Odradzanie się Rosji

Pewna znajoma Rosjanka wysłała mi jakiś czas temu pozdrowienia z Londynu. Nie pojechała tam bynajmniej w poszukiwaniu pracy, lecz jako dobrze zarabiająca specjalistka do spraw marketingu w jednej z moskiewskich firm na wycieczkę turystyczną. Jeszcze kilka lat temu zdarzało jej się podróżować jedynie po bezkresnej Rosji, czasem odwiedzić rodzinę w Finlandii, a teraz cały świat stoi przed nią otworem. Oczywiście młodzi, wykształceni, pracujący w renomowanych firmach i świetnie zarabiający Rosjanie nie są reprezentatywni dla całej Rosji. Różnice między Moskwą, Petersburgiem, oraz innymi dużymi miastami a rosyjską prowincją są wciąż ogromne. Jednak i ci Rosjanie z prowincji nawet jeśli utrzymują się dzięki nader skromnym pensjom czy jeszcze niższym emeryturom chwalą sobie sam fakt ich otrzymywania – co jeszcze pod koniec lat 90-tych nie było rzeczą taką oczywistą (wielu Rosjan znakomicie pamięta kilkumiesięczne przerwy w wypłatach pensji czy emerytur) i ich otrzymywanie na czas.


Polacy, którym często zdarza się bywać w Rosji, mieszkający przez jakiś czas w Rosji, którzy poznali kulturę, tradycje i obyczaje Rosjan twierdzą, że ci nade wszystko cenią sobie stabilność. Stabilność polityczną, społeczną i ekonomiczną.

Wolność w rozumieniu mojej znajomej to poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego, możliwość podróżowania po całym świecie – nie czysto teoretyczna, stanowiąca suchy zapis prawny, ale przede wszystkim faktyczna – gwarantowana prawem i sytuacją materialną. Wolność dla wielu młodych Rosjan to w ostatnich latach także możliwość odkrywania i wyznawania prawosławia, nie wiążąca się z żadnymi negatywnymi konsekwencjami ani dla nich samych, ani dla ich najbliższych. Po ponad 70 latach komunizmu, wyjałowienia duchowego, niszczenia Cerkwi prawosławnej, spenetrowania jej przez KGB, uśmiercenia niemal całkowitego wartości chrześcijańskich w życiu publicznym, możność otwartego i wolnego wyznawania prawosławia dla wielu Rosjan stanowi niezwykle ważny wymiar ich życia.


Któregoś razu wspomniana znajoma zapytała mnie czy wiem, co jest w Rosji najpiękniejsze. Miałem wymienić jedną jedyną rzecz, a to przecież wcale nie takie proste zadanie. W moim przekonaniu najpiękniejsza w Rosji jest literatura - „Idiota” Dostojewskiego, „Pierwsza miłość Turgieniewa”, „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Okazało się, że najpiękniejsze są w Rosji cerkwie.

Rosyjska Cerkiew wydaje się być skrajnie zróżnicowana. Popełniłby jednak błąd ten, kto chciałby wyciągać ogólniejsze wnioski na jej temat na podstawie dostępnych w Internecie czasopism prawosławnych: „Фома” (www.foma.ru), „Нескучный сад” (www.nsad.ru), „Истина и Жизнь” (www.istina.religare.ru). To właśnie w czasopiśmie „Нескучный сад” przeczytałem po raz pierwszy artykuł pewnego rosyjskiego duchownego, który stanowczo przekonywał, że rolą Cerkwi nie jest wspieranie idei nacjonalistycznej, ale głoszenie nauki Jezusa Chrystusa. Z kolei nowoczesna, prezentująca pogłębioną duchowość, pisana żywym i barwnym językiem „ Фома” oprócz spraw stricte religijnych zajmuje się także ważkimi problemami społecznymi nękającymi współczesną Rosję – np. marcowy numer był poświęcony problemowi alkoholizmu w Rosji. „Истина и Жизнь” prezentuje pogłębione prawosławie, często odwołując się do nauczania ojca Aleksandra Mienia – prawosławnego duchownego zamordowanego w 1990 r. Wymienione czasopisma są chętnie czytane przez otwartych i ciekawych świata młodych Rosjan. Ale Cerkiew Prawosławna ma niestety także swoje drugie oblicze. Rosyjski pisarz i prawosławny dziennikarz – Siergiej Putiłow w artykule „Chrześcijańska wolność i polityczna dyktatura” zamieszczonym w portalu Baznica.info (http://www.baznica.info/index.php?name=Pages&op=page&pid=4820) pisze o Cerkwi Prawosławnej z goryczą: „Wielu ludzi odstrasza (od Cerkwi – przyp. aut.) obecny państwowy status prawosławia, kiedy to Cerkiew przekształca się w ideologiczne narzędzie „Jednej Rosji”, a przestaje być miejscem, w którym można otrzymać odpowiedzi na najważniejsze duchowe pytania.” Bez wątpienia zasmucać muszą informacje o duchownych Cerkwi Prawosławnej, którzy są w stanie usprawiedliwiać zbrodnie Stalina. Z jednej strony Cerkiew otrzymuje we władanie teren dawnego poligonu Butowo – miejsce, w którym tylko w okresie „wielkiego terroru” od sierpnia 1937 r. do października 1938 r. rozstrzelano 20.765 osób (informacj za portalem Blagoviest info – http://blagovest-info.ru/index.php?ss=2&s=3&id=18702) – na którym w 2004 r, wznosi świątynię upamiętniająca pomordowanych tu mieszkańców Moskwy i Podmoskowia, których Cerkiew uznała za męczenników; a z drugiej strony w tejże samej Cerkwi zdarzają się duchowni zaprzeczający zbrodniom komunistycznym, bądź je usprawiedliwiający.

Cerkiew Prawosławna we współczesnej Rosji, podobnie jak za czasów carów, stała się też znakomitym narzędziem ułatwiającym administracji prezydenckiej sprawowanie władzy. Nie bez przyczyny Władimir Putin w wywiadzie udzielonym tygodnikowi „Time” przy okazji uznania go za człowieka 2007 roku opowiadał o tym, jak w długie podróże zabiera ze sobą Biblię, którą czytuje na pokładzie samolotu: „(…) Biblię mam w samolocie. Wiecie o tym, że często zdarza mi się latać. Mam w samolocie także ikonę. Odbywam często długie loty. Rosja jest rozległym krajem, więc bez problemu znajduję czas, by czytać Biblię.” W tym samym wywiadzie Putin także mówi: „Powiedzmy, że to jest moje głębokie przekonanie, że moralne wartości bez których rodzaj ludzki nie może przetrwać nie mogą być inne niż tylko religijne.”


Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej dzięki istnieniu w silnej symbiozie z państwem i za jego pośrednictwem zdarza się także wykorzystywać swoją uprzywilejowaną pozycję do ograniczania prężnie działających na terytorium Federacji Rosyjskiej Kościołów Protestanckich czy Kościoła Katolickiego. W przywołanym wyżej artykule Siergieja Putiłowa czytamy: „Działalność tych, którzy głoszą rzeczywiste prawdy wiary chrześcijańskiej w społeczeństwie – a zwłaszcza protestantów, jest tłumiona. Ograniczenia w głoszeniu Słowa Bożego spotykają także Kościół Katolicki.”

Rosjanie znajdują się obecnie na etapie powrotu bądź odkrywania piękna liturgii prawosławnej i nauczania zawartego w Ewangelii. Cerkiew na nowo staje się jednym z filarów ich tożsamości narodowej. Można czasem nawet usłyszeć czy przeczytać – jakby paradoksalnie to nie brzmiało - o „prawosławnych ateistach” w Rosji, tj. ludziach niewierzących w Boga, ale uznających wagę wychowania młodych Rosjan w kulturze prawosławnej. W ich opinii, ale także w opinii ludzi szczerze i głęboko wierzących, dobry obywatel to osoba wyznająca wartości chrześcijańskie przekazywane przez Cerkiew Prawosławną. Wydaje się, że jeszcze nie nastał w Rosji czas, w którym pełna wolność religijna byłaby równie ważna jak możliwość otwartego wyznawania prawosławia. Dotychczas Rosjanie byli przekonywani o istnieniu „terytorium kanonicznego” Cerkwi Prawosławnej, które pokrywa się z terytorium Federacji Rosyjskiej. Prawo federalne uznaje istnienie czterech tradycyjnych religii na terytorium Federacji Rosyjskiej: Cerkwi Prawosławnej, Judaizmu, Islamu i Buddyzmu. Kościoły protestanckie i Kościół Katolicki, jak to zostało już wyżej wspomniane mają utrudnioną działalność.

Nie sposób zaprzeczyć, że zainteresowaniu religią sprzyja poprawa sytuacji społeczno – ekonomicznej w Rosji, która sprawia, że wielu Rosjanom nie wystarczają jedynie dobra materialne, zaczynają stawiać pytania odnoszące się do sfery duchowej. I większość z nich odpowiedzi na nie szuka właśnie w Cerkwi Prawosławnej, ale też i innych Kościołach chrześcijańskich. Z pewnością jest to odwrotny trend niż ten obserwowany od dłuższego czasu w Europie Zachodniej, w której dobrobyt zdecydowanie oddala ludzi od religii. Rosjanie po ponad 70 latach komunizmu, przymusowej ateizacji, całkowitej kompromitacji głoszonych przez komunizm idei, są spragnieni wartości budujących i wzmacniających więzi międzyludzkie, dających im nadzieję i wiarę w drugiego człowieka. Po latach komunistycznego wyjałowienia w sferze duchowości, wartości, powszechnego cynizmu, obojętności, nieufności, rozbicia więzi międzyludzkich, proces ten wydaje się być w pełni zrozumiały.

Ograniczenia wolności religijnej nie są jedynymi obserwowanymi w Rosji. Przy okazji niedawnych wyborów prezydenckich, i nieco wcześniejszych wyborów do Dumy cały demokratyczny świat krytykował ograniczenia wolności odnoszących się do sfery politycznej. Odnotowywano liczne nadużycia, wśród nich kupowanie głosów, zmuszanie do wzięcia udziału w wyborach ze wskazaniem kandydata, na którego należy oddać głos. Odmowa rejestracji jedynego rzeczywistego kandydata opozycji – Michaiła Kasjanowa - w wyborach prezydenckich z uzasadnieniem nieważności tysięcy podpisów spośród 2 milionów, jakie kandydaci są zobowiązani zebrać, by uzyskać rejestrację dokonywaną przez Centralną komisję wyborczą, skłania do zastanowienia czy rzeczywiście opozycja nie ma poparcia społecznego na tyle istotnego, by móc zagrozić kandydatowi namaszczonemu przez Władimira Putina? Jeśli owe poparcie miałoby być rzeczywiście tak znikome, to dlaczego jednak władze uciekają się do odmowy rejestracji?

Obserwując rosyjską scenę polityczną można czasem odnieść wrażenie, że jedyna naprawdę opozycyjna partia w rosyjskim parlamencie – Partia Komunistyczna Federacji Rosyjskiej - stanowi dla obecnej władzy wygodne alibi, którym może uzasadnić rację swego istnienia. W takiej sytuacji niejako automatycznie uruchamia się myślenie usiłujące usprawiedliwić wszelkie poczynania administracji Putina obawą przed powrotem do władzy komunistów - jeśli nie wygra „Jedna Rosja”, to władzę mogliby przejąć komuniści, którzy mieli już okazję udowodnić do czego są zdolni. Inny schemat myślowy podpowiada, że „Jedna Rosja” czy Władimir Putin, a obecnie Dymitrij Miedwiediew są mniejszym złem niż nieprzewidywalna opozycja nazywająca siebie demokratyczną. Choć z drugiej strony sam jestem wielce sceptycznie nastawiony wobec rosyjskiej opozycji demokratycznej i wydaje mi się ona być wielką niewiadomą.


Kolejny zarzut stawiany przez świat zachodni Rosji dotyczy przejęcia całkowitej kontroli nad mediami w Rosji przez administrację Władimira Putina, uzasadnianego obawą przed wrogimi wpływami zachodnimi w mediach rosyjskich, zagrażającymi państwu i narodowi. To właśnie pod koniec swojej drugiej kadencji Władimir Putin powrócił do retoryki przypominającej tę z czasów „zimnej wojny”. Zgodnie z nią Rosja jest oblężoną twierdzą, a na jej dobrobyt, surowce naturalne i inne bogactwa czyhają wrogie siły, przede wszystkim Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone. Wydaje się, że to kolejny zręczny chwyt kremlowskich specjalistów od pijaru. Naród łatwo zjednoczyć, zmobilizować przedstawiając mu wroga, który za wszelką cenę chce ograbić i zniszczyć państwo, a którego powstrzymać może tylko silna władza. Bez wątpienia ta antyzachodnia retoryka ma także za zadanie spotęgować wrażenie bycia liczącym się graczem na scenie międzynarodowej, ma wywołać w społeczeństwie przekonanie, że świat zachodni ponownie - jak za czasów Związku Radzieckiego - boi się Rosji, że Rosja jest imperium, z którym należy się liczyć. Swoją drogą trudno tej taktyce odmówić skuteczności. W uzasadnieniu do przyznania Putinowi tytułu człowieka roku 2007 przez tygodnik ‘Time” pojawił się m.in. argument przywrócenia Rosji przez Putina silnej pozycji na arenie międzynarodowej, odnowienia postrzegania jej jako mocarstwa, z którego zdaniem muszą się liczyć nawet Stany Zjednoczone nie wspominając już o krajach Europy Zachodniej. Faktem jednak jest, że ze stanowiskiem Rosji świat zachodni musi się liczyć choćby w sprawie Iranu, Stany Zjednoczone w sprawie rozmieszczenia elementów tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach. Największą porażką w polityce zagranicznej Rosji stało się jednak ogłoszenie i uznanie przez wiele państw niepodległości Kosowa. Mimo zdecydowanego sprzeciwu Rosjan nie udało się zapobiec utracie kolebki serbskiej państwowości. Choć i w tym przypadku Rosjanie uzyskali „na pocieszenie” kontrolę nad serbskim sektorem energetycznym. Najwyraźniej Serbowie sprzedali kontrolne udziały w nadziei na skuteczne poparcie Rosji w sprawie Kosowa, które tym razem okazało się jednak być niewystarczające.


W polityce odzyskiwania pozycji mocarstwowej dużą rolę odgrywają rosyjski gaz i ropa naftowa, od których w znacznym stopniu uzależniona jest Europa Zachodnia. Surowce te stały się istotnymi instrumentami prowadzenia polityki zagranicznej przez Rosję. Jest to oczywiście polityka swoistego szantażu, przynosząca jednakże oczekiwane przez Rosjan rezultaty.


Za sprawą gazu Rosjanom udało się nawet podzielić państwa członkowskie Unii Europejskiej, czego jesteśmy najlepszym przykładem - wbrew protestom Polski, Niemcy i Rosjanie postanowili o budowie rurociągu północnego, który ma być poprowadzony po dnie Bałtyku.


Istnieją też jednak poważne zagrożenia rosyjskiej potęgi budowanej w znacznym stopniu na gazie i ropie naftowej. Eksperci do spraw ekonomii wskazują na poważnie niebezpieczeństwo opierania gospodarki jedynie na eksporcie surowców naturalnych. Rosja od dłuższego już czasu korzysta z bardzo dobrej koniunktury na te bogactwa, z wysokich cen, ale pewnego dnia ten rynek może się załamać, a ceny poszybują na złamanie karku w dół. Wówczas rosyjska gospodarka znalazłaby się w ogromnych tarapatach, być może porównywalnych nawet do tych z końca lat 90-tych. Państwo znalazło się wówczas na skraju bankructwa. W pewnym sensie to właśnie w tamtych wydarzeniach należałoby szukać źródeł sukcesu Putina. Stały się one dla Rosjan swoistym punktem odniesienia. Rosja Borysa Jelcyna wydawała się być państwem słabym ekonomicznie i politycznie, państwem, które całkowicie utraciło swoją mocarstwową pozycję na arenie międzynarodowej. Rosjanie poczuli się upokorzeni i ośmieszeni, wielokrotnie musieli odczuwać zażenowanie z powodu wybryków swego prezydenta, ewidentnie mającego problemy z alkoholem. Ogromne niezadowolenie Rosjan wywoływało także otoczenie się przez Borysa Jelcyna oligarchami, którzy wsparli finansowo jego drugą kampanię prezydencką, bynajmniej nie bezinteresownie. Fortuny oligarchów zdobywane w sposób często niezgodny z prawem i głęboko nieetyczny, rosnące rozwarstwienie społeczne i szalone kontrasty między najbiedniejszymi a najbogatszymi, gwałtowny i wysoki wzrost przestępczości, zwłaszcza zorganizowanej, to wszystko stało się dla Rosjan nie do zniesienia. Właśnie wówczas pojawił się Władimir Putin, jako człowiek namaszczony przez Jelcyna najpierw na premiera, a następnie na prezydenta. W zamian za tę nominację Putin miał po objęciu funkcji prezydenta chronić rodzinę Jelcyna, która odgrywała znaczącą rolę na Kremlu. Putin okazał się być człowiekiem lojalnym i nie dopuścił do jakichkolwiek rozliczeń, ale sukcesywnie odsuwał rodzinę byłego prezydenta od wpływów na Kremlu. Z czasem umocnił swoją pozycję na tyle, że zaczął wprowadzać reformy gospodarcze, centralizować państwo. Putin do wzmocnienia swojej władzy wykorzystał zręcznie odczucia i przekonania zdecydowanej większości Rosjan, dla których synonimami demokracji stały się chaos, bezprawie i anarchia. Rosjanie uznali, że wszystkie te negatywne zjawiska mające miejsce pod koniec lat 90-tych stanowiły nieodłączną część składową demokracji, jej istotę i naturę. Putin umiejętnie zdyskontował te nastroje i przekonał Rosjan, że demokracja w rozumieniu zachodnim nie jest im do niczego potrzebna, a wręcz odwrotnie – jest niebezpieczna i przywiodła państwo na skraj bankructwa, a narodowi odebrała poczucie godności. Przekonał, że Rosjanie potrzebują własnej drogi, własnej odmiany demokracji, uwzględniającej rosyjską specyfikę, dla której nazwy szukają dziś politolodzy na całym świecie, a najpopularniejszą stała się chyba „demokracja sterowana”, choć niektórzy nazywają obecny ustrój Rosji wprost autorytaryzmem. Ze swej strony dodałbym, że jeśli jest to autorytaryzm, to bez wątpienia oświecony.


Wydaje się, że wielu Rosjan pogodziło się z tym, że nie są im potrzebne w pełni wolne wybory parlamentarne czy prezydenckie, w pełni niezależne media, wolność zgromadzeń, wolność działania partii politycznych. Te wszystkie wartości wywołują w nich skojarzenia właśnie z kryzysem lat 90-tych i w nich doszukują się jego przyczyn. Poparcie dla Władimira Putina nie jest rzeczą wydumaną, ono istnieje rzeczywiście, stąd mało zrozumiałe są te wszystkie wyborcze nadużycia. Różne mogą być motywacje owego poparcia, ale nie sposób go podważyć i nie sposób zaprzeczyć jego istnieniu. W artykule „Econimic revival has Russians yearning for what the West has” opublikowanym 15 marca 2008 r. w „The New York Times” Stephen Kotkin stwierdza: „Większość Rosjan nie kocha Putina dla niego samego, oni kochają Rosję Putina. Kochają być klasą średnią. Kochają planowanie przyszłości. (…) Miliony właścicieli nieruchomości, turystów i inwestorów wydają się być gotowymi, by poprzeć autorytaryzm lub pozostać apolitycznymi. Z pewnością cenią sobie silnego rubla, umiarkowaną inflację, dostępne kredyty hipoteczne, dostęp do wyższej edukacji, telewizji satelitarnej, Internetu, paszportów, wiz zagranicznych – i nade wszystko – brak ekonomicznych wstrząsów.”


Obecnie rosyjska gospodarka odnotowuje wysoki wzrost, PKB za rok 2007 wyniósł ponad 7%, wartość rosyjskiej giełdy za prezydentury Putina (od grudnia 1999 r. do końca 2007 r.) wzrosła z 60 miliardów dolarów do ponad 1 tryliona dolarów; średnie wynagrodzenie w Rosji wzrasta o 10% każdego roku. Standard życia wzrósł niepomiernie. Nie należy jednak zapominać o wciąż istniejących sporych różnicach między dużymi miastami a prowincją. Wciąż jeszcze wielu Rosjan nie stać na to, by podróżować po świecie, wciąż jeszcze są tacy, którzy żyją w biedzie, ale z drugiej strony towarzyszy im nieodłączna i w pełni uzasadniona nadzieja na poprawę ich losu.


Wielu młodych, wykształconych Rosjan brak pełnej wolności mediów rekompensuje sobie dostępem do Internetu, który daje im możliwość czytania tego na, co w danej chwili mają ochotę.


Wielkie nadzieje wyzwolone przez Putina, Rosjanie przenieśli teraz na Dymitrija Miedwiediewa. Przed wyborami cały świat demokratyczny okrzyknął go liberałem i również wiązał z nim, i wydaje się, że nadal wiąże, ogromne nadzieje. Niektórzy Rosjanie uważają, że Putin postawił państwo na nogi, a Miedwiediew wprowadzi rzeczywistą wolność. Czy tak się stanie w rzeczywistości przekonamy się zapewne już wkrótce. Tymczasem o współczesnej Rosji można powiedzieć z całą pewnością, że jest krajem, który odzyskał silną pozycję na arenie międzynarodowej, a jej obywatele odzyskali poczucie dumy narodowej.

autor - M.D.

**** Artykuł ten napisałem w końcówce marca, nie rości on sobie bynajmniej prawa do bycia rozprawą naukową.

Rowery, ścieżki rowerowe i burakowe pole

Doprawdy nie wiem co bym począł w tym mieście bez roweru. Każdą wolną chwilę staram się wykorzystywać na ruch na świeżym powietrzu, a zwłaszcza na jazdę na rowerze, co niestety nie jest możliwe w naszym klimacie przez niemal pół roku. Ale gdy już nastaną cieplejsze i słoneczne dni chłonę je na wszelkie możliwe sposoby.

Dziś mając do dyspozycji zaledwie 30 - 45 minut, nie mogłem sobie pozwolić na dłuższą i dalszą wyprawę, skorzystałem więc z białostockich chodników, które posłużyły mi jako ścieżka rowerowa, bo choć ścieżek w mieście przybywa, to jednak wciąż jest ich za mało w stosunku do potrzeb. Poza tym nie do wszystkich miejsc, które lubię, mogą przecież prowadzić ścieżki rowerowe. A te, które już powstały nie zawsze są wykorzystywane zgodnie z ich przeznaczeniem. Od kilku dobrych lat funkcjonuje ścieżka rowerowa wzdłuż alei Piłsudskiego, ale cóż z tego, skoro jest to chodnik podzielony na dwie części - jedna część dla pieszych, druga dla rowerów, często się więc zdarza, że część przeznaczoną dla rowerów użytkują piesi, spacerując sobie nią w najlepsze niekiedy z wózkami, z małymi dziećmi prowadzonymi przez mamę lub tatę za rękę, posiadacze psów ze swoimi ulubieńcami. Jazdą ową ścieżką bardziej przypomina slalom gigant niż swobodną jazdę na rowerze.

Innym problemem są prawdopodobnie właściciele posesji wzdłuż ulicy Ciołkowskiego, którzy nowo wybudowaną ścieżkę rowerową postanowili wykorzystać jako miejsce postojowe dla swoich wspaniałych aut. Siłą rzeczy rowerzyści zmuszeni są zjeżdżać na chodnik. Teraz tylko patrzeć, jak pod ciężarem samochodów ścieżka zacznie niszczeć, zapadać się, wyrabiać się. By rzeczy nie pozostawiać samym sobie Stowarzyszenie Rowerowy Białystok postanowiło przeprowadzić akcję pod nazwą “burakowe pole”. Organizacja apeluje o powiadamianie w takich sytuacjach straży miejskiej i fotografowanie nieprawidłowo zaparkowanych samochodów z numerem rejestracyjnym, których zdjęcia są następnie wrzucane na stronę internetową pomysłodawców:

http://www.rowerowy.bialystok.pl/index.php?id=subkat&subkat=60

Akcję popieram całym swoim sercem i całą duszą swoją! Na tego typu chamstwo nie ma innego sposobu.

Telewizja publiczna, abonament i reklamy

Jestem jak najbardziej za utrzymaniem abonamentu i za emisją reklam w telewizji publicznej, pod jednym wszakże warunkiem - że media publiczne, w tym radio i telewizja rzeczywiście będą wywiązywać się ze swojej misji. Nie interesują mnie gwiazdy w publicznej TV, nie interesuje mnie idiotyczne naśladownictwo telewizji komercyjnych, nie chcę mizdrzących się prezenterek tudzież prezenterów, prognoz pogody mylonych z wybiegiem dla modelek i modeli. Interesuje mnie prawdziwa telewizja publiczna, utrzymywana także z mojego abonamentu. Jestem gotów płacić ów “haracz”, byle tylko media publiczne wywiązywały się z nałożonych na nie zobowiązań. Za absolutnie niedopuszczalne uważam emisje filmów takich, jak “Idiota” Władimira Bortko czy “Miasto kobiet” Felliniego między północą a 3 w nocy, wielce wątpliwe wydaje się także nadawanie “Mistrza i Małgorzaty” po 22. Co z tego, że jeszcze do niedawna miałem nienormowany czas pracy, na który mogą sobie pozwolić tylko nieliczni, jeśli w nocy byłem tak zmęczony, że “Miasta kobiet” nie udało mi się obejrzeć do końca - choć bardzo chciałem, - bo w pewnym momencie zasnąłem, nie będąc już dłużej w stanie panować nad swoim zmęczeniem.

Zdaję sobie sprawę z tego, że im popularniejszy program danego medium, tym więcej reklamodawców, ale wówczas ginie gdzieś misja, to truizm. Poza tym przypuszczam, że wymienione wyżej filmy ściągnęłyby też niemała widownię przed telewizory, choć pewnie nie tak dużą, jak głupawe teleturnieje czy seriale. Ale z drugiej strony nie można mieć wszystkiego na raz, w zamian za abonament mniejsze wpływy z reklam, bo w to, że reklamodawcy w ogóle odwróciliby się od mediów publicznych, gdyby te rzeczywiście podjęły swoją misję po prostu nie wierzę. Mogę się co najwyżej zgodzić, że spadnie wówczas oglądalność, a w związku z tym obniżą się też zyski z reklam, ale nie znikną przecież całkowicie. A te reklamy, które pozostaną pozwoliłyby zasilić budżet przeznaczany na finansowanie prawdziwej misji, tj. produkcję teatru telewizji, ambitne i ciekawe filmy i audycje, słuchowiska, itp.

Muzeum bimbrownictwa. A może muzeum wielokulturowości Podlasia?

Z początku myślałem, że to żart, ale okazuje się, że jacyś ważni i wpływowi białostocczanie zamierzają utworzyć muzeum bimbrownictwa w samym Białymstoku czy gdzieś w okolicach, w którym można będzie obejrzeć bimbrownię, przyrządy służące do produkcji bimbru, przyjrzeć się procesowi powstawania bimbru, a nawet uczestniczyć w pokazie likwidacji takiej “nielegalnej” bimbrowni. Z punktu widzenia marketingowego to może i dobry pomysł, na pewno miłośnicy agroturystyki i egzotyki podlaskiej z chęcią zajrzą do tak kuriozalnego przybytku. Ale z drugiej strony - wciąż nie ma w Białymstoku muzeum poświęconego białostockim Żydom, nie ma nawet stałej ekspozycji w muzeach już istniejących poświęconej tej grupie narodowej niegdyś tak licznie zamieszkującej Podlasie, a zwłaszcza sam Białystok (przed II wojną światową Żydzi stanowili w 100-tysięcznym Białymstoku 50% mieszkańców miasta). Padł kiedyś taki pomysł i na samym pomyśle się skończyło. Prawdę mówiąc nie jestem zwolennikiem tworzenia w Białymstoku muzeum poświęconego tylko i wyłącznie Żydom, ale marzy mi się muzeum poświęcone wielokulturowości Podlasia, w którym byłyby ujęte historia, kultura, obyczaje i tradycje wszystkich grup narodowościowych i etnicznych zamieszkujących Podlasie, muzeum, w którym byłoby miejsce na przedstawienie relacji między tymi grupami na przestrzeni dziejów i na prowadzenie nad nimi badań. Nowoczesne muzeum, wykorzystujące najnowsze rozwiązania techniczne - łączące pod tym względem elementy muzeum przyrodniczego w Białowieży i muzeum historycznego w Budapeszcie - Terror Haza czy Muzeum Powstania Warszawskiego. Nie może to być kolejne nudne białostockie muzeum opierające się wyłącznie na eksponatach wystawionych w gablotach, starych fotografiach, pocztówkach, planszach, szkicach, makietach. Tym młodych ludzi nikt do muzeum nie przyciągnie.Ale jak znam białostocką rzeczywistość to muzeum bimbrownictwa pewnie powstanie, a muzeum poświęcone wielokulturowości tego regionu pozostanie tylko w sferze marzeń. Podlasie - poza walorami przyrodniczymi - nie ma raczej wysokich notowań w Polsce, a teraz jeszcze będziemy na dodatek kojarzeni z bimbrem, jeśli już nie jesteśmy. Kiepska to reklama regionu.

O arogancji

Nie wywarły na mnie większego wrażenia przeprosiny posła Kalisza skierowane do rodziny Olewników, we fleszach lamp, w obecności licznych kamer nie mogły wyglądać na szczere, włącznie z wymuszonym podaniem ręki Włodzimierzowi Olewnikowi. Po pierwsze - koś kto chce szczerze przeprosić znajdzie na to sposób, by uczynić ten gest w warunkach dużo bardziej kameralnych. Po drugie - należało to zrobić dużo wcześniej. Nie jest to odkrywcze stwierdzenie, ale owe farsowe przeprosiny to nic innego, jak polityczny marketing, razem ze wczorajszym emocjonalnym apelem do generała Rapackiego, by poświadczył, że pan Kalisz, jako minister zaangażował się całym swoim sercem i całą duszą swoją w wyjaśnienie tej bulwersującej sprawy. Rodzina Olewników twierdzi coś zupełnie przeciwnego. Pan Kalisz miał być wobec nich arogancki, ironiczny i usiłował - mówiąc wprost - jak najszybciej ich się pozbyć ze swego biura. Nie spodziewał się, że cała sprawa wyjdzie na jaw, że zostanie nagłośniona, i że ktoś będzie szargał jego dobre imię, jego - “jednej z najsympatyczniejszych twarzy lewicy”, “człowieka z klasą” (takimi duserami określali posła Kalisza niektórzy dziennikarze i różni specjaliści po mianowaniu owego na szefa sejmowej komisji zajmującej się wyjaśnieniem okoliczności śmierci Barbary Blidy).

Jestem w stanie wyobrazić sobie arogancję pana Kalisza. Miałem niestety wiele razy wątpliwą przyjemność kontaktu z urzędnikami szczebla samorządowego, państwowego, mniej i bardziej ważnymi, u których arogancja stanowiła cechę niemal wrodzoną.

Arogancja stała się w Polsce w ostatnim czasie nieodłączną cechą sporej części naszego społeczeństwa, sposobem na życie, filozofią życia. Jest ona bez wątpienia podszyta lękiem, nadwrażliwością wobec własnej osoby, własnego ego; wynika też z pewnością z nieumiejętności utrzymania zdrowego, mądrego, kulturalnego dystansu w relacjach międzyludzkich, a czasami z czystej “potrzeby serca”, wówczas jest bezinteresowna, wypływa ze złego wychowania lub wrodzonego chamstwa. Ale czy jej źródła mają jakieś znaczenie? Próba ich dochodzenia sprawia wrażenie lichego usprawiedliwiania.

Zabawne są tłumaczenia posła Kalisza, że był podczas spotkania z rzeczoną rodziną zmęczony. Kiedyś już podobne tłumaczenia gdzieś słyszałem. Zmęczenie zwalnia człowieka z kultury osobistej, z konieczności panowania nad sobą? Poza tym czy korelatem zmęczenia jest chamstwo i arogancja? To oczywiście próby taniego usprawiedliwiania się. Wątpię jednak byśmy jako społeczeństwo wyciągnęli jakiekolwiek wnioski z tej lekcji; odnoszę wrażenie, że stajemy się coraz bardziej bezwolną, bezrefleksyjną masą, dla której arogancja, cynizm, nieufność, zarozumialstwo stają się jedynie prawdziwą i w subiektywnym odczuciu głęboką filozofią życia.

Rzecznik Praw Dziecka - instytucja niezbędna czy balast?

Nie bawi mnie samo znęcanie się nad panią Sowińską. Sprawia wrażenie osoby nieśmiałej, nieco zagubionej, którą piastowana funkcja znacznie przerosła. Niestety, kto się decyduje odgrywać jakąkolwiek rolę w życiu publicznym, a już zwłaszcza obejmować najważniejsze urzędy państwowe czy samorządowe, musi być otwarty na kontakty z mediami, nie unikać ich, a przede wszystkim nie traktować ich jak dopust Boży. Rację we wczorajszej dyskusji w TVN24 (w programie Bogdana Rymanowskiego) miała Kazimiera Szczuka, która stwierdziła, że pani Sowińska opanowała tylko jeden język - klerykalno - narodowy, natomiast nie potrafi posługiwać się językiem mediów liberalnych. Z łatwością opowiada o masonach, zagrożeniach, dewiacjach, homoseksualistach, ale już nie potrafi podjąć dyskusji z przedstawicielami tego drugiego świata, w jej przekonaniu zapewne wrogiego.

Sam mam do pani Rzecznik zupełnie inne pretensje, i nie do niej jako do osoby, lecz jako do urzędnika państwowego, a i do samego urzędu, jako instytucji. Swego czasu zdarzyło mi się udzielać pomocy prawnej pewnej Białorusince zamieszkałej w Białymstoku, która wyszła za mąż za Polaka, ale przyjechała tu do Polski z dziećmi z pierwszego małżeństwa z Białorusinem, który zginął w wypadku. Miała poważne problemy z zalegalizowaniem pobytu na terytorium Polski swego 12 - letniego syna, odpowiedni wydział podlaskiego urzędu wojewódzkiego odmawiał wydania chłopakowi zezwolenia na zamieszkanie na czas oznaczony, a aroganccy urzędnicy odsyłali matkę do konsulatu w Brześciu - tam zresztą też odmawiano jej udzielenia pomocy. Sytuacja wydawała się beznadziejna, chłopakowi groziła deportacja na Białoruś i umieszczenie go w jednym z tamtejszych domów dziecka, ze względu na brak najbliższej rodziny. Jedyne co mogłem zrobić ze swej strony, to napisać solidne odwołanie od decyzji urzędników białostockiego urzędu wojewódzkiego do Urzędu do Spraw Cudzoziemców, co też uczyniłem. Jednocześnie wystosowałem oficjalne pismo jako prawnik organizacji działającej na rzecz praw człowieka do Rzecznika Praw Dziecka, by ten ze swej strony objął jakimś nadzorem ową sprawę, by się do niej przyłączył, monitorował ją, by podjął jakiekolwiek działania leżące w zakresie jego kompetencji. Po bodaj miesiącu otrzymałem odpowiedź drogą mejlową, która zawierała streszczenie ustaw odnoszących się do sytuacji cudzoziemców chcących zalegalizować swój pobyt na terytorium RP. Jako prawnik zajmujący się sprawami cudzoziemców znałem te przepisy niemal na pamięć. Ręce mi opadły i byłem wściekły na cały ten kraj i na fikcyjne, fasadowe urzędy. Dlatego rozbawiło mnie, gdy we wspomnianej wyżej dyskusji w TVN24 były poseł Krzysztof Boska twierdził, że biuro Rzecznika podejmuje interwencje w podobnych sytuacjach.

Całe szczęście urzędnicy z Urzędu do Spraw Cudzoziemców podzielili moją argumentację z odwołania i przyznali chłopakowi zezwolenie na zamieszkanie na czas oznaczony. Rodzina zatem może spokojnie i swobodnie mieszkać razem w Polsce. Czy podobne historie zawsze kończą się happy endem? Ile jeszcze podobnych pism dotarło do biura Rzecznika Praw Dziecka, po których ten nie podejmował żadnych działań, a pracownicy biura wysyłali jedynie krótkie resume ustaw? Nie mam pojęcia.

Dzikie pola

Pilch niedawno na łamach bodaj “Polityki” pisał, że Polska była zawsze i pozostanie dzikimi polami Europy. Z początku nieco się oburzyłem, ale po chłodnej refleksji uznałem, że trudno mu nie przyznać racji.

Słabe państwo, ludzie skrajnie obojętni i nie mający w sobie żadnych cech, które kwalifikowałyby ich, jako obywateli, a nie jak zwykłe monady żyjące tylko dla siebie i obok innych, którzy jeśli wzbudzają w nich jakieś uczucia, to najczęściej zawiść, niechęć i złość.

Słabość państwa aż razi, najpierw morderstwo Marka Papały, bo prawdopodobnie za dużo wiedział o czymś, co mogło naruszyć interesy gangsterów mających wpływy wśród polityków lub nawet nimi władających. Następnie zupełnie bezpodstawne aresztowanie Romana Kluski - choć właściwie mające podstawy - nie chciał łożyć na polityków pewnie SLD. Sąd co prawda uznał, że aresztowanie było niezgodne z prawem, ale zasądził odszkodowanie w wysokości 5.000 zł stosując przy tym wielce pokrętną argumentację, której nie mogłem się nadziwić, gdy ją czytałem.

Teraz sprawa zamordowanego Krzysztofa Olewnika, którego ojciec nie chciał wchodzić w lewe interesy z miejscowymi oprychami, wspieranymi przez lokalnych polityków, policjantów, bankowców i Bóg raczy wiedzieć przez kogo jeszcze.

W niedzielę ciocia opowiedziała historię pewnego byłego działacza “Solidarności” w białostockich “Uchwytach”, świetnego fachowca, który odmawiał kolejno swoim znajomym wspólnego założenia firmy, ponieważ miał zupełnie odmienną jej wizję niż jego niedoszli wspólnicy. Uważał, że pracodawcy powinni oferować pracownikom przyzwoite warunki pracy - umowę o pracę, godne wynagrodzenie, dobrą atmosferę pełną szacunku wobec podwładnych i troski o wspólne firmowe dobro. Koledzy nie podzielili jego wizji, więc z firmy nic nie wyszło. Po pewnym czasie był jednak zmuszony zatrudnić się w jednej z firm, założonych przez kumpla, i nie wytrzymał, nie zniósł tego wszystkiego czego musiał być świadkiem - wyzyskiwania pracowników, złego traktowania, niskich płac przy wysokim zysku firmy i wysokich pensjach kierownictwa. Serce nie wytrzymało i odmówiło posłuszeństwa. Stres, ból, empatia, aż wreszcie zawał. Wydobrzał, wrócił do zdrowia, przeszedł na wcześniejszą emeryturę i niestety nie wiem, co teraz - czy czuje się wolny? Ostatnio jechał do córki, by pomóc jej urządzić się w Gdyni, gdzie osiadła razem z mężem…

Świeczkowa manifestacja w Bratysławie

Wczoraj i dziś próbowałem wpisywać w polskich wyszukiwarkach hasło “świeczkowa manifestacja”, by stwierdzić czy Polacy wiedzą cokolwiek o tym wydarzeniu i czy poświęcili mu jakąkolwiek uwagę.

W portalu google.pl wyświetliła mi się jedna strona, na której znalazła się poszukiwana przeze mnie fraza, w onecie i wirtualnej Polsce ani jedna strona nie została odnaleziona, w interii jedna strona, a oprócz tego w ramkach reklamy firm zajmujących się produkcją czy sprzedażą świec. I to tyle. Wstyd, cóż więcej można powiedzieć. Słowacy bez porównania więcej wiedzą o Polsce, o naszej kulturze, historii, współczesności, niż my o nich, interesują się żywo tym, co dzieje się w Polsce, a my nie jesteśmy w stanie poświęcić uwagi tak ważnemu wydarzeniu w historii Słowacji, jak świeczkowa manifestacja.

25 marca 1988 r. około 2 tysięcy Słowaków zebrało się na głównym placu Bratysławy - “Hviezdoslavovo námestie” (różne źródła podają różną ilość uczestników, niektóre zaznaczają, że nie wszystkich dopuszczono na plac, na którym gromadzili się manifestanci, część została w bocznych uliczkach prowadzących na plac), by podczas pokojowej demonstracji domagać się swobód religijnych, nieingerowania władz komunistycznych w mianowanie biskupów kościoła katolickiego oraz przestrzegania przez władze praw obywatelskich.

Ruch dysydencki w komunistycznej Słowacji był niewielki, sprzeciw wobec komunistycznych zbrodni wyrażały tutaj głównie środowiska katolickie. To w kościołach katolickich drukowano zakazane książki i czasopisma, to właśnie kościół katolicki udzielił wsparcia opozycjonistom wywodzącym się - jak to zostało już wyżej wspomniane - ze środowisk katolickich.

Po wydarzeniach z czasów II wojny światowej, ale i czasu ją poprzedzającego, gdy ksiądz Józef Tiso, a wcześniej ksiądz Andrej Hlinka wdali się we flirt z faszyzmem, kościół katolicki lat 80-tych musiał postępować nader ostrożnie, by uniknąć oskarżeń ze strony władz komunistycznych o “klerofaszyzm”. Stąd też obawiał się otwartego i intensywnego zaangażowania w działalność przeciw systemowi. Mimo jednak tych obaw spora część duchowieństwa wsparła swoich wiernych w walce o wolność religijną, nieingerencję państwa w wewnętrzne sprawy kościoła i prawa obywatelskie.

25 marca 1988 r. manifestacja została brutalnie rozpędzona, scenariusz był taki sam, jak w Polsce - na placu pojawili się uzbrojeni po zęby milicjanci, w ruch poszły pałki, działka wodne, następnie rozpoczęły się zatrzymania, aresztowania i cały arsenał innych represji stosowanych przez komunistów. Na niewiele się to jednak zdało, bo kres komunizmu od czasu tych wydarzeń nastąpił niespodziewanie szybko.

Mimo wszystko żal, że niewiele o tym wiemy i nic sie o tym nie mówiło w ostatnim czasie w naszych mediach.

Pokolenie JP II

Zbliża się trzecia już rocznica śmierci Jana Pawła II. Doskonale pamiętam w jakim napięciu wyczekiwałem na wiadomości o stanie zdrowia Papieża i chyba tak jak wszyscy — nieco egoistycznie - wierzyłem, że stanie się cud i Papież ozdrowieje. Niestety cud nie nastąpił, bo nastąpić nie powinien. Jan Paweł II “odszedł do Domu Ojca”. Spontanicznie jak wielu innych Polaków tego dnia wyszedłem z domu, poszedłem do białostockiej katedry, pod którą zebrało się już wiele osób, nie dostałem wcześniej żadnego smsa, nikt do mnie nie dzwonił.

Tego dnia i przez kilka najbliższych dni, może tygodni, obserwowaliśmy w całej Polsce coś, co można byłoby nazwać swego rodzaju świętem. Ludzie poczuli się zjednoczeni, połączyła ich trudna do uchwycenia i nazwania więź. Jak zwykle w trudnych chwilach Polacy stali się wobec siebie uprzejmiejsi, życzliwsi, słowem starali się być lepsi. Szczerze mówiąc nie miałem złudzeń, co do tego, że taki stan nie potrwa długo - chyba jednak istnieje charakter narodowy, którego znajomość podpowiadała mi, że w Polsce wszystko wraca na stare tory i prędzej czy później wszystko będzie takim, jakim było wcześniej. Mimo to odsuwałem od siebie te myśli, zagłuszałem je, nie one wówczas były najważniejsze, chciałem chłonąć tę niezwykłą atmosferę zjednoczenia, przemiany.

Socjologowie i filozofowie szumnie ogłosili powstanie pokolenia JP II skupiającego młodych ludzi, znających nauczanie Papieża i kierujących się nim w życiu codziennym. Rzeczywistość jednak szybko zweryfikowała te entuzjastyczne proklamacje. Mimo tego, że wielu młodych ludzi chętnie zakładało tiszerty z napisem “jesteśmy pokoleniem JP II”, wielu podejmowało wolontariat w organizacjach charytatywnych, wielu chętnie wszem i wobec deklarowało swoją przynależność do owego pokolenia, miało to jednak minimalny wpływ na życie codzienne. Młodym ludziom jakby trudno było zrozumieć, że być członkiem pokolenia JP II to nie tylko chodzić do kościoła, uczestniczyć w mszach, spotkaniach wspólnot, pięknie śpiewać i grać na gitarach, podejmować wolontariat, ale to przede wszystkim codzienna, mozolna praca nad sobą, nad relacjami z innymi ludźmi, to bycie uczciwym, bezinteresownym, życzliwym wobec innych, to ciągłe doskonalenie siebie, by być lepszym dla innych, to mało spektakularne czyny często niedostrzegane i niedoceniane przez innych.

Polacy stanowią społeczeństwo o wciąż najniższym poziomie wzajemnego zaufania w całej Europie. Nie ufamy sobie, jesteśmy wobec siebie nieżyczliwi, cynizm wciąż ma się dobrze, agresja, opryskliwość i obojętność nie chcą ustąpić z życia codziennego i nadają ton naszym relacjom.

W ostatnim numerze “Więzi” poświęconym więziom społecznym Dariusz Karłowicz stwierdza, że to święto, które nam się wydarzyło 3 lata temu, było świętem i jako takie nie może trwać wiecznie, a na jego rezultaty trzeba jeszcze poczekać.

Oby miał rację…

90 rocznica ogłoszenia Deklaracji Niepodległości Białorusi

25 marca 1918 roku Białorusini proklamowali niepodległość swego kraju. Na dziś - w dziewięćdziesiątą rocznicę ogłoszenia Deklaracji Niepodległości - białoruska demokratyczna opozycja zapowiedziała manifestacje. Pewnie znowu nie objedzie się bez starć z policją. Nie mam złudzeń, pod wpływem tej i następnych manifestacji Łukaszenko nie odda władzy.

Podobno rzeczywiście ma poparcie większości białoruskiego społeczeństwa, pensje i emerytury wypłacane są na czas, istnieje względna stabilność w państwie, jeśli mowa o sytuacji ekonomiczno - społecznej; natomiast sytuacja polityczna jest napięta, opozycja nie ma najmniejszego wpływu na sprawy państwowe.

Marzy mi się doczekanie dnia, kiedy Białoruś stanie się państwem demokratycznym, którego obywatele będą mogli otwarcie, bez przymusu i strachu powiedzieć: “tak, to jest nasze państwo, żyjemy w swoim państwie, w którym czujemy się jak u siebie, nikt nas nie zastrasza, nie odczuwamy lęku i mamy rzeczywisty wpływ na swój los i na sprawy naszego państwa.” Chciałbym - mieszkając zaledwie 50 kilometrów od Białorusi - móc wsiąść na rower i przekroczyć polsko - białoruską granicę, jak gdyby nigdy nic, tak jak przekraczałem nie tak dawno granicę polsko - słowacką.

Oby to nastąpiło, jak najprędzej.