Oczy przecierałem ze zdumienia czytając w dzisiejszej “Rzepie” felieton Rafała Ziemkiewicza “Każdy milion trzeba ukraść”. A w nim krótkie streszczenie pewnego artkyułu opublikowanego w “GW”. By się naocznie przekonać, że rzeczywiście jeden z redaktorów “GW” takie mądrości wypisywać może, zajrzałem na stronę internetową “GW”, by osobiście ów zestaw mądrości przejrzeć. Pod wielce wymownym tytułem “Normalne stosunki biznesu z polityką” Witold Gadomski ukrył całą głębię i mądrość ostatniego dwudziestolecia.
W zasadzie to, co przeczytałem w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi. To są dokładnie te same mądrości, te same zasady, którymi “filozofowie codzienności” karmią mnie co dnia. Ale odwołajmy się na chwilę do artykułu Witolda Gadomskiego:
“Nie jestem naiwny i rozumiem, że pomoc urzędników udzielona właścicielom spółki Winterpol nie musiała być bezinteresowna. Zapewne nie wszystkim biznesmenom sprzyjają w tym samym stopniu, co jest niesprawiedliwe i wypacza rynkową konkurencję. A jednak nie potrafię wykrzesać z siebie oburzenia, jakim pałają niektórzy dziennikarze i były szef CBA na biznesmena, który skrupulatnie i skutecznie zabiega o swoje interesy. Dzięki temu powstał wspaniały ośrodek wypoczynkowy o standardach zbliżonych do europejskich. Czy za dużo mamy takich ośrodków w Polsce? To, że biznesmen działa także w branży hazardowej, nie ma tu nic do rzeczy. Jego celem jest osiąganie zysku. Jeżeli państwo uznaje hazard za legalny, dlaczego mamy go potępiać ?Moralistom oburzającym się na samowolę budowlaną legalizowaną wstecznie umknął oczywisty fakt, że przepisy krępujące w Polsce inwestora są szczególnie uciążliwe. Polska od lat zajmuje dalekie miejsce na międzynarodowych listach krajów przyjaznych biznesowi. Załatwienie wszystkich zezwoleń wymaganych przy takiej budowie, jaką realizuje Winterpol w Sudetach, bez przyjaznego wsparcia urzędników wymagałoby kilku lat, a być może byłoby w ogóle niemożliwe. Znam wiele przypadków, gdy inwestor na decyzje urzędów czeka w nieskończoność, aż cały plan biznesowy bierze w łeb. Wiadomo – w interesach czas to pieniądz. Mariusz Kamiński, zamiast oburzać się na biznesmena, który coś zdziałał wbrew polskiej biurokracji, powinien oburzać się na biurokrację, która hamuje przedsiębiorców i zmusza ich do działań moralnie dwuznacznych.”
No właśnie, więc w czym tkwi problem? Winna całego zła jest biurokracja, w zderzeniu, z którą zaradny biznesmen ucieka się do makiawelicznych wybiegów, by w interesie publicznym, dla wspólnego dobra, przy wsparciu kolegów podarować społeczeństwu nowoczesny wyciąg. Ale jednak nie! Nie jesteśmy przecież naiwni! Co to, to nie. Nie uczynił tego li tylko w interesie publicznym, ale mając także na względzie własny zysk. I cóż w tym złego? Wszyscy przecież chcemy i możemy się bogacić.
Z tym, że właśnie, zatrzymajmy się na chwilę – czy aby na pewno ta biurokracja jest taka zła? Przecież ona także działa w interesie publicznym, nadzrouje, kontroluje, wydaje zezwolenia, stoi na straży przestrzegania prawa, to stąd wynikają te wszystkie opóźnienia, w trosce o dobro publiczne. Sprawdzanie, nadzorowowanie, kontrolowanie – jak każdy rozsądny człowiek dobrze wie – wymaga czasu. Tak więc cóż w tym złego? Biurokracja tak działa na całym świecie. To w zasadzie normalna praktyka, uniwersalna rzeczywistość każdej biurokracji. Nie miejmy jej więc tego za złe. Przecież jesteśmy ludźmi rozsądnymi, nie porywajmy się z motyką na słońce.
