bycia życzliwymi i pomocnymi wobec swoich bliźnich. Być może toczą ich jeszcze inne złości.

Mimo wszystko warto wychodzić innym naprzeciw, warto obdarzać innych zaufaniem w nadziei, że go nie zawiodą, a jeśli rozczarują i zdradzą, to nie rozpaczać, ale podnosić się po tych bolesnych upadkach i nie wycofywać się ze świata ufności wobec innych, nowo napotkanych na naszej drodze.

Takiej umiejętności, wiary i siły życzyłbym sobie i wszystkim z okazji Świąt Wielkiej Nocy!

Leave a Reply