Styczniowe Wilno. Litewska droga do wolności. Część 1

Miałem wtedy ledwie 15 lat, i czułem się na tyle bezpiecznie, że nie zdawałem sobie sprawy z grozy wydarzeń, które rozegrały się w odległości – w prostej linii - około 240 km od mojego rodzinnego miasta. Byłem święcie przekonany, że Polska odzyskała niepodległość w 1989 r., że jest już państwem na tyle niezależnym, demokratycznym i silnym, że nic złego wydarzyć się tu nie może. Czy można 15 – latkowi czynić jakikolwiek zarzut z jego bezmiernej naiwności?

Przerażające zdjęcia spod wieży telewizyjnej w Wilnie, barykady na ulicach styczniowego miasta, ludzie barbarzyńsko rozjechani przez sowieckie czołgi, barykady pod parlamentem, Gorbaczow krzyczący przed kamerą, że nigdy nie pozwoli Litwinom na oderwanie się od Związku Radzieckiego. Przeszywający dreszcz zgrozy przy jednoczesnym poczuciu, że u siebie jesteśmy już prawdziwie wolni i bezpieczni. Tylko tyle z tego czasu pamiętam, a historię Litwy zaczyłem odkrywać ledwie 2 lata temu.

Litewski parlament, w styczniu 1991 r. otoczony barykadą.

Oznaczenie miejsca, w którym wzniesiono barykadę (w pobliżu Parlamentu)

Kapliczka z czasu obrony niepodległości, za szklaną ścianą i zadaszeniem chroniącymi "pamiątki" z tego okresu, tuż przy Parlamencie.

Zdjęcia osób, które zginęły 13 stycznia 1991 r na ulicach Wilna, m. in. w czasie obrony wieży telewizyjnej. Spojrzenie prosto w twarze tych odważnych osób uzymsławia całą tragedię krwawych styczniowych wydarzeń. Najbardziej zapada mi w pamięć oblicze młodej, pięknej Lorety Asanaviciute (1967 – 1991).

Pozostałości barykady z 1991 r.
 

Kopisk – wiosna 2009 r. Puszcza Knyszyńska 1

Kopisk, jedna z najbardziej urokliwych wiosek w sercu Puszczy Knyszyńskiej. Położona na rozległej polanie, niedaleko Rezerwatu Krzemianka, w którym pod koniec lat 80-tych odkryto kompleks prehistorycznych kopalni krzemienia. Któregoś razu pewien leśnik spacerując po Puszczy natknął się na krzemienie kształatami przypominające toporki tudzież inne narzędzia, zawiadomił archeologów z Warszawy, ci wkrótce rozpoczęli badania archeologiczne i w ten sposób o Krzemiance zrobiło się głośno.

 

Niech każdy z nas wzbudzi w sobie Ryszarda S.

Oczy przecierałem ze zdumienia czytając w dzisiejszej “Rzepie” felieton Rafała Ziemkiewicza “Każdy milion trzeba ukraść”. A w nim krótkie streszczenie pewnego artkyułu opublikowanego w “GW”. By się naocznie przekonać, że rzeczywiście jeden z redaktorów “GW” takie mądrości wypisywać może, zajrzałem na stronę internetową “GW”, by osobiście ów zestaw mądrości przejrzeć. Pod wielce wymownym tytułem “Normalne stosunki biznesu z polityką” Witold Gadomski ukrył całą głębię i mądrość ostatniego dwudziestolecia.

W zasadzie to, co przeczytałem w najmniejszym stopniu mnie nie dziwi. To są dokładnie te same mądrości, te same zasady, którymi “filozofowie codzienności” karmią mnie co dnia. Ale odwołajmy się na chwilę do artykułu Witolda Gadomskiego:

“Nie jestem naiwny i rozumiem, że pomoc urzędników udzielona właścicielom spółki Winterpol nie musiała być bezinteresowna. Zapewne nie wszystkim biznesmenom sprzyjają w tym samym stopniu, co jest niesprawiedliwe i wypacza rynkową konkurencję. A jednak nie potrafię wykrzesać z siebie oburzenia, jakim pałają niektórzy dziennikarze i były szef CBA na biznesmena, który skrupulatnie i skutecznie zabiega o swoje interesy. Dzięki temu powstał wspaniały ośrodek wypoczynkowy o standardach zbliżonych do europejskich. Czy za dużo mamy takich ośrodków w Polsce? To, że biznesmen działa także w branży hazardowej, nie ma tu nic do rzeczy. Jego celem jest osiąganie zysku. Jeżeli państwo uznaje hazard za legalny, dlaczego mamy go potępiać ?Moralistom oburzającym się na samowolę budowlaną legalizowaną wstecznie umknął oczywisty fakt, że przepisy krępujące w Polsce inwestora są szczególnie uciążliwe. Polska od lat zajmuje dalekie miejsce na międzynarodowych listach krajów przyjaznych biznesowi. Załatwienie wszystkich zezwoleń wymaganych przy takiej budowie, jaką realizuje Winterpol w Sudetach, bez przyjaznego wsparcia urzędników wymagałoby kilku lat, a być może byłoby w ogóle niemożliwe. Znam wiele przypadków, gdy inwestor na decyzje urzędów czeka w nieskończoność, aż cały plan biznesowy bierze w łeb. Wiadomo – w interesach czas to pieniądz. Mariusz Kamiński, zamiast oburzać się na biznesmena, który coś zdziałał wbrew polskiej biurokracji, powinien oburzać się na biurokrację, która hamuje przedsiębiorców i zmusza ich do działań moralnie dwuznacznych.”

No właśnie, więc w czym tkwi problem? Winna całego zła jest biurokracja, w zderzeniu, z którą zaradny biznesmen ucieka się do makiawelicznych wybiegów, by w interesie publicznym, dla wspólnego dobra, przy wsparciu kolegów podarować społeczeństwu nowoczesny wyciąg. Ale jednak nie! Nie jesteśmy przecież naiwni! Co to, to nie. Nie uczynił tego li tylko w interesie publicznym, ale mając także na względzie własny zysk. I cóż w tym złego? Wszyscy przecież chcemy i możemy się bogacić.

Z tym, że właśnie, zatrzymajmy się na chwilę – czy aby na pewno ta biurokracja jest taka zła? Przecież ona także działa w interesie publicznym, nadzrouje, kontroluje, wydaje zezwolenia, stoi na straży przestrzegania prawa, to stąd wynikają te wszystkie opóźnienia, w trosce o dobro publiczne. Sprawdzanie, nadzorowowanie, kontrolowanie – jak każdy rozsądny człowiek dobrze wie – wymaga czasu. Tak więc cóż w tym złego? Biurokracja tak działa na całym świecie. To w zasadzie normalna praktyka, uniwersalna rzeczywistość każdej biurokracji. Nie miejmy jej więc tego za złe. Przecież jesteśmy ludźmi rozsądnymi, nie porywajmy się z motyką na słońce.

Pójdźmy jeszcze dalej – biznesmen i urzędnik to istoty ludzkie, takie same, równe wobec praw i Boga, a ntura ludzka – jak powszechnie wiadomo – jest ułomna, jak wolą inni – skażona grzechem pierworodnym, łasa i łakoma na błysktoki i bogactwa, słaba i zdolna do wznoszenia się ponad swoje granice.

Skąd więc cały ten szum? O co tyle hałasu? Bądźmy bardziej wyrozumiali, pogódźmy się wreszcie z losem. Starożytni Grecy uśmialiby się do łez widząc tą naszą histeryczną rekację na sztubackie przewieniena sympatycznych łobuziaków. Dajmy już temu spokój.

To doprawdy przewspaniały zestaw mądrości. A im dalej od centrum tym siła i częstotoliwość tych argumentów narasta. Bo jeśli jeszcze wielkie centra oferują jakieś nisze, jakąś różnorodność, to już takie 300 – tysięczne miasta na wschodzie mogą zaoferować tylko totalizm. Tu naprawdę nikt nie ukrywa, że pracę otrzymał dzięki tak zwanym, starym, dobrym, sprawdzonym znajomościom. Administrację zawłaszczają sobie na zmianę partie i ich poplecznicy. Jakakolwiek próba zwrócenia uwagi, że tak się jednak czynić nie powinno, kończy się wzruszeniem ramion i głebokim, filozoficznym stwierdzeniem – wyrażonym już może nie w tak wyrafinowany sposób, jak to uczynił redaktor Gadomski (ale weźmy poprawkę na to, że jest to jednak prowincja) – “bo tak już jest”, “takie jest życie”. No i każdy, kto twierdzi, że może być inaczej jest zwyczajnie ciężkim frajerem, a miejscowi psycholodzy stwierdzą: “niedostosowanym człowiekiem”. Natomiast jakaś bliżej nieokreślona większość jest święcie przekonana, że taka jest powszechnie obowiązująca norma. Ci co myślą inaczej, to zwykłe oszołomstwo, a wypowiedzenie własnego odrębnego zdania jest jak beknięcie przy stole w dobrym towarzystwie. Pewnych rzeczy zwyczajnie wypowiadać nie wypada. Najlepiej takich osobników odizolować od reszty zdrowej tkanki społecznej, bo jeszcze gdzieś nabrużdżą, staną się tylko przeszkodą na drodze rozwoju regionalnego.

Bo w zasadzie, te wszystkie patologie to tylko stan przejściowy, to nieuknione koszty społeczne, jakie należy ponieść, by w przyszłości móc marzyć o normalnym, praworządnym państwie. Choć jeszcze daj Boże, żeby jakaś grupa tak myślała. Bo nawet mając wątpliwości, co do tego czy przyzwolenie na te wszystkie patologie i uznanie ich za element konieczny życia publicznego, który wraz z wymarciem kilku pokoleń zemrze śmiercią naturalną, to trzeba pamiętać, że istnieje jeszcze dużo groźniejsza postawa orędowników społecznego darwiznmu. Wedle ich postrzegania świata, w społeczeństwie trwa nieustanna walka o byt, którą wygrać mogą tylko najsilniejsi, tj. ci najelepiej dostosowani, czytaj: najbrutalniejsi, najbezwględniejsi. A jest to stan normalny, trwały i niezmienny.

Zatem jakie jest wyjście z sytuacji – każdy z nas musi w sobie odnaleźć choćby odrobinę Ryszarda S., Lwa R., Ryszarda Ochódzkiego, Fryzjera, czy kogokolwiek podobnego.

Murad Mazaev – czeczeński reżyser w białoruskim “Arche”

Frustrujący brak czasu, im go mniej, tym większa złość, tym większa presja, przymus, natręctwo, by tylko coś przeczytać, by zajrzeć na blogi przyjaciół z Polski, Białorusi, Słowacji, Rosji, Łotwy, by spotkać się z kimś znajomym w rzeczywistości niewirtualnej, by mieć choć chwilę dla siebie. Łapczywe chwytanie chwil.

W jednym z takich przerywników zaglądam na stronę białoruskiego czasopisma “Arche”, kilkam na wywiad z czeczeńskim reżyserem Muradem Mazaevym. Krótka notka biograficzna – urodził się w Groznym, studiował na Uniwersytecie Czeczeńskim w Groznym na wydziale filologii, później na Uniwersytecie Gruzińskim Teatru i Kina, jeszcze później udział w pierwszej wojnie czeczeńskiej (zima 1994 r.), powrót do Tibilisi, następnie druga wojna czeczeńska, kolejny powrót do Tibilisi w 2001 r., obecnie na emigracji.

Krótka historia z okresu gruzińskiego dająca jakiś fragmentaryczny obraz tego ciekawego kraju: “Przez pewien czas nosiłem brodę i gruzińską narodową czapkę, wielu myślało, że jestem mnichem. Miejscowi opłacali za mnie bilety w środkach publicznego transportu, a kiedy jechałem samochodem to nawet policjanci – “gaiszniki” pokazywali, byśmy jechali bez zatrzymywania się i sprawdzania.”

O jednym ze swoich filmów w sposób wybijający czytającego z dobrego samopoczucia: “Scenariusz filmu “Granice” opowiada o Ukraińcu, choć w zasadzie niekoniecznie, bo to może być też i o Białorusinie, który na skutek pewnego zbiegu okoliczności w poszukiwaniu swojego brata trafia do Czeczenii w czasie działań zbrojnych. To człowiek, który ląduje za granicą, za którą obowiązują zupełnie inne prawa, a śmierć jest zjawiskiem codziennym, gdzie człowiek uświadamia sobie, że jego wyobrażenia o samym sobie w najmniejszym stopniu nie odpowiadają rzeczywistości.” Zwłaszcza to ostatnie zdanie burzy spokój czytelnika. W swoim zadufaniu, tak zwanym budowaniu zintegrowanego obrazu własnej osoby, w zuchwałym przekonaniu o uporządkowaniu swojego życia, często zapominamy, jak rzadko stajemy wobec sytuacji granicznych, w których tak naprawdę mamy jedyną szansę zweryfikwoać własne wyobrażenie o sobie z rzeczywistym stanem rzeczy.

Wreszcie o islamie: “W przeważającej większości dla niemuzułmanów islam kojarzy się z terroryzmem, zacofaniem, prześladowaniem kobiet i innymi negatywnymi rzeczami. Jednak tak naprawdę, takich praw, jakie ma muzułmanka, nie mają żadne inne kobiety na całym świecie. Oprócz tego, islam w swoim czasie dał potężny bodziec rozowjowi nauki i nie tylko.” Można z pewnością dyskutować o tej rzekomo wyjątkowej pozycji kobiety w świecie islamu, ale co do owego bodźca wątpliwości mieć nie można.

Wreszcie komentarz do pojawiających się co jakiś czas w mediach tak zwanych mainstreamowych zapewnień o stabilizacji sytuacji na północnym Kaukazie, zwłaszcza w Czeczenii: “Co do przyszłości Czeczenii, to myślę, że ona zależy od tego, czym zakończy się opór, który wciąz ma tam miejsce. To, co się teraz odbywa na Północnym Kaukazie, nazwałbym pełnym bezprawiem, w którym życie nic nie kosztuje.”

Nagual – białoruskie granie

Przeczucie mnie nie myliło. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, okropny zimowy dzień, pod wieczór zaczyna padać marznący deszcz, najpierw drobinki czstego lodu tłuką w okna, a później czuję je na swojej twarzy. Przed godziną 17 stajemy przed sceną. Przeczucie, o którym mowa na początku podpowiadało mi, że zespół młodych sympatycznych ludzi z Białorusi o nazwie – Nagual, może być najbardziej interesującą grupą tego dnia. Gitara, gitara basowa, perkusja, bębny, cymbały, klarnet, kolorowe stroje, co najmniej dwóch panów wyglądających jak rastamani. Zaczynają grać, ostro, pankowo, rave’owo, trochę w tym folku, etno, dance, transu, słowem interesujące brzmienie. Że muzyka białoruska jest wyjątkowo świeża, żywa, poszkująca i niezmiernie ciekawa miałem okazję przekonac się słuchając białoruskich stacji radiowych w czasie wojaży po Litwie. Podczas podróży po Podlasiu  chętnie natomiast słucham Radia Racja, które w samochodzie odbieram jeszcze do Łomży. Słuchając Radia Racja odnoszę wrażenie, że mogłoby ono grać cały dzien muzykę białoruską i repertuar nie zostałby wyczerpany, nie wiem czy byłboy to możliwe z polską muzyką. Pomiajm już to, że złapanie itneresującego polskeigo radia graniczy z cudem. RMF FM, Zet, ESKA, ESKA ROCK, i tym podobne brzmią niemal identycznie, te same zdarte hity, nieciekawy pop, pseudo rock, nudny dance i drętwe gadki i żarty prowadzących, sensacyjne newsy, muzyki dobrej jak na lekarstwo, w zasadzie w ogóle się nie trafia. Klasę trzyma jeszcze Trójka, Radio Euro – ale to akurat nie wszędzie ma zasięg.

Wracając do występu zespołu Nagual – młodzi ludzie zaczynają ostro, tanecznie, z każdą minutą rozgrzewając publiczność coraz bardziej, pod sceną formuje się nawet grupa tańczących, mnie z kolegą aż korci, by się do nich dołączyć, ale 33 – latkowie, to już przecież staruszkowie, którzy do obijających się nastolatków i dwudziestokilkulatków już raczej nie dołączą. Te czasy minęły bezpowrotnie, a szkoda, wielka szkoda…

Informacja ze strony zespołu: "Pierwsze o czym chciałoby się wspomnieć, to zmiany w muzyce: drive, trans, taneczne rytmy, połączenie world music z pierwotną energią punka, to jest od kameralnej etno – awangardy przeszliśmy do błotnego, bagiennego punka. (…) Dlaczego bagienny punk? Po długich rozważaniach wydaje się nam, że korzenie naszej muzyki tkwią w bagnach. Bagno to taka bezdenna siła, gęsta i bajkowa. W naszej świadomości, we krwi wiele bagna. Ciągnie nas na nie szczególnie jesienią tak, jak ptaki odlatujące na południe.

Mamy i ojcowie rodzili nas, a babcie i dziadkowie prowadzali do lasu, uczyli jak odróżnić pomidora od ogórka, i jak nie spaść z ogona ducha bagien, dlatego nasza pieśń potrafi latać. I wszyscy oni uczyli nas kochać.

Sami wymyślamy nasze pieśni i robimy taki folklor, jaki nam wychodzi, ale nie bez udziału światowego dziedzictwa. Mamy jednak swój własny język, zrozumiały bez konieczności tłumaczenia. Tak – mówią – śpiewa serce, śpiewa flora i fauna."

Muzycy nie tylko tworzą interesującą muzykę, ale też znakomicie poruszają się na scenie. Tańczący klarnecista, tańcząca od czasu do czasu sympatyczna cymbalistka i radosny wokalista wprowadzają taką atmosferę, że nawet pomimo paskudnej pogody – marznący deszcz przeszedł w międzyczasie w deszcz ze śniegiem – sami odczuwamy nieprzepartą potrzebę tańca. Wokalista w przerwach między utworami zachęca tych, któzy jeszcze nie dołączyli do skaczącej pod sceną grupy młodych ludzi, do tańca, bez większego jednak efektu.

Z każdym utworem w muzyce pojawia się coraz wyraźniejszy bit, więcej transu, cymbały stają się coraz dźwięczniejsze; pobrzmiewają w niej momentami echa białoruskiej muzyki ludowej, gitarowe riffy przypomniają nieco litewski zespół Żalvarinis, kolega doszukuję się w nich wpływów Red Hot Chili Peppers.

Występ nie trwał dłużej niż 45 minut, wlał jednak w nas tyle energii, że czuję ją w sobie jeszcze dziś.

Pokolenia

Jaka jest różnica między pokoleniem obecnych trzydziestoparolatków i dwudziestoparolatków najlepiej chyba obrazują dwa wykonania, dwie aranżacje utworu Neil’a Young’a “Keep on rocking in the free world”. Moje pokolenie – powiedzmy 33 – latków wychowało się mniej więcej na takiej oto muzyce, jak ta zaprezentowana poniżej w wykonaniu Pearl Jam. Pełnej energii, buntu, niekiedy ocalającej, dającej siłę i nadzieję. A dla pokolenia obecnych dwudziestparolatków przeznaczona już jest ugrzeczniona, wygładzona, niby rockowa, niby nonszalancka, a jednak mimo wszystko miałka w swym wyrazie wersja zespołu Maroon 5. Niby ten sam utwór, ten sam tekst, a jakże ogromna różnica. Brakuje temu wykonaniu autentycznego buntu, indywidualności, wyzwalającej, oczyszczającej i twórczej energii.

Muzyka Pearl Jam nie raz ocalała mnie z różnych opresji, wątpliwe by taką moc sprawczą miała którakolwiek z obecnych tak zwanych kapel rockowych grających dla dwudziestoparolatków.

Krótka Bożonarodzeniowa podróż

Deszczowe Boże Narodzenie, leje jak z cebra, na plus trzeba zaliczyć mimo wszystko to, że jest ciepło, a deszcz przypomina bardziej deszcz wiosenny niż późnojesienny. Termometr wskazuje niemal 9 stopni Celsjusza. Mam w zasadzie dwie drogi do wyboru – na północ bądź na południe, dwa moje ulubione kierunki. Północ urzekała mnie około dwóch lat temu swoim litewskim krajobrazem i nastrojem – pofałdowany melancholijnie teren, Puszcza Knyszyńska, sosnowe zagajniki w dolinach i na szczytach łagodnie wznosących się i opodających wzgórz, drewniana w większości zabudowa wsi – zgrabne, przytulne domki o dwuspadowych dachach, niektóre jeszcze ze zdobieniami, w których etnografowie doszukaliby się pewnie wpływów litewskich. Starsi mieszkańcy tych wiosek do tej pory władają białoruskim dialektem, ale mało prawdopodbnym jest to, że do przybyszów z miasta odważą się przemówić w tym języku, co innego w gronie rodzinnym, bliskich osób, sąsiadów. Wioski wyłącznie katolickie – w przeciwieństwie do kierunku południowego. Przy drogach kilkumetrowe smukłe, niekiedy zmurszałe drewniane krzyże, czasem krzyże żeliwne wieńczące kamienne kapliczki.

Wyjazd z Białegostoku tuż za “Wikingiem” może z powodzeniem stanowić wizytówkę regionu, oddany ledwie kilka dni temu do użytku. Solidna dwupasmówka, niemal jak droga ekspresowa, rozjazdy, mosty, i tak aż lub tylko do Katrynki. Dalej już ta sama asfaltówka co przed laty, o wyżłobionych koleinach, którą dziś wyjątkowo fatalnie się jedzie – w zagłębieniach hektolitry wody, którą wzbijają jadące z naprzeciwka tiry, jedynym wyjściem pozostaje włączenie największej prędkości wycieraczek. W Puszczy zalega jeszcze śnieg, szary, brudny, sukcesywnie topinoy przez ciepły deszcz. Próbuję odbić w drogę do Kopiska, ale ta wygląda jak szklanka – śniegu na niej co prawda nie ma, ale lód się jeszcze nie rozpłynął. Postanawiam jechać dalej na północ. Tu puszcza wita mnie mgłą gęstą i białą jak mleko, nie widać nie tylko jadących z naprzeciwka samochodów, ale także wierzchołków drzew. Za Przewalanką puszcza się kończy. Korci mnie, by pojechać do Korycina, ale to jednak prawie 40 km od Białegostoku, a chcę jeszcze wrócić za widna. Dojeżdzam do drogi na Brody, ta jest jednak również oblodzona. Chciałem dojechać do wsi znanej mi w zasadzie tylko i wyłącznie z pewnej rozmowy telefonicznej z mamą niepełnosprawnego chłopca, utrzymującego kontakt ze światem głównie za pośrednictwem Internetu. Rzadko zdarza się spotykać ludzi tak dobrych, troskliwych i pogodzonych z losem, jak ta kobieta. Dobroć, opiekuńczość, ciepło płynęły z każdego wypowiedzianego przez nią słowa, jak balsam dla duszy. Nie ma jednak rady, ze względu na gładki lód jestem zmuszony zawrócić. Cofam się nieco w stronę Białegostoku, w prawo droga prowadzi do Jasionówki przez Dobrzyniówkę, wąska asflatówka, ale bez śniegu i nie oblodzona. Dopiero w sosnowym zagajniku pojawia się ubity śnieg, który do końca nie roztajał. Nie ma jednak meijsca do nawrócenia, trzeba jechać dalej, lasek zaraz się kończy, na wzniesieniu przede mną widnieją zabudowania Dobrzyniówki, malutkiej, urokliwej wioski. Zanim do niej dojadę moją uwagę przykuje żeliwny krzyż wieńczący kamienny postument. Kapliczka stoi w odległości około 10 metrów od szosy, w szczerym polu, nie na rozstaju dróg, nie na skrzyżowaniu, lecz w polu. Bez wątpienia musi coś upamiętniać. Wysiadam z samochodu, podchodzę bliżej, oglądam ją z każdej strony, kamienny postument jest mokry, trudno się na nim dopatrzeć jakichkolwiek inskrypcji, żadnych zagłębień, żadnych żłobień – możliwe, że zostały zatarte przez deszcze, śniegi, słońce i wiatry. Dziś się niczego o kapliczce nie dowiem, ale postanawiam tu wrócić jeszcze wielokrotnie. W strugach ciepłego deszczu, zanim wsiądę do samcohodu wykonuję jeszcze kilka telefonów z zaległymi życzeniami. Aż się nie chce wracać do domu, mimo paskudnej przecież pogody. Ludzie z przejeżdżajacych samochodów przypatrują mi się ze zdziwieniem. Czas jednak na powrót. Ostatni rzut oka na piaskową drogą umykającą w stronę sosonowego zagajnika, prowadzącą nie wiadomo dalej dokąd. A w samochodzie przez przypadek trafiam w “Trójce” na koncert Kasi Pumy Piaseckiej, wykonującej przepiękne kolędy i pastorałki. Słowem rewelacja! Nie śpiewałem wczoraj kolęd z rodziną, to dziś śpiewam je sam w samochodzie.

Jedyną jaką udało mi się znaleźć na youtube dzielę się poniżej:

“Boże Narodzenie – Święto Pokoju? Nic podobnego!”

Są takie słowa, takie zdania, takie teksty, takie wiersze, książki, opowiadania, artykuły, za sprawą których mamy wrażenie, że gdzieś tam w naszej głowie otwierają się kolejne drzwi do zrozumienia świata i człowieka. I choć gorzko one brzmią, to czytając je mamy poczucie szcęścia, że nie jesteśmy sami, nie jesteśmy jedynymi, którzy nawet przez najczarniejszy smutek i gorycz uzyskują klucz do uporządkowania gdzieś tam w swoim wnętrzu postrzeganego świata, nadania mu znaczenia i wyrwania się z bezsensu.

Poniżej zamieszczam taki tekst, na który się natknąłem właśnie dziś w słowackim tygodniku “Tyżdeń” (www.tyzden.sk):

“Boże Narodzenie – Święto pokoju? Nic podobnego!” Juraj Kušnierik
“Aby nie doszło do nieporozumienia: rodzina jest rzeczą cudowną i ważną, a pokoju nigdy dość. Jak się te dwie rzeczy ze sobą połączą, chociaż na kilka dni w pokojowym rodzinnym współżyciu, to jest to piękne i pełne sensu. A jeśli jeszcze to nastąpi w Boże Narodzenie, to jest wspaniale.

Ale Boże Narodzenie nie jest Swiętem ani rodziny ani pokoju.

Boże Narodzenie jest świętem człowieka, który nie jest pewny czy to, co robi ma sens, któremu wszystko rozpada się w rękach, a on nie wie, co z tym począć. I na przekór wszystkiemu wierzy, że wydarzy się cud i ktoś się do niego uśmiechnie i powie mu: “Dobrze to robisz”.

Boże Narodzenie jest świętem ludzi, któzy czekają w strachu i bólu w salach szpitalnych, ludzi, którzy chiceliby być szczęśliwi i spokojni, ale sami zdają sobie sprawę z tego, że świat, w którym się czuli jak w domu, oddala się od nich. A pragną tego, by ból nie był jedyną drogą i aby śmierć nie miała ostatniego słowa.

Boże Narodzenie jest świętem ludzi nie mających domu, poniewierających się po ulicach Bratysławy, którzy by chcieli już raz na zawsze obudzić się w cieple Domu.

Boże Narodzenie jest świętem niespokojnych głupców, którzy stale czegoś szukają, a przy tym wszystko szybko tracą. I dopiero wtedy, gdy są sami i nikt im się nie przygląda, w ciszy przyznają się przed sobą samymi, że chcieliby już raz na zawsze przestać szukać, a zacząć znajdywać.

Boże Narodzenie jest świętem uciekinierów, świętem tych, którzy chcieliby być pełni pokoju i szczęścia, ale narodzili się w niewłaściwym czasie i niewłaściwym miejscu. I już niemal wcale nie wierzą w to, że coś takiego jak “właściwe miejsce” w ogóle istnieje.

Boże Narodzenie jest świętem tych, którzy boleją nad śmiercią najbliższych i szalenie pragną, aby śmierć z kosą nie miała ostatniego słowa.

Boże Narodzenie jest świętem Maryi, której nikt nie chciał uwierzyć, że ojcem jej dziecięcia jest Bóg, i jest świętem Józefa, któy nie ptorafi jej zapewnić godnego miejsca na poród.

Boże Narodzenie jest świętem trzech mędrców, którzy porzucili wszystko i sami nie wiedząc dobrze w jakim celu, udali się za gwiazdą.

Boże Narodzenie jest świętem niewiniątek, które giną w Betlejem i jego okolicach, których matki popadają w depresję, a ojcowie grożą niebu.

Boże Narodzenie jest świętem ciemności, pośród której nieoczekiwanie zaczyna jaśnieć światło.

Boże Narodzenie jest świętem lęku, któy śni o pokoju.

Boże Narodzenie jest świętem świata, dla którego rodzi się bezbronne dziecię, aby go trzydzieści lat później swoją śmiercią ocalić.

Błogosławionych świąt!”

Znaki

Zawsze te same okulary o grubych szkłach w rogowej oprawie, rozczłapane buty, za długie wytarte spodnie, rozciągnięty sweter, albo wyszmelcowana kurtka. Czasem widuję go na ledwie trzymającym się kupy rowerze, takim, że aż dziw bierze, że jeszcze jedzie – nawet zimą przez śnieżne zaspy; czasem w rozciągniętej dzianinowej czapce – zdarza się, że nawet latem. Nie ma tygodnia by nasze drogi nie przecięły się gdzieś w centrum miasta. Kiedy tak maszeruje z nieobecnym spojrzeniem, zawsze szura nogami. Tak jakby cały sens jego życia sprowadzał się do błądzenia bez celu i tego właśnie szurania nogami. Dłuższe siwe włosy, a na twarzy odmalowane – jakby już na dobre – pogodzenie, spokój i jakiś rys gorzkiej mądrości. Każdym takim “spotkaniem” sprowadza mnie na ziemię, gdy zanadto się rozdymam i gdy często się zapominam.

A dziś jeszcze Wigilia z ludźmi, którzy Świąt we właściwym czasie mieć nie będą, do których nikt nie zapuka, których telefon nie zadzwoni, którzy nie odbiorą kartki ani tradycjnej ani elektronicznej, i poczucie prawdziwego szczęścia ze zwykłego bycia razem.

Plac Łukiski

Podświadomie kieruję się w stronę Grodna, do Grodna mam spod domu, z centrum miasta nie więcej niż 80 km. Gdyby tylko nie ta wstrętna granica! Z Grodna do Druskiennik jest ledwie 38 km, a z Druskiennik do Wilna już tylko 119 km. A więc od domu w centrum Białegostoku do centrum Wilna miałbym góra 240 km, 3 – 3,5 godziny jazdy samochodem. Nic dziwnego, że Białostocczyzna wchodziła w skład diecezji wileńskiej, a spora jej część w skład Wielkiego Księstwa Litewskiego. Teraz jednak za sprawą wciąż nieprzyjaznej granicy najpierw polsko – białoruskiej, a później białorusko – litewskiej, taka podróz trwałaby znacznie dłużej. Stąd też najpierw należy kierować się na północ, zamiast na północny wschód, trasą augustowską, wąską tak, że podmuch pędzących tirów jest wyraźnie odczuwalny, samochodem gwałtownie kołysze to w lewą, to w prawą stronę. Na wschód można odbić dopiero w Augustowie, tu następuje rozstanie z tirami, które jadą dalej do Budziska, a my możemy kierować się do Ogrodnik, w stronę Gib i Sejn. Tym razem jednak zanim pojawi się trasa augustowska, zatoczę lekkie koło i ruszę w stronę Grodna, do Świętej Wody, tu już się zaczyna litewski krajobraz, z każdej strony na horyzoncie puszcza, teren wyraźnie pofałdowany, delikatne wzniesienia porośnięte prastarą, nieodkrytą jeszcze i niespenetrowaną tak jak Białowieska Puszczą Knyszyńską. Wzgórze Krzyży w Świętej Wodzie wzorowane na litewskim Šiauliai (Szawle), z którego roztacza się zapierający dech w piersiach widok na czerniejące plamy sosnowo – świerkowej głuszy; na zachodzie górują kilkusetmetrowe maszty anten nadawczych w Krynicach, a północ jest już zarezerwowana tylko to na granatowiejącą, to czerniejącą knieję. U stóp wzgórza krzyży rozłożyła się murowana kaplica, obecnie katolicka, ale w czasie, gdy niewidomy włościanin miał doznać cudu – tereny te zamieszkiwali białoruskojęzyczni unici, potomkowie Rusinów i Litwinów. Gdzieś w pierwszej połowie XVIII wieku niewidomu pastuszkowi – w miejscu kaplicy – miała się objawić Matka Boska nakazując mu obmyć twarz w pobliskim źródełku, po czym nieszczęśnik miał odzyskać wzrok. Z początku miejsce kultu unitów, po kasacji unii w 1839 r. kaplicę przejmują wyznawcy prawosławia, po odzyskaniu niepodległości – z tej racji, że unitów już tu nie ma, jako że stali się bądź to katolikami, bądź prawosławnymi – kaplica przechodzi na własność parafii w Wasilkowie.

Wzgórze krzyży w swej atmosferze jest na wskroś litewskie. Drewniane kapliczki do złudzenia przypominają te z okolic Druskiennik, Alytusa, Wilna, Kiernave, różnią je od tych litewskich jedynie napisy w języku polskim, imiona, nazwiska, nazwy instytucji, miejscowości, z których przybli pątnicy, choć co do naziwsk to nie jest to sprawa taka oczywista – niektóre mają typowo litewskie bądź białoruskie brzmienie. Ustawiane w większości w latach 90- tych, i po roku 2000. Sama idea utworzenia takiego wzgórza zrodziła się po wizycie Jana Pawła II na Górze Krzyży w Šiauliai w 1993 r.

Mam więc kilka chwil, by przed dalszą podróżą zaczerpnąć z tego miejsca energii.

Niebo jest dziś sine, nieprzyjazne, jedynie z rana nieśmiało i nieudanie próbwało się przedrzeć słońce, jeszcze później gdzieniegdzie szarość nieba rozrywały skrawki błękitu, jakby złudnie obiecując, że za chwilę słońce pojawi się w pełni, ale nic z tego, płonne nadzieje.

Wilno jak zwykle wita mnie delikatnym, łagodnym jazzem sączącym się z głośników samochodu, to Jazz Fm Radijas (www.jazzfm.lt). Szeroka dwupasmówka, wzgórza porośnięte na przemian to iglastym, to liściastym lasem, sznur samochodów, po kilkunastu minutach jazdy z lewej strony wychyną szklane biurowce nieopdal Neris (Wilii). Tę wizytę w Wilnie postanowiłem rozpocząć od odwiedzenia w pierwszej kolejności Placu Łukiskiego. Jeszcze tylko przejazd tunelem pod dzielnicą nowoczesnych apartamentowców i biurowców; po raz pierwszy zjazd do tunelu wywarł na mnie – prowincjuszu niesamowite wrażenie – ni stąd ni zowąd zaczęliśmy się zagłębiać bezpośrednio pod długim kilkupiętrowym blokiem mieszkalnym o niezliczonej ilości okien do oświetlonego lampami tunelu.

Plac Łukiski odkryłem wiosną tego roku, był to początek maja, słoneczny dzień, ledwie rozwinęte zielone listki na niewysokich drzewach rosnących równo w rzędach na obrzeżach placu. Od strony zachodniej obramowanego kamienicami Kolonii Montwiłłowskiej, od północy monumentalnym barokowym kościołem św. Jakuba i Filipa i klasztorem dominikanów, od strony południowej Prospektem Giedymina z budzącym grozę budynkiem, w którym w czasach ZSRR rozlokowało się KGB. Sam plac przypomina mi swoją atmosferą skwery budapesztańskie. Cisza, spokój w samym centrum tętniącej życiem stolicy, posadzone jak od linijki lipy, klomby z kwiatami, wysypane kamykami alejki. To właśnie wtedy trafiliśmy na krzyż i tablicę upamiętniające miejsce egzekucji przywódców powstania styczniowego na Litwie – Zygmunta Sierakowskiego i Konstantego Kalinowskiego.

Plac Łukiski prawdopodobnie nigdy nie zaspyia, nigdy też nie ma tu tłumów, tak jest i tym razem, prawdziwa oaza w centrum miasta. Nawet latem, kiedy przyszliśmy tu o 2 w nocy na ławkach siedzieli młodzi, gustownie ubrani dwudziestokilkuletni ludzie, prowadząc ożywione rozmowy przerywane co raz wybuchami radosnego śmiechu; natomiast od strony wschodniej rozłożyli swoje niewielkie kartonowo – foliowe miasteczko czterej bezdomni mężczyźni. W dzień ich nigdy nie widać, muszą najwyraźniej nad ranem szybko demontować swoje sklecane naprędce noclegownie, a teraz jest zkolei za zimno na spanie pod gołym niebem.

Na ten raz Plac Łukiski to wspaniałe miejsce do rozpoczęcia wileńskich medytacji.

« Starsze wpisy