Pójdźmy jeszcze dalej – biznesmen i urzędnik to istoty ludzkie, takie same, równe wobec praw i Boga, a ntura ludzka – jak powszechnie wiadomo – jest ułomna, jak wolą inni – skażona grzechem pierworodnym, łasa i łakoma na błysktoki i bogactwa, słaba i zdolna do wznoszenia się ponad swoje granice.
Skąd więc cały ten szum? O co tyle hałasu? Bądźmy bardziej wyrozumiali, pogódźmy się wreszcie z losem. Starożytni Grecy uśmialiby się do łez widząc tą naszą histeryczną rekację na sztubackie przewieniena sympatycznych łobuziaków. Dajmy już temu spokój.
To doprawdy przewspaniały zestaw mądrości. A im dalej od centrum tym siła i częstotoliwość tych argumentów narasta. Bo jeśli jeszcze wielkie centra oferują jakieś nisze, jakąś różnorodność, to już takie 300 – tysięczne miasta na wschodzie mogą zaoferować tylko totalizm. Tu naprawdę nikt nie ukrywa, że pracę otrzymał dzięki tak zwanym, starym, dobrym, sprawdzonym znajomościom. Administrację zawłaszczają sobie na zmianę partie i ich poplecznicy. Jakakolwiek próba zwrócenia uwagi, że tak się jednak czynić nie powinno, kończy się wzruszeniem ramion i głebokim, filozoficznym stwierdzeniem – wyrażonym już może nie w tak wyrafinowany sposób, jak to uczynił redaktor Gadomski (ale weźmy poprawkę na to, że jest to jednak prowincja) – “bo tak już jest”, “takie jest życie”. No i każdy, kto twierdzi, że może być inaczej jest zwyczajnie ciężkim frajerem, a miejscowi psycholodzy stwierdzą: “niedostosowanym człowiekiem”. Natomiast jakaś bliżej nieokreślona większość jest święcie przekonana, że taka jest powszechnie obowiązująca norma. Ci co myślą inaczej, to zwykłe oszołomstwo, a wypowiedzenie własnego odrębnego zdania jest jak beknięcie przy stole w dobrym towarzystwie. Pewnych rzeczy zwyczajnie wypowiadać nie wypada. Najlepiej takich osobników odizolować od reszty zdrowej tkanki społecznej, bo jeszcze gdzieś nabrużdżą, staną się tylko przeszkodą na drodze rozwoju regionalnego.
Bo w zasadzie, te wszystkie patologie to tylko stan przejściowy, to nieuknione koszty społeczne, jakie należy ponieść, by w przyszłości móc marzyć o normalnym, praworządnym państwie. Choć jeszcze daj Boże, żeby jakaś grupa tak myślała. Bo nawet mając wątpliwości, co do tego czy przyzwolenie na te wszystkie patologie i uznanie ich za element konieczny życia publicznego, który wraz z wymarciem kilku pokoleń zemrze śmiercią naturalną, to trzeba pamiętać, że istnieje jeszcze dużo groźniejsza postawa orędowników społecznego darwiznmu. Wedle ich postrzegania świata, w społeczeństwie trwa nieustanna walka o byt, którą wygrać mogą tylko najsilniejsi, tj. ci najelepiej dostosowani, czytaj: najbrutalniejsi, najbezwględniejsi. A jest to stan normalny, trwały i niezmienny.
Zatem jakie jest wyjście z sytuacji – każdy z nas musi w sobie odnaleźć choćby odrobinę Ryszarda S., Lwa R., Ryszarda Ochódzkiego, Fryzjera, czy kogokolwiek podobnego